Hej,
Mam straszny problem i nie mam się kogo poradzić. Mam męża, jest obcokrajowcem i mamy 1,5 rocznego synka. Ogóle mąż jest bardzo dobrym czlowiekiem, bardzo dobrym ojcem i pomaga mi zawsze w domu albo przy dziecku. Niestety ostatnio cały czas się kłocimy a powodem naszych kłotni jest moje kolezanka i jej mąż. Mam koleżankę, z którą przyjaznie się od 25 lat, od czasów przedszkola. Pochodzę z małej miejscowości,ale teraz mieszkam z męzem w duzym miescia, a kolezanka ta pozostała w naszej roddzinnej miejscowości i tam tez mieszkają z mezem. Nie ukrywam,że mają oni typowo "wiejskie " myslenie, a ich głownym hobby jest zycie życiem innych. Jestesmy z mężem juz w sumie razem 4 lata (2,5 roku w małzenstwiie). Odkąd poznałam męża znimi, od razu ich nie polubił ale przez całe te 2,5 roku jakos znosił te spotkania z nimi ( spotykamy się zawsze we 4, nie pytajcie dlaczego, tak sie po prostu utarlo. Raz oni zaprosili nas, potem my ich i ta sie to toczy). Wiedzialam,ze mąz ich nie lubi, tym bardziej,że to młodzi ludzie a nic a nic się do niego nie odezwą po angielsku.Mąż nudzi sie na tych spotkaniach i jak teraz mówi, uczestniczył w nich tylko dla mnie. Zaprosiłam ich do nas za 2 tygodnie, i mój mąż własnie oswiadczył mi,ze jak oni przyjdą do on wychodzi. Dla mnie to jak noz w serce. On uwaza,ze miarka sie przebrała,ze nie moze na nich patrzec, nie chce ich widziec,ze maja oni w sobie złą energię i nie chce uczestniczyc w spotkanaich z nimi nigdy w zyciu!!! Na nic moj płacz, błaganie, nawet doszło do tego,ze o mało nie klękłam przed nim,zeby mi tego nie robił,ale na nic moje starania. Twierdzi,ze mnie kocha,ale miłosc to nie posiwecanie własnego zdrowia psychicznego dla drugiej osoby. Najgorsze jest to,ze ja czuję wstyd, oni przyjadą a jego nie bedzie i co ja powiem? Wg niego wszystko jest takie proste: Mam powiedzieć im,że ich ni elubi i tyle. Ale to nie są otwarci ludzie, znam ich i wiem,ze się obrażą.
Dodam,że specjanie dla niego ograniczyłam juz spotkania z nimi, kiedys byłoto raz w miesiacu, potem raz na 2, a teraz juz nawet raz na 3 miesiące. Doszło nawet do tego,ze podczas jednej z kłotni spoliczkowałam męża i powiedzialam,ze jesli on wyjdzie przed ich przyjazdem to z nami koniec. Na co on, ze ok!!!! ze nie da sie szantazowacm,ze jesli dla mnie to co on czuje nic nie znaczy, to on tez nie chce byc z taką osobą i ze moje zachowanie jest niehumanitarne, bo zmuszam go do przebywania w miejscu, w którym on nie chce byc... i znow moej błagania,zeby zostal,zzeby jak chce to był w innym pokoju,zeby bawil sie z dziecmi ( naszym i ich) , zeby robil swoje,ale zeby tylko nie wychodzil. Na nic moje prosby. Nie nie nie, i koniec. Nie bedzie go i nigdy do nich juz nie pojedzie.
CHce dodac tez,ze ogolnie chodzi tylko o tych konkretnych znajonych, w stosunku do innych moj maz akceptuje ich i toleruje.
Powiedzcie mi i doradzcie prosze czxy jest sens walczyc? Czy rozwodzic sie z takiego powodu? Wiem,ze moj mąz nie zartuje i wyjdzie przed ich przyjazdem.
Czygdyby mnie kochał,zostalby?
Co powinnam powiedziec znajonym? Prawde? czy za kazdym razem mam cos wymyslac,ze cos mu "wypadlo" i go nie ma? Ilez razy cos moze wypasc? raz, dwa...ale za kazydm razem?
Juz nie wiem co robic, nie chce tracic kontaktu z kolezanka,ale moj mąz jest nieugięty ![]()