A propos czynów i porannej uwagi Lucka, że jak gadam, wiadomo o kim, to wszystko o.k. 
A więc zadzwonił był późnym popołudniem z pytaniem, co porabiam. Ja mu na to, że rozmemłana łażę w szlafroku, a ten mi na to, że na chwilę wpadnie. Wstyd mi było za to rozmemłanie, ale w końcu znamy się jak łyse konie.
Podjechał był, wpuściłam go do domu i zakpiłam, że coś ta jego pani słabo go kocha, skoro tak szybko wrócił. Wyjaśnił, że pani, jako nauczycielka, ma mnóstwo pracy z przygotowaniem lekcji na dzień następny. No, dobra...
Usiadł, coś pogadaliśmy, po czym zapytał, czy nie wybieram się do Biedronki, bo może mnie podwieźć. No, cóż, grzech nie skorzystać z darmowego transportu
Ubrałam się jak człowiek i pojechali my. Potem odwiózł mnie z zakupami pod chałupę. A w mqiędzyczasie zgadało się o moim wyjeździe do Iwonicza. "O, to trzeba cię będzie zawieźć!". Szczęka mi opadla z zaskoczenia. Powiedziałam po chwili namysłu, że nie ma wobec mnie żadnych zobowiązań i zupełnie tego nie oczekuję, ale jeśli się uprze, nie pogardzę tak komfortową opcją i mogę zapłacić za paliwo.
Dziwny człowiek, zaiste 
A żeby nie było, że tylko o nim - miałam fajną, serdeczną i szczerą rozmowę z synem, chwilę bliskości. Pięknie!