Kachna 66, szybciutko poprosze o to szczescie w nieszczesciu.
Podobne tematy
Ellu rozejrzyj się, czy przypadkiem go już nie masz.
![]()
Ellu rozejrzyj się, czy przypadkiem go już nie masz.
![]()
Rozgladam, rozgladam i jeszcze nie ma.
Na razie jest tylko spokoj, szczesciem sie tego nie da nazwac.
Poczekam i bede sie rozgladac, moze zapuka do moich drzwi.
Znalezione :
Wielu ludzi przechodzi przez życie nie budzac się ani na chwilę. Żyjąc zawieszeni pomiędzy przeszłością a przyszłością wyrzekamy się pełnego doświadczania chwili obecnej, bycia w Tu i Teraz, uważności które są kluczem do bezwarunkowego szczęścia. Czy dzień przebudzenia do pełni życia będzie dniem odwagi i dojrzałości?
Kiedys znalazlam sie na tym watku, po to zeby znalesc odpowiedz na pytanie "Jak zyc z czlowiekiem uzaleznionym od sexu"
Na szczescie znalazlam tu wsparcie grupy wpspanialych kobiet i chwala im za to.
Jednak drazni mnie postawa niektorych osob, ktore chyba pomylily , lub zapomnialy jakie jest motto przewodnie watku (patrz wyzej)
Natomiast one z uporem maniaka ciagle powtarzaja hasla "rzuc popapranca"
Rozumiem, gdyby kazdy oczekiwal tylko rady jak zyc w samotnosci i budowac zycie na nowo, to mialoby sens, nijak nie ma sie to jednak do tytulu watku.
Nie rozumiem tez, jak osoba ktora nie zostala zdradzona, tak autorytatywnie radzi, jak sobie poradzic po zdradzie?
Nie rozumiem tez innej rzeczy, bo skoro sa to osoby tak pewne siebie, posiadajace taaaaaaaaaaaaaka wiedze, doskonale zorganizowane, zajmujace sie soba i swoimi przyjemnosciami, maja jeszcze czas na ciagla obecnosc na forum i udzielanie sie w kazdej dziedzinie? czyzby doba niektorych miala 40 godzin?
To tyle
Trzymajcie sie drogie przyjaciolki
Kiedys znalazlam sie na tym watku, po to zeby znalesc odpowiedz na pytanie "Jak zyc z czlowiekiem uzaleznionym od sexu"
Na szczescie znalazlam tu wsparcie grupy wpspanialych kobiet i chwala im za to.
Jednak drazni mnie postawa niektorych osob, ktore chyba pomylily , lub zapomnialy jakie jest motto przewodnie watku (patrz wyzej)
Natomiast one z uporem maniaka ciagle powtarzaja hasla "rzuc popapranca"
Rozumiem, gdyby kazdy oczekiwal tylko rady jak zyc w samotnosci i budowac zycie na nowo, to mialoby sens, nijak nie ma sie to jednak do tytulu watku.
Nie rozumiem tez, jak osoba ktora nie zostala zdradzona, tak autorytatywnie radzi, jak sobie poradzic po zdradzie?
Nie rozumiem tez innej rzeczy, bo skoro sa to osoby tak pewne siebie, posiadajace taaaaaaaaaaaaaka wiedze, doskonale zorganizowane, zajmujace sie soba i swoimi przyjemnosciami, maja jeszcze czas na ciagla obecnosc na forum i udzielanie sie w kazdej dziedzinie? czyzby doba niektorych miala 40 godzin?
To tyle
Trzymajcie sie drogie przyjaciolki
Egon, zgadzam się w 100% !!!
Dziewczyny, ale wiecie, że czyny innych będą na nas wpływać tylko wtedy, gdy na to pozwolimy? Nic nie stoi na przeszkodzie, aby reaktywować ten wątek. I nie odpowiadać na posty niezgodne z tematem ![]()
Tak Kachna, trzeba bedzie tak zrobic.
Mysle, ze bezie to z korzyscia dla osob zainteresowanych dokladnie tematem tego watku
Witam .
Jestem tutaj nowa i potrzebuję waszej pomocy .
Może na początku opowiem co i jak i jak się zaczęło.Od zawsze koło mojego męża kręciły się kobiety ale zawsze zapewniam mnie o jego miłości i ja zawsze mu wierzyłam .2 lata po ślybie (teraz jestesmy 20 ) stracilismy dziecko i wtedy moj mąż pocieszył sie w ramionach 18nastolatki .Nie doszło do zdrady ale spotykał się z nią i przytulali się i całowali .(widzicie ja juz pisze tak jak on mowi "nie doszło do zdrady" a przeciez nie tylko sex jest zdrada ). Pozniej stało sie tak że podczas proby pogodzenia się po roku zaszłam w ciąze i urodzlam nasze upragnione dziecko .Wszystko uklada sie super . Ale nastała era internetu i jakies 10 lat temu moj maz zaczął miec kolezanki wirtualne .Ja ie ukrywam ,że tez iałam takie znajomości ale nigdy nie doszło do czego czego mogłabym sie wstydzic. Ale moj mąz ukrywał je przede mna i jak wyszła sprawa na jaw to oczywiscie awantura , pakowanie go , jego płacz i lament i obietnice ze wiecej to się nie potworzy . Rzeczywistosc jednak była inna . 5 lat temu znowu poznał kogos ale tym razem sprawa zaszla za daleko . Spotkał sie realnie z tą kobieta (podobno kawa) i pech cial ze dowiedziałam sie o tym .Obiecał ,że wiecej sie z nia nie spotka ale slowa nie dotrzymał bo spotykał sie z nia przez 9 miesiecy .Nawet przez nia stracił prace . Gdy to wszystko wyszło na jaw obiecał ze nigdy wiecej nic podobnego nie zrobi , ze uadł juz na samo dno i że nie chce mnie więcej ranic . Wybaczyłam chociaż nigdy nie zapomniałam i w tej swiadomoci zyłam do 02.listopada.
Dwa tygodnie temu odkryłam przez przypadek w komputerze adres maila ( o ktorym nie miałam pojecia )od mojego meża. Kilka kliknięc w google i wyświetliwy się portale erotyczne na których logował się moj mąz i miał swoje profile ze zdjeciami swoich iejsc intymnych . Dostałam furii przycisnełam go i dał mi hasła do tych profili .To co przeczytałam to był horror .Pisał z 18stolatkami , 20stolatkami o seksie , wysyłal im na maila filmiki ktore krecil jak sie zabawia w pracy w wc . Koszmar , koszmar i jeszcze raz koszmar . Mało tego okazało się ze ma kobieta (wirtualna przyjaciólke ) od 2 lat z którą rozmawia przez telefon zawsze wtedy kiedy ja znikam z pola widzenia . (oczywiscie miał tajemny tel i dwie karty do niego).
Kazałam mu się wynosic nawet chciałam się zabic z tego upokożenia , bólu i nienawisci do niego . Tłumzczyl się tym ,że to nie było nic złego ,że to tylko zabawa .Nie wyprowadził sie powiedział ze bedzie walczyl o mnie i nasza rodzine , ze teraz jak przeczytał o seksoholizmie i posty Marka_40 to zdał sobie sprawe jakie to było zło i jak go to wciągało .Pierwszy raz wszystko mi powiedział , podawał mi portale na których jest sam od siebie , lewe poczty itp itp .
I co teraz ?
Jak mam życ?
Co mam zrobic?
powiedziałam o tym przyjaciólce i powiedziała ze mam go wywalic ,że nie mam mu juz dawac kolejnych szansy .
Kochane pomózcie mi błagam
Czesc wam stare kolezanki, i witajcie nowe. Stare znacie moja historie - nie jest tak skomplikowana jak wasze, nowe - nie warto wspominac. Chcialam tylko Was przywitac i podzielic sie moim szczesciem w nieszczesciu. W skrocie - okularki rozowe jakby spadly, odkrylam wspanialego czlowieka we mnie samej, nauczylam sie, a raczej wciaz sie ucze bycia szczesliwa dla siebie samej i zei soba sama, a dopiero potem moge dopuscic mojego meza do skrawka mojego szczescia. A jesli jeszcze kidykolwiek nie bedzie potrafil docenic szczescia bycia ze mna, ja juz nie bede musiala przezywac szoku zderzenia sie ze smutna brzydka rzeczywistoscia i bede potrafila odejsc z zalem tylko do siebie samej, ze tak zalosnie ulokowalam swoje uczucia.
Wracajac do tematu. Moje zycie nie jest takie skomplikowanne jak wasze, ale chyba kazda nas zdradzonych, chcacych odbudowac swoje malzenstwo, njpierw musi oswoic swojego obcego. Mam na mysli, ze musi sobie wytlumaczyc nowa sytuacaje, w ktorej sie znalazla, zaakceptowac ja i sie do niej przyzwyczaic. To jest cholernie trudne. Chyba duzo latwiej byloby zostawic wszystko za soba i zaczac od poczatku z kims innym. Ale co zrobic, jesli czlowiek chce lub czuje, ze przynajmniej musi dac szanse zdrajcy, zeby wszystko naprawic? Po sobie wiem jedno - czas lagodzi bol, oddala nas od tego, co zle, bolesne. Ciesze sie, ze walczycie, nie poddajecie sie. Mam nadzieje, ze z dnia na dzien jest coraz lepiej. Sama wiem, ze kazdego dnia wszystko wyglada inaczej - raz milosc, raz nienawisc. Jak na jakims chorym roller coster. Ale wlasnie te emocje, to zatracanie sie w milosci i nienawisci sprawia, ze zyjemy naszym dzisiaj a nie w zawieszeniu midzy przeszloscia i przyszloscia.
a ileż można dawa im tych szans? I kiedy powiedziec koniec?
Chyba wszystko zalzy od ich staran, od wysilku, jaki wkladaja wysilek w naprawe bedow, czy chca sie leczyc, czy poza slowami cos robia, czy tylko obiecuja gruszki na wierzbie. W przypadku osob uzaleznionych jest tym trudniej, musz zwalczyc nie tylko sklonnosc, ale sam nalog, uzaleznienie psychiczne. I do tego potrzebuja wsparcia bliskich. Sprawa jest tym bardziej skomplikowana, ze osoby bliskie rowniez potrzebuja wsparcia.
a ileż można dawa im tych szans? I kiedy powiedziec koniec?
Witaj
Bardzo Tobie współczuję,wiem co przeżywasz i jaki to był szok gdy sie o tym dowiedziałaś.
Mój mąż,też jest seksoholikiem,Uzależniony od seksu i miłości.Też o tym dowiedziałam się po 35 latach małżeństwa.
Zdradzał mnie od ponad 10 lat z prostytutkami,miał swoje anonse na portalach randkowych.Był nawet zakochany w prostytutce,romans trwał 2 lata,obecnie jest zakochany w koleżance z pracy 20 lat młodszej od niego,on ma 57 lat.
Ja o tym wszystkim dowiedziałam się ok półtora roku temu.Od kwietnia kazałam mu sie wyprowadzić,mieszka obecnie na wynajetym mieszkaniu,a ja próbuje odnaleźć siebie.Próbuje odszukać sens życia.Jest mi ciężko,chodze do psychologa,jestem na lekach,walcze o siebie.
Chcesz poczytaj moja historię.....Zdrada po 35 latach małżeństwa,jak dalej żyć.......
Pozdrawiam Cię serdecznie i przytulam.Trzymaj sie !!!!!!!!!!!!!!
Witaj! To, co Ci poradzę chyba będzie bardzo trudne do zrealizowania i na tą chwilę nie do pomyślenia. Pewnie też spotkam się z afrontem niektórych koleżanek, bo przecież oni potrzebują czułości. Opieram się na własnym doświadczeniu i doświadczeniu tych, które tutaj piszą. Tym, że teraz uśmiecham się do siebie i jest mi ze sobą dobrze, a jego widziałam parę dni temu w mało przyjemnym miejscu, lekko zabolało jego cierpienie, a potem mogłam wrócić do swoich spraw i zajęć i być nadal radosna. Jeśli możesz odetnij się teraz zupełnie. Zajmij się całkowicie sobą i tym, co Ci zrobił, przepracuj to, poradź sobie, zacznij się do siebie uśmiechać. To nie przekreśla Waszego związku i miłości, ale decyzje o tym, czy z nim dalej być warto odłożyć na czas, gdy:
1. Ty będziesz szczęśliwa i spokojna, nie będą Tobą władały emocje i to pragnienie poświęcenia siebie dla miłości i jego,
2. on faktycznie zacznie coś robić i w tym trwać - rozpoczęcie terapii nie wystarczy, niech będzie na niej około roku i niech ona zacznie przynosić efekty (patrz Malina).
Dopiero wtedy szczerze odpowiesz sobie na pytanie, czy chcesz dalej z nim być i czy on jest tego wart, czy mu zależy. Na razie to jego deklaracje oparte na panice, nie wiesz jak to się dalej potoczy. Co więcej, moim zdaniem tylko tak mu pomożesz, bo będziesz silna. On musi sam się z tym uporać i zrobić to dla siebie, nie dla Ciebie.
Ja nie chce do tego wracać, chociaż wcześniej za wszelką cenę chciałam przy nim być, wspierać, oddać wszystko dla tej miłości i jego zdrowia. Widzę, że nim z nim będzie lepiej miną lata. On deklaruje miłość, ale chyba sam przestał wierzyć, że kiedykolwiek sobie z tym poradzi i będzie w stanie mnie już więcej nie zdradzać. Przez jakiś czas był wierny.Jeśli się kiedyś z tym upora, zobaczę, w którym miejscu będę ja i może będziemy razem. Teraz nie chcę, żyję własnym życiem i dobrze mi z tym. Chcę go wspierać (nie jako partnerka) i teraz faktycznie mogę, bo to mnie nie dotyka, nie staje się moim problemem, cierpieniem, ale jest jego. Mogę na to patrzeć bardziej obiektywnie. Nie ma we mnie uczucia, że chcę z nim być.
Przytulam Cię mocno, bo to Ty teraz najbardziej potrzebujesz wsparcia i czułości!!! Ratuj siebie - to możesz zrobić. On siebie musi ratować sam (Ma środki i ludzi, którzy mu pomogą), Ty tego nie zrobisz.
Witam
dziękuję za Wasze opinie i ciepło które dajecie w postach bo to jest mi najbardziej potrzebne . Minęło praiwe 3 tygodnie ale nie jest lżej .Nasze życie teraz trochę przypomina grę w której to my jestemy tylko simami a ktoś inny myśli za nas .
Do tego doszedł jeszcze ten okres przed swiąteczny i pytanie kIEDY JA MIAŁAM OSTATNIO FAJNE ŚWIETA ? Bo zawsze własnie w tym okresie wybuchały wszystkie bomby zapalnikiem których był mój mąż .
Nie wiem czy dobrze czy źle ale poki co wyłączyłam moje myślenie o tym co powinnam zrobic bo rozwiązanie jest tylko jedno , jedno realne w tej całej sytuacji ODEJŚC I ZACZĄC WSZYSTKO OD NOWA .
Ale wbrew tej logiki nie myślę i żyję jakby w trochę innym świecie jakby obok . Pewnie to złe myślenie ale ..... jest lżej
wymysliła sobie moja psychika ,że to nie przydarzyło się mnie i wszystko dzieje się gdzieś obok a ja patrze i obserwuję .
Nie wierzę mu w jego zapewnienia , bo to wszystko juz słyszałam nawet nie musi mi tego mówic bo mam to wszystko w głowie po kolejnym i kolejnym razie . Wystarczy tylko w myslach przwinąc film i scenariusz jest identyczny z małymi zmianami w odtwórczyni roli głowbej (bo tylko one się zmieniaja) reszta zostaje taka sama .
Jestem za bardzo słaba aby teraz walczy ze sama sobą myslę że on o tym doskonale wie i pewnie to tez jest problem .
Jestem słaba i całkowicie zalezna finansowo od niego . Paradoks ale taka jest prawda .
Jak cofię się myślami wstecz to własnie zawsze tak było .Zawsze wybuchały bomby wtedy kiedy ja byłam w dołku , kiedy nie miałam pracy , kiedy ..........włąsnie kiedy byłam zależna od niego . I myslę ze to wlaśnie była ta jego przebiegłośc bo wiedział doskonale ze słaby człowiek nie potrafi walczyc i nie zrobie nic aby zakonczyc nasze małżenstwo . I własnie za to winię siebie najbardziej . Za to ,że nigdy wczesniej nie postawiłam na swoim i nie wywaliłam go .
Wiem jestem pewna ,że tym razem bedzie dokłądnie tak samo .
Moj mąz mi powtarza ,że na przeszłośc juz nie ma wpływu i nie może tego zmienic co było ale z przyszłością może zrobi wszystko więc zadaję pytanie dlaczego poprzednim razem tego nie zrobił ?????????????
Ostatnio usłyszałam od osób trzecich ,że pozwoliłam mu się wchłonąc ,że tak naprawde juz mnie jako osoby nie ma . Sama sobie to wmówiłąm a raczej pozwoliłam mu to sobie wmówic ,ze bez niego nie ma mnie .....
Przykre i bardzo bolesne ......jednego jestem pewna MUSZĘ ODNALEŚC ZNOWU SIEBIE tylko jak i gdzie mam siebie szukac ?
Moj mąz mi powtarza ,że na przeszłośc juz nie ma wpływu i nie może tego zmienic co było ale z przyszłością może zrobi wszystko więc zadaję pytanie dlaczego poprzednim razem tego nie zrobił ?????????????
-----------------------------------------------------------------------------------------
Kochana mój mówi dokładnie to samo !!!!!!!!!!!!!!!
Bardzo rozumiem Cie i wiem co przeżywasz.Ja też szukam samej siebie.Też próbuje się odnaleźć w tym innym zyciu.
Nie wiem gdzie mieszkasz,są specjalne spotkania dla zon,rodzin,najblizszych,osób współuzależnionych od seksoholika.Ja byłam na takich spotkaniach.Naprawdę duzo mi to dało u mnie nie ma takiej grupy,wiem,ze w Warszawie jest taka grupa.Poszukaj S-Anon.
Przytulam Cie serdecznie.Trzymaj sie.
Witam,
jestem tu nowa. Czytałam cały wątek świeżo po rozstaniu z moim ex (seksoholikiem, ale nie widzi problemu, nie chce się leczyć) i wracam tu po jakiś 8 miesiącach. I mam prośbę do tych które postanowiły przy partnerze zostać, żeby napisały ile czasu już są przy partnerze odkąd "prawda" wyszła na jaw i jak się dzisiaj czują w związku???
Ja postawiłam warunek- że jedyna możliwość, żebym się zastanowiła nad "nami" to terapia (jego, potem ew. nasza wspólna). Innym razem napiszę co się wydarzyło. W każdym razie on twierdzi ze cały czas "za nami tęskni" (odeszłam w 7mym miesiącu ciąży, teraz jest na świecie nasze wspólne dziecko), ale nie robi nic - prócz prób wzbudzania we mnie poczucia winy i obarczania wszystkich w koło swoją "depresją". ech rozpisuję się.... proszę tylko o odpowiedź na pytanie:)
I mam prośbę do tych które postanowiły przy partnerze zostać, żeby napisały ile czasu już są przy partnerze odkąd "prawda" wyszła na jaw i jak się dzisiaj czują w związku???
Ja postawiłam warunek- że jedyna możliwość, żebym się zastanowiła nad "nami" to terapia (jego, potem ew. nasza wspólna).
Jestem juz 9-ty miesiąc po rozpoznaniu problemu.
Mój chodzi na mityngi SLAA, jeździmy nna zloty uzależnionych, na warsztaty; Ja tez postawiłam taki warunek i niestety, dość szybko zgodziłam sie, aby wrócil do domu (po 6 tygodniach).
Dopiero w tym tygodniu zdałam sobie sprawę jak głeboki to problem u niego, jak zakłamane jest jego leczenie i że prawdopodobnie nie ma szans na poprawę, ponieważ nadal nie podjął całkowitej abstynencji od swoich wzorców (nadal zakłamuje, ze moze "kontrolować" pewne relacje); wygląda na to, że ma głebokie zniekształcenia percepcji i chociaz na niektórych mityngach siedzielismy obok siebie i słyszelismy to samo, to on twierdzi, że "nie, o tym nikt nie mówił", chociaż czytamy tę samą literature, to wg mojego m. "nie, tego nikt nie napisał".
Chodze na SLAA i Al-anon, szukam dla siebie przestrzeni dla rozwoju duchowego; mam strach, żeby odejśc, on ma strach, zeby odejść.
Dzis zamierzam zmierzyc sie ze swoją samotnością w zwiazku. Samotnością, która nie bedzie sie dla mnie samej wiązała z wejsciem w inne moje chore wzorce.
Nie szukam innego faceta, nie szukam innego związku.
Staram sie na nowo widzieć człowieka, a nie nałóg.
Oboje mamy dobrą wolę.
Zobaczymy, co z tego dalej wyjdzie.
Podobnie.
Wyszło na jaw. Kazałam mu się wyprowadzić. Podjął terapię,zaczął chodzić na SLAA. Mówił,że się identyfikuje w grupie.
Wrócił po 2,5 miesiąca. Niestety nasze życie zamieniło się w piekło. Ja nie potrafiłam mu zaufać. Cokolwiek do mnie mówił przepuszczałam przez filtr-kłamie,nie kłamie. Czułam,że kombinuje i nie stosuje do programu SLAA.
Rozstaliśmy się. Minęło 3 miesiące. Staram się nie mieć z nim kontaktu i skupić na sobie. Chyba nie muszę pisać,że jestem wrakiem człowieka,który próbuje odzyskać siebie. Ale ostatnio odwiedził mnie i mówił o powrocie,o miłości,były łzy,kwiaty i klęczenie przede mną... Kolejne kłamstwa. Stwierdził,że jest zdrowy a na mitingi SLAA chodził ze wg. na mnie...
Ręce opadają.
Jest bardziej chory niż przypuszczałam na początku...
931 2012-05-07 20:57:16 Ostatnio edytowany przez A-86 (2012-05-07 20:58:16)
Witam. Jestem tu nowa.
Znam się z byłym od prawie 6 lat. Przyjaźniliśmy się, ponoć, bo takie same kontakty miewał z innymi koleżankami. Nasz związek zaczął się w styczniu 2011. Niecały rok później, w styczniu br. odkryliśmy u mojego chłopaka problem. Niby niewielki, bo bez skoków w bok, ale psychicznie wykańczający. Za dużo 'drobnych' problemów w tym temacie.
Walczyliśmy od tamtej pory dzielnie. Oboje. Byłam współuzależniona. Czytaliśmy masę artykułów, książki, fora internetowe. Było po drodze kilka krótkich rozstań (jego 'nie wiem czego chcę, kim jestem, czy Cię kocham, co mam robić, dam sobie sam radę, nie umiem patrzeć normalnie na ludzi, nie poradzę sobie' nie dawało mi nadziei na cokolwiek dobrego). Wracaliśmy do siebie bo miewał silne przebłyski, że coraz lepiej rozumie o co chodzi w normalnym życiu (naprawdę wydawał się czasem jakby żył w filmie, na dodatek porno..) i że ludzie to ludzie, a nie lalki. I w sumie przebłyski te miewał dopiero kiedy zaczynałam prawić wielogodzinne kazania nt. życia, ludzi, relacji między nimi, codzienności. On z tym miał ogromny problem - z normalnym funkcjonowaniem. Czuł się ponoć jak w filmie, taki trochę nieobecny.
Od kilku dni nie jesteśmy razem. Rozstanie nagłe. Nie wytrzymałam tekstu, że ma jakieś wątpliwości (po prostu zwykły, normalny problem, o którym wystarczyło porozmawiać a nie od razu panikować że to wszystko bez sensu). Zaczęłam go pakować. Jak wychodził - uderzyłam.. Coś we mnie nie wytrzymało...To było tak nieświadome, że po fakcie nie umiałam dojść do siebie, nie mogłam uwierzyć, że potrafiłam to zrobić... Przeprosiłam... i to on musiał mnie uspokajać. Wrócił do mnie na prawie dobę. Rozmawialiśmy, zasnęliśmy tak po prostu bez bliskości koło siebie, rano po śniadaniu i kolejnej długiej rozmowie zdecydowałam, że koniec. Że nie potrafię tego dłużej znosić. Tyle obietnic, że coś zmieni i nic. A wręcz gorzej, bo zaczynałam się czuć upokarzana, nieszanowana i poniżana (seksualizował prawie wszystkich dookoła, włącznie z małolatami..). Czułam się jakbym nie wychodziła na spacer z partnerem, ale ze zwierzęciem.. Masakra... To było ohydne uczucie, na które po prostu nie mogłam sobie pozwolić. Dlaczego mam dawać się tak traktować? Kocham go, ale wszystko ma swoje granice. 'Choroba' 'chorobą', ale nabyta, nie wrodzona.. Ma swoje lata i mógł wcześniej zobaczyć co robi ze swoim życiem i w co miesza bliską osobę.
Tak, przemawiała/przemawia przeze mnie złość, wściekłość, ale też zwątpienie i dezorientacja.
Teraz chcę mu pomóc jako po prostu bliskiej osobie, ale już nie kosztem swojego zdrowia. Tylko ja znam jego problem (z tego co mi wiadomo). Od tych kilku dni dochodzę do siebie. Tak przynajmniej czuję. Zaczynam odczuwać dziwny przyjemny spokój, taki bez paniki w głowie. Myślę, że przez te kilka ostatnich miesięcy, i wcześniejszy rok związku (niby normalny i piękny, ale już odczuwałam wtedy jego nieobecność i były z tego powodu rozmowy i sprzeczki) już dostatecznie dużo się napłakałam, nacierpiałam, naprosiłam, nagadałam, namyślałam... Autentycznie - dzisiaj w nocy leżałam prawie 2h patrząc w pusty pokój i uświadamiając sobie, że 'Kurcze, co jest z tobą kobieto! Albo po prostu cię nie chce i stworzył sobie taki problem, albo chce ale jakoś ma za mało ochoty i woli walki żeby nawet zacząć coś z tym sensownie robić i cię poprosić o pomoc a nie tylko czekać aż samo przyjdzie. Całe życie przed tobą! Weź się w garść! Jak w czasie związku nic nie zdziałałaś to teraz tym bardziej! Ma gorszą robotę bo pewnie zacznie odczuwać brak czułości i wsparcia. Został sam. I to przecież na własne życzenie. 3 miesiące cię wykończyły => całe życie z takim człowiekiem by cię zabiło.'
Wydaje mi się, że faktycznie trzeba to wszystko zostawić uzależnionemu. Od kiedy sobie coraz mocniej uświadamiam, że nie mam żadnego wpływu na niego, coraz spokojniej znoszę kolejne dni. Przestałam się zadręczać myślami 'co on teraz robi/ gdzie jest/ kogo sobie upatrzył/ kim się podniecił/ czyje cycki przyciągnęły jego uwagę i będą mu resztę dnia i nocy zaprzątać myśli/ która małolata i dlaczego mu się może podobać'.
Wg mnie jego problem leży w jego niskiej akceptacji siebie i wiecznym dostosowywaniu się do innych. Nie poznał jaki tak naprawdę jest czy chce być. Zatrzymał się na etapie przed-dojrzewania. Ma za małą siłę przebicia sam w sobie. Wg mnie stąd nałóg. Ale czas pokaże co to tak naprawdę jest.
Coś ostatnio wspominał o psychologu i terapii. Zobaczymy co z tego wyjdzie (czy w ogóle) i kiedy...
Dzisiaj ani jednego 'chciałbym/zależy mi/myślę o nas'. Same suche fakty + kłótnia przez telefon z powodu jego starych odruchów w pracy przy nowych znajomych. I co, mam sobie sama dorabiać nadzieję? Nie, nie zamierzam. Bo jej już chyba nie mam.
Zależy mi na pomocy mu bo go po prostu bardzo lubię. O większych uczuciach boję się mówić tak naprawdę, bo go przecież jednak nie znam...
Witam. Jestem tu nowa.
Znam się z byłym od prawie 6 lat. Przyjaźniliśmy się, ponoć, bo takie same kontakty miewał z innymi koleżankami. Nasz związek zaczął się w styczniu 2011. Niecały rok później, w styczniu br. odkryliśmy u mojego chłopaka problem. Niby niewielki, bo bez skoków w bok, ale psychicznie wykańczający. Za dużo 'drobnych' problemów w tym temacie.
Walczyliśmy od tamtej pory dzielnie. Oboje. Byłam współuzależniona. Czytaliśmy masę artykułów, książki, fora internetowe. Było po drodze kilka krótkich rozstań (jego 'nie wiem czego chcę, kim jestem, czy Cię kocham, co mam robić, dam sobie sam radę, nie umiem patrzeć normalnie na ludzi, nie poradzę sobie' nie dawało mi nadziei na cokolwiek dobrego). Wracaliśmy do siebie bo miewał silne przebłyski, że coraz lepiej rozumie o co chodzi w normalnym życiu (naprawdę wydawał się czasem jakby żył w filmie, na dodatek porno..) i że ludzie to ludzie, a nie lalki. I w sumie przebłyski te miewał dopiero kiedy zaczynałam prawić wielogodzinne kazania nt. życia, ludzi, relacji między nimi, codzienności. On z tym miał ogromny problem - z normalnym funkcjonowaniem. Czuł się ponoć jak w filmie, taki trochę nieobecny.
Od kilku dni nie jesteśmy razem. Rozstanie nagłe. Nie wytrzymałam tekstu, że ma jakieś wątpliwości (po prostu zwykły, normalny problem, o którym wystarczyło porozmawiać a nie od razu panikować że to wszystko bez sensu). Zaczęłam go pakować. Jak wychodził - uderzyłam.. Coś we mnie nie wytrzymało...To było tak nieświadome, że po fakcie nie umiałam dojść do siebie, nie mogłam uwierzyć, że potrafiłam to zrobić... Przeprosiłam... i to on musiał mnie uspokajać. Wrócił do mnie na prawie dobę. Rozmawialiśmy, zasnęliśmy tak po prostu bez bliskości koło siebie, rano po śniadaniu i kolejnej długiej rozmowie zdecydowałam, że koniec. Że nie potrafię tego dłużej znosić. Tyle obietnic, że coś zmieni i nic. A wręcz gorzej, bo zaczynałam się czuć upokarzana, nieszanowana i poniżana (seksualizował prawie wszystkich dookoła, włącznie z małolatami..). Czułam się jakbym nie wychodziła na spacer z partnerem, ale ze zwierzęciem.. Masakra... To było ohydne uczucie, na które po prostu nie mogłam sobie pozwolić. Dlaczego mam dawać się tak traktować? Kocham go, ale wszystko ma swoje granice. 'Choroba' 'chorobą', ale nabyta, nie wrodzona.. Ma swoje lata i mógł wcześniej zobaczyć co robi ze swoim życiem i w co miesza bliską osobę.
Tak, przemawiała/przemawia przeze mnie złość, wściekłość, ale też zwątpienie i dezorientacja.
Teraz chcę mu pomóc jako po prostu bliskiej osobie, ale już nie kosztem swojego zdrowia. Tylko ja znam jego problem (z tego co mi wiadomo). Od tych kilku dni dochodzę do siebie. Tak przynajmniej czuję. Zaczynam odczuwać dziwny przyjemny spokój, taki bez paniki w głowie. Myślę, że przez te kilka ostatnich miesięcy, i wcześniejszy rok związku (niby normalny i piękny, ale już odczuwałam wtedy jego nieobecność i były z tego powodu rozmowy i sprzeczki) już dostatecznie dużo się napłakałam, nacierpiałam, naprosiłam, nagadałam, namyślałam... Autentycznie - dzisiaj w nocy leżałam prawie 2h patrząc w pusty pokój i uświadamiając sobie, że 'Kurcze, co jest z tobą kobieto! Albo po prostu cię nie chce i stworzył sobie taki problem, albo chce ale jakoś ma za mało ochoty i woli walki żeby nawet zacząć coś z tym sensownie robić i cię poprosić o pomoc a nie tylko czekać aż samo przyjdzie. Całe życie przed tobą! Weź się w garść! Jak w czasie związku nic nie zdziałałaś to teraz tym bardziej! Ma gorszą robotę bo pewnie zacznie odczuwać brak czułości i wsparcia. Został sam. I to przecież na własne życzenie. 3 miesiące cię wykończyły => całe życie z takim człowiekiem by cię zabiło.'
Wydaje mi się, że faktycznie trzeba to wszystko zostawić uzależnionemu. Od kiedy sobie coraz mocniej uświadamiam, że nie mam żadnego wpływu na niego, coraz spokojniej znoszę kolejne dni. Przestałam się zadręczać myślami 'co on teraz robi/ gdzie jest/ kogo sobie upatrzył/ kim się podniecił/ czyje cycki przyciągnęły jego uwagę i będą mu resztę dnia i nocy zaprzątać myśli/ która małolata i dlaczego mu się może podobać'.
Wg mnie jego problem leży w jego niskiej akceptacji siebie i wiecznym dostosowywaniu się do innych. Nie poznał jaki tak naprawdę jest czy chce być. Zatrzymał się na etapie przed-dojrzewania. Ma za małą siłę przebicia sam w sobie. Wg mnie stąd nałóg. Ale czas pokaże co to tak naprawdę jest.
Coś ostatnio wspominał o psychologu i terapii. Zobaczymy co z tego wyjdzie (czy w ogóle) i kiedy...
Dzisiaj ani jednego 'chciałbym/zależy mi/myślę o nas'. Same suche fakty + kłótnia przez telefon z powodu jego starych odruchów w pracy przy nowych znajomych. I co, mam sobie sama dorabiać nadzieję? Nie, nie zamierzam. Bo jej już chyba nie mam.
Zależy mi na pomocy mu bo go po prostu bardzo lubię. O większych uczuciach boję się mówić tak naprawdę, bo go przecież jednak nie znam...
Zostaw proszę jego i jego problemy,już dość Twojego starania. On jest dorosły i sam za siebie odpowiada. Zajmij się sobą,pomyśl o terapii dla SIEBIE. Pisz i wyrzucaj te gooowno tu, Nawet nie wiesz jak Cię rozumiem...
Zostaw proszę jego i jego problemy,już dość Twojego starania. On jest dorosły i sam za siebie odpowiada. Zajmij się sobą,pomyśl o terapii dla SIEBIE. Pisz i wyrzucaj te gooowno tu, Nawet nie wiesz jak Cię rozumiem...
Czytałam Twój wątek. Skojarzyłam, że już dawno dawno go ogarnęłam. Pamiętam, że już wtedy się wczuwałam w sytuację i myślałam 'co za *** jak on tak mógł jej zrobić!'. Aż sama przejrzałam na oczy i zaczęłam się bać co będzie za jakiś czas...
Lubiłam/lubię zaglądać na to forum. I tu taka informacja, która by się przydała tym 'naszym' seksoholikom - mogliby zacząć czytać i oglądać filmy o takich normalnych życiowych ludzkich codziennych problemach zamiast urzekać się gołymi dupami i 'porno s-f'. Bo oni tak naprawdę nie mają pojęcia w jakim świecie żyją. Mojemu to forum (różne sensowne działy) otworzyło oczy na wiele spraw, o których wcześniej nie miał pojęcia. A czemu? Bo to nie wydawało się tak przydatne jak gołe baby. Na początku przelatywał podsyłane wątki, bo za długie, ale później sam zaczął czytać. I sam był tym przerażony. Ale co z tego wyniesie, i czy w ogóle skojarzy, że ludzie tu bajek nie piszą tylko opisują otaczającą ich makabryczną rzeczywistość, to czas pokaże.
Ja postanowiłam (stanowczo w końcu!) jedno - chce porozmawiać przez tel czy komunikator albo się spotkać (żeby porozmawiać) to niech się sam pierwszy odezwie. O problemach niech sam opowiada jeśli potrzebuje (uważam, że dzielenie się problemem z bliską osobą to połowa sukcesu). Jak chce po prostu mnie o czymś poinformować - niech to robi. Tu też leży jego problem - albo mówi o nieważnych tematach albo wcale.. Od czegoś trzeba zacząć komunikację z drugim człowiekiem. I lepiej żeby to nie było miziu-miziu. Wszystko jest dla ludzi, nikogo nie przekreślam, ale ja pierwsza łapy po raz kolejny nie wyciągnę. Dość. Będzie naprawdę potrzebował pomocy to niech nauczy się o nią prosić. Korona mu z głowy nie spadnie, a może to właśnie pomoże mu się uratować. Jeśli człowiek chce się naprawdę zmienić to to zrobi. Wiem o tym. Sama miałam problem z uzależnieniami od związków, bliskości, też otarłam się chyba nawet o seksoholizm. Ale jestem wyleczona. Zrobiłam to sama bo mnie to wszystko brzydziło i zniechęcało do ludzi i życia. Więc niech mi nie mówi, że się nie da. Bo się da. Tylko trzeba chcieć i widzieć jakiś cel tych starań.
Dzisiaj mój znajomy tak ładnie to powiedział "Ktoś bliski Ci wbija szpilę w plecy? Może wszyscy? Wiesz, trzeba czasem zabić swoją empatię, mimo iż to wbrew naszej naturze. Dla własnego dobra.". Nie znał tematu. Ale idealnie rozpoznał problem po mojej minie. I ma rację. Psychiki nam nikt nie odda. Po czasie się człowiek do tego nowego uczucia przyzwyczai i wyrobi sobie nowy odruch bronienia się przed niebezpieczeństwem. To się stanie naturalne.
Zaczęłam się w końcu sobą zajmować. Codziennie znowu biegam (jak przed rokiem) - pomaga mi to uspokoić się po całym dniu i pozbyć się nadmiaru złych emocji. Wzięłam się ostro za nadrabianie naprawdę sporych zaległości na uczelni. Powoli do przodu.
Jutro spróbuję się wbić do psychologa (niby terminy dopiero na lipiec, ale życzliwa babeczka mi umożliwiła nagłą wizytę jak się dowiedziała o problemie; przerażenie w jej oczach nie do opisania "pani? do psychologa? taka młoda?" ano ponoć młodo wyglądam, ale się czuję jak wrak...). Potrzebuję świeżego spojrzenia na to całe przeszłe gówno i może jakiejś nowej ciekawej dobrej rady. Mam wrażenie, że nie dostrzegam w sobie czegoś co mnie tam gdzieś jeszcze niepokoi po kątach serca i stąd brak całkowitego spokoju. Ale idę na totalnym luzie. Bo już czuję, że wiem o co w tym wszystkim chodzi. Coś tam we mnie kwitnie w dobrym zdrowym kierunku. Może nieświadomie i z zaskoczenia, ale załapałam ostatnio jakiś spokój. Cieszy mnie to bardzo:)
Pozdrawiam wszystkie umęczone! Trzymajcie się dzielnie!
To jest straszne...
To dziwne, ale nie brzydzę się prostytutek, jestem pewna, że mogłabym się normalnie przyjaźnić z taka kobietą, za to potwornie brzydzę się żonatych facetów korzystajacych z ich usług...
Jak tak czytam, to się zastanawiam nad swoim zwiazkiem i wszelkimi niuansikami, jakie sie pojawiały... że kiedyś znałam wszystkie hasła do jego maili itd, a teraz nie... że kasuje listę połączeń w telefonie, może popadam w paranoję, a może coś jest na rzeczy?...
Z psychologiem chwilowo klapa. Zaspałam. Normalnie zmęczenie z powodu przepracowania:| Wiem, już późno, ale mimo to będę próbować rano wstać i iść do lekarza. Mam do niego trochę pytań. Nie spieszy się, ale zawsze warto zagadać. Powiedziałam byłemu o zaplanowanej wizycie. Wyglądał na zszokowanego i zdezorientowanego. Wygadałam się. Trudno. Co z tego, że zachowałabym to w tajemnicy jako mój sukces? A niech widzi, że robię coś dla siebie i działam mimo tego problemu co mi narobił.
Wczoraj spotkałam się z byłym, na jego prośbę - ale była rzeźnia.. wylazło ze mnie wszystko co czułam, cała złość z przeszłości, wszystkie syfy po kolei, przypomniałam sobie jego niemiłe słowa dot. mojego ciała. Jakieś 3h męki dla niego i dla mnie.. Rozstaliśmy się w miarę szybko i emocjonalnie i pojechaliśmy każde do swojego domu. Ale coś mnie ruszyło kurde wieczorem.. To przecież przeszłość. Skoro on chce coś zmienić, to czemu mu w tym przeszkadzam i dokładam złego? Poza tym ja przecież też chcę się zmienić. Niezależnie od tego co mi narobił, co inni mi w życiu nasyfili, chcę być dobrym człowiekiem. I żyć każdym dniem, dobrze żyć. Zwinęłam dupę z domu i późnym wieczorem do niego pojechałam. Przeprosiłam za awanturę. Nie potrafię jeszcze panować nad swoimi emocjami. Cóż. Ale chcę to zmienić w sobie. I ten wczorajszy ruch z przeprosinami uważam za dobry początek. Dlaczego mam mieć niespokojne sumienie, że jestem wredną suką? Ni ma! Może uważać, że się poniżyłam. Ale zrobiłam dla siebie coś dobrego, zgodnie z sumieniem. Nie wybaczyłam mu przeszłości, jedynie przeprosiłam za już totalnie niepotrzebną awanturę. Chciałam spokojnie skończyć dzień i iść spać. Nie chcę przez niego stawać się głupią wariatką. Uff. Dobrze się z tym czuję. Poza tym rozmowa z nim wieczorem już była zupełnie inna. I to też widzę - mój wpływ na psucie momentów, w których można było coś naprawiać przez ostatnie 3 miesiące. Jego wina, jasne, ale nie chcę stawać się taka jak on. Chcę być nadal dobra, niezależnie od człowieka który mnie skrzywdził.
Dziś, kolejna dobra sprawa - jechałam załatwić na mieście kilka ważnych dla mnie papierkowych spraw. Zaproponował, że po pracy mógłby się do mnie przyłączyć. No i przyjechał. Spotkaliśmy się na mieście i wyciągnął mnie do knajpki. Wymyślił jedno miejsce i zawzięcie go szukał (choć miałam wrażenie, że i tak tego tam nigdy nie było, ale cierpliwie przy nim szłam czekając aż trafi do wymarzonego celu). No niestety. Nie było czegoś takiego. Widziałam, że zły na siebie, że coś znowu nie pamiętał, że nie przemyślał gdzie mamy iść. Ale znalazło się inne miejsce. Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmowę. Godzina spokojnie spędzona. Na naprawdę sensownej rozmowie, na obustronnych spokojnych pytaniach i tłumaczeniach co i jak rozumiemy. Dziewczyny! Genialnie było! Jak nigdy dotąd! On potrafi mówić! I to jeszcze jak sensownie! Szkoda, że tak późno to się dzieje. Ale cóż. Nigdy nie jest dla niego za późno na zmianę swojego życia. Cieszę się, że próbuje. Później wypad na frytki, bo był głodny po pracy. I ok. I jak już wchłonął (dosłownie!) pierwszą porcję to pogoniłam do kontynuacji rozmowy. Nie przeciwstawiał się. Kurde, cud. Mówił, pytał, rozmawiał. Odruchowo bawił się moimi dłońmi (zapomniał się co było dosyć zabawne), uśmiechał. Nie protestowałam, czekałam co się z tego rozwinie. Podsumowałam w ramach przerwy 'i co? fajnie tak, nie? spokojnie?'. Przytaknął przygaszony sytuacją, którą wywołał, ale uśmiechnięty. Rozmawialiśmy dalej. Po jakimś czasie jego zryw, że musi iść bo późno, bo musi szukać lekarza i czytać o swoim problemie. Ale poprosiłam, żeby jeszcze chwilkę porozmawiać. Potrafił. Na spokojnie, bez marudzenia. Chyba zaczyna się przekonywać, że potrafi. Dobrze. Plus dla niego. Cieszę się, naprawdę. Dojrzewa jako facet, równocześnie walcząc z nałogiem. To bardzo dobry znak. Trzeba równocześnie, nie można z czegoś rezygnować i tak się majtać między jednym a drugim. Zaczyna chyba łapać o co chodzi. Dziś też w końcu do niego dotarło, że nie chodziło mi nigdy o wielkie fajerwerki i wielkie słowa w związku, ale o zwykłe drobne gesty, jak np prosta wiadomość 'zabierz sweter, jest chłodno'. To jest wyraz troski o drugą osobę. Dziś to chyba w końcu załapał. Przynajmniej tak to wyglądało. Cieszył się z tego jak dziecko. Dobrze!
A ja wracając późnym wieczorem ze sklepu o mało nie zemdlałam. Skumulowały mi się nagle myśli o tym co mówił, co komentował, co go podniecało/podnieca, co kiedyś robił. Koszmar! Zrobiło mi się słabo, niedobrze, zaczynałam się czuć jakby na te myśli łapała mnie przyjemność z tego. Kiedyś sama miałam naloty na bycie seksoholikiem (może i nawet nim byłam, to nie było nic przyjemnego, wręcz koszmar..) więc problem podwójnie dla mnie ciężki - 'co jeśli się wkręcę? co jeśli tych myśli nie przerwę?'. Ale umiem, potrafię już. Dzisiaj tego dowiodłam. Zatrzymałam się na chodniku. Wstrzymałam łzy. Kilka głębokich wdechów. "Babo, co Ty robisz!?" i po problemie. Słowa otuchy 'jak sama o siebie nie zadbasz to nikt o Ciebie nie zadba!' i po krzyku. I pojawił się uśmiech spokoju. Przetrwałam!
Były jutro idzie do lekarza. Może nawet do dwóch. Zobaczymy co z tego będzie. Niech walczy o siebie. Pisze mi, informuje mnie co jakiś czas, że mu zależy na powrocie. Że chce się tego gówna pozbyć i wrócić zdrowy. Teraz nie chce mnie tym krzywdzić, tymi swoimi myślami. Padły wcześniej dzisiaj z jego ust słowa, że nie wie, czy jak sobie poradzi z nałogiem to czy będzie nadal czuł, ze chce być ze mną. Zadałam proste pytania - "Wchodziłeś w związek z nałogiem? Zanim się nałóg nasilił było dobrze? Były sprawy, które Ci się nie podobały? Jeśli tak to czemu nie mówiłeś od razu tylko uznawałeś to za wielki problem nie do rozwiązania?". Chyba dotarło w czym rzecz. Niech myśli i rozważa czego chce. Ja robię swoje.
Obgadaliśmy też sprawę skoków do innych osób, zauroczeń, może zakochań, w każdym razie sprawę jakiegoś zainteresowania trzecią osobą. Wytłumaczyłam jasno - jeśli coś Ci się w jakiejś osobie podoba (wnętrze, nie fizyczność) i czujesz, że chciałbyś być tym obdarowany, tzn że nie masz tego w swoim związku albo masz tylko tego nie widzisz. Jeśli nie widzisz to przejrzyj na oczy. Jeśli nie masz to po prostu porozmawiaj o tym z partnerką. Bo może ona ma Ci to do ofiarowania tylko nie wie od Ciebie że akurat tego potrzebujesz. Bo przecież masz od niej wszystko, tylko jednej rzeczy brakuje. A nuż może i ona jest? Pracuj nad tym. Nie uciekaj od razu tylko sprawdź czy przypadkiem nie latasz za czymś co masz obok siebie, i to w dużo lepszym i bezpieczniejszym wydaniu.
Po dzisiejszym dniu czuję się dobrze, spełniona. Dzień w porządku. Wiadomo - kilka słabych myśli się pojawiło, ale dałam sobie z tym radę. Bo jestem silna. I wierzę w siebie. Bo tylko ja jestem w stanie sobie ze sobą poradzić:)
Wspólnota Uzależnionych od Seksu i Miłości - SLAA, bardzo Wam sie przyda - o Tobie i jemu.
Jest co robić, każde z Was ma chore wzorce.
937 2012-05-10 14:32:09 Ostatnio edytowany przez A-86 (2012-05-10 14:52:27)
Co rozumiesz przez chore wzorce? Proszę, nakieruj.
Na żadne SLAA się nie zamierzamy wybierać, rozważaliśmy to. Słuchanie opowiastek innych ludzi raczej nie wydaje mi się być dobrym pomysłem. Człowiek mający własny problem na głowie posłucha innych, powie o swoim problemie, ale tam nikt go za niego nie rozwiąże. Tam też są chorzy ludzie. I czego się od nich niby nauczymy? Jak sobie nie radzić? Jeśli już to terapia u psychologa/psychoterapeuty. Poza tym to też tylko ludzie. Mogą nakierowywać, wbijać coś do głowy, ale to my sami musimy zobaczyć problem i sami go zwalczyć. Nikt za nas tego nie zrobi. Tylko my sami wiemy i możemy odkryć w czym tkwi problem. I mi się to udało i udaje. Mam nasilone stare odruchy (seksoholizm) bo mam empatię w stosunku do partnera dużą. Dużo mi mówił z czym ma problem, opowiadał, starałam się wczuć w to co się z nim dzieje żeby mu pomóc kiedy jeszcze razem próbowaliśmy walczyć. I pod wieloma względami (głównie takie życiowe funkcjonowanie) to pomogło, nauczył się wielu rzeczy przez dobre wytłumaczenie mu spraw i jego własne rozmyślania o tym. Każdy ma inne ścieżki w mózgu i on sam najlepiej czuje jak coś musi ugryźć żeby zadziałało najlepiej dla niego. To męczy, jasne, boli, trwa czasem cholernie długo, ale tylko naprawienie i stworzenie nowych ścieżek może pomóc usunąć problem.
Skumulowały mi się nagle myśli o tym co mówił, co komentował, co go podniecało/podnieca, co kiedyś robił. Koszmar! Zrobiło mi się słabo, niedobrze, zaczynałam się czuć jakby na te myśli łapała mnie przyjemność z tego. Kiedyś sama miałam naloty na bycie seksoholikiem (może i nawet nim byłam, to nie było nic przyjemnego, wręcz koszmar..) więc problem podwójnie dla mnie ciężki - 'co jeśli się wkręcę? co jeśli tych myśli nie przerwę?'. Ale umiem, potrafię już.
To niestety, bez ciezkiej pracy u podstaw swojego rozwoju duchowego - wraca.
I do tego ciagle masz głowę zaprzątniętą nim i jego problemami.
Warto poczytać Carnes'a "Od nalogu do miolsci" i M. Beattie "koniec współuzależnienia"
939 2012-05-10 14:59:36 Ostatnio edytowany przez A-86 (2012-05-10 15:29:03)
Rozwój duchowy = 12 kroków? Odpada. Jestem niewierząca i nie zamierzam się nawracać. Nie mam ciągłego problemu. Jestem seksoholikiem wyleczonym, który sobie radzi z nawracającymi problemami. To był wyjątkowy jeden raz od bardzo bardzo dawna. Już normalnie funkcjonowałam i nadal funkcjonuję. I seksoholikiem będę do końca życia. Najważniejsze, że potrafię z tym walczyć i ZAWSZE mi się to udaje od momentu jak wygrałam pierwszą dużą walkę ze sobą (kilka lat temu). Nawet teraz. Od niego też się oduzależniłam. Pomagam jeśli o to prosi, a nauczył się tego teraz. I widzę, że mu zależy. Ale mimo to nie robię nic za niego. Staram się nakierowywać, obserwuję jakie robi błędy i to on ponosi za nie konsekwencje. Łapki nie podaję. Zajmuję się sobą. Jak nie mam czasu na spotkanie to nie mam i się nie zmuszam. Mam już tylko swoje życie.
Był dzisiaj u lekarza. Nie załatwił sprawy jak chciał za pierwszym wejściem do gabinetu to dzwonił i pisał do mnie. Nie odpisałam, nie odebrałam. Przeczekałam. Olałam sprawę i poszłam dalej spać. Zadziałał sam bez mojej pomocy. Poszedł drugi raz. Potrafi. I powiedział później dumny z siebie, że to fajne! Że potrafi zrobić coś co chce i się przestaje bać być sobą. Przestaje się przejmować opinią innych (zawsze to robił i to się mocno przyczyniło do jego wielu drobnych nałogów) i to mu dodaje sił i wiary w siebie. I uważam to za bardzo dobry znak.
Carnes'a czytałam i to już na samym początku kiedy odkryliśmy problem. To było pierwsze co zakupiliśmy, oboje. Stoi ładnie na półeczce wchłonięte w kilka wieczorów. Nie do końca zgadzam się z jego podejściem do problemu. Na własnej skórze czułam jak to jest być uzależnionym człowiekiem od tego syfu. Wystarczył mi wstręt do tego. Nie potrafiłam nic normalnie działać w życiu. To mi otworzyło oczy i wiara we własne możliwości.
940 2012-05-10 16:26:07 Ostatnio edytowany przez iruda (2012-05-10 16:37:29)
Rozwój duchowy = 12 kroków? Odpada. Jestem niewierząca i nie zamierzam się nawracać.
Nie ma znaczenia!
Siła Większa od nas samych - jak każdy ją rozumie w sobie. Są i wierzący, i niewierzący, i wyznawcy różnych religii.
Jestem seksoholikiem wyleczonym, który sobie radzi z nawracającymi problemami. To był wyjątkowy jeden raz od bardzo bardzo dawna. Już normalnie funkcjonowałam i nadal funkcjonuję. I seksoholikiem będę do końca życia. Najważniejsze, że potrafię z tym walczyć i ZAWSZE mi się to udaje od momentu jak wygrałam pierwszą dużą walkę ze sobą (kilka lat temu). Nawet teraz.
Ok, to w takim razie jesteś cud natury ;-)
Jakbys była juz "po", to byś nie miała takich wątpliwości jakie masz, nie musiałabyś walczyć, tylko byś żyla pełnią życia w zgodzie ze sobą.
Ale jestem w stanie zrozumieć brak gotowości na otwarcie w grupie i brak gotowości na taką pracę.
Wyleczonym - grupa pomaga podtrzymać zdrowie, wyleczeni pomagają innym uzyskac zdrowienie.
A-86 napisał/a:Rozwój duchowy = 12 kroków? Odpada. Jestem niewierząca i nie zamierzam się nawracać.
Nie ma znaczenia!
Siła Większa od nas samych - jak każdy ją rozumie w sobie. Są i wierzący, i niewierzący, i wyznawcy różnych religii.
Nie wierzę w jakąkolwiek siłę wyższą. Wierzę, że jedynie człowiek rządzi sobą samym i tylko jak już to człowiek człowiekowi jest w stanie pomóc. Od tego mamy mózg żeby za siebie myśleć i sami naprawiać swoje błędy. A nie rzucać się w ramiona 'siły wyższej'.
A-86 napisał/a:Jestem seksoholikiem wyleczonym, który sobie radzi z nawracającymi problemami. To był wyjątkowy jeden raz od bardzo bardzo dawna. Już normalnie funkcjonowałam i nadal funkcjonuję. I seksoholikiem będę do końca życia. Najważniejsze, że potrafię z tym walczyć i ZAWSZE mi się to udaje od momentu jak wygrałam pierwszą dużą walkę ze sobą (kilka lat temu). Nawet teraz.
Ok, to w takim razie jesteś cud natury ;-)
Ano jak widać jestem. Sporo się w życiu przeszło mimo może młodego wieku. Naprawdę sporo.
Jakbys była juz "po", to byś nie miała takich wątpliwości jakie masz, nie musiałabyś walczyć, tylko byś żyla pełnią życia w zgodzie ze sobą.
No i żyję:) Nie myślę ciągle o problemie bo on dla mnie już nie istnieje:) Jest przeszłością, 'wspomnieniem' niemiłym, które czasem wraca jak każde inne wspomnienie. Czasem coś wywołuje wspomnienia bądź podobne uczucia, prawda? I to jest normalne. Nasze mózgi są jakie są. Przypadkiem nie wlezie się w te neuronki, które by trzeba i się coś człowiekowi przypomina i sobie przypomina uczucia z tym związane. Ty nie masz żadnych słabości? Żadnych gorszych dni? Żadnych wspomnień (gorszych/lepszych)? Z każdą słabością się walczy żeby nas nie opanowała, żeby nam czegoś nie zepsuła. I to nas wzmacnia. Każda wygrana bitwa. Ja reaguję na swoją słabość od razu. Więc to się stało odruchem bezwarunkowym. Po prostu jak kichnięcie. Tylko czasem mocniej w nosie zakręci i dłużej się na to zbiera więc zaprzątnie moją uwagę i przeszkodzi mi w innej czynności;)
Ale jestem w stanie zrozumieć brak gotowości na otwarcie w grupie i brak gotowości na taką pracę.
Powiedz mi, naprawdę uważasz, że każdy musi to przechodzić? A może właśnie otwieranie się w grupie jest brakiem gotowości na to żeby zajrzeć samemu wgłąb siebie i się tego nie bać? Może tu jest problem i tu tkwi lęk? Może człowiek wierzy, że grupa za niego coś zrobi, coś mu podpowie, zamiast samemu się wysilić? I tak sama się muszę uleczyć, grupa tego za mnie nie zrobi. Więc po co się rozdrabniać i rozczulać?
Ja czuję, że tego nie potrzebuję. Jakieś 3 lata temu z zupełnie innego problemu wylądowałam u psychologa, bo wszyscy twierdzili, że muszę. Dobry psycholog. Kilka ładnych godzin siedzenia, 2 sesje. Jego zdaniem niepotrzebnie w ogóle przychodziłam. Szukał problemu i nie znalazł. To, że jestem inna i niektórym się coś nie podoba jak robię, nie znaczy, że gorsza i robię to źle. Sama jestem w stanie lepiej się sobą zająć niż ktokolwiek inny, kto nie ma bladego pojęcia co w danej chwili czuję i przeszłam przez całe życie. Nakierowywać mnie nie trzeba. Bo już to sama zrobiłam. Mam swoje sposoby. I przy każdym dużym problemie go nie odpuszczam dopóki nie znajdę sposobu na niego. A później już tylko kwestia czasu na utrwalanie tego co udało mi się osiągnąć.
Wyleczonym - grupa pomaga podtrzymać zdrowie, wyleczeni pomagają innym uzyskac zdrowienie.
Aleś się uparła;) A gdzie samodzielność i własne prywatne życie? Gdzie wiara w samego siebie i swoją siłę? W grupie? Oni mają swoje problemy, każdy z osobna. Nie jest możliwością żeby mogli pomóc innym. Jak człowiek nie jest w stanie pomóc samemu sobie to nikt inny za niego tego nie zrobi. I wg mnie nie jest potrzebna 'adoracja' grupy i ich podziw jak coś mi się uda. Wystarczy, że ja sama to czuję. Po to walczę z uzależnieniem żeby sobie sama radzić a nie żeby się uzależniać od grupy i ich ochów i achów. Poza tym to tylko ludzie, jak i Ty, jak i ja.
Kurcze, no i co z tego że się ktoś chory od kogoś nasłucha, że da się go wyleczyć, jak procentowo więcej osób dookoła uważa inaczej (chorzy są cholernie podatni na innych dookoła, to ogólnie słabi ludzie). Zgłosiłam się na forum, że daję radę, pokazuję w jaki sposób, jak mija dzień i co się zmienia u mojego byłego, a słyszę, że potrzebujemy terapii. To jest wsparcie grupowe i podtrzymanie zdrowia? Czy próba usilnego szukania dziury w całym?;> Póki są efekty to czekamy, bo to może dobry start dla niego. Poza tym dobry psycholog do znalezienia, były szuka i mnie systematycznie o tym informuje, nawet podsyła linki, więc wiem, że to robi. I to nie z mojego przymusu. On tego chce. Potrzebuje? Proszę, niech śle. Ale nie obiecywałam, że będę mu odpisywać. Niech dojrzewa sam. Jestem dobrej myśli i cieszę się. Cieszyłabym się nawet jeśli byłby to tylko mój sąsiad.
Właśnie, a może któraś/któryś z Was ma namiary na dobrego psychologa (nie seksuologa!) w stolicy specjalizującego się w leczeniu uzależnień? Byłabym bardzo wdzięczna za informację!:)
Iruda nie przekonasz nikogo do grupy. To trzeba samemu przejść, sprawdzić na własnej skórze:)
A-86 proszę nie deprecjonuj mocy grupy, bo nie znasz jej działania. Oczywiście możesz pisać co chcesz, sama znam osoby uzależnione i współuzależnione, które radzą sobie bez niej.Jedne lepiej inne gorzej.
Powiem Ci jaką moc ma słuchanie o problemach innych.
W tych opowieściach znajdujesz siebie. Na początku myślałam tak jak Ty"po co mi słuchać te opowieści, przecież to nie moje sprawy,poza tym Ja mam inny problem".W mojej grupie są w większości żony alkoholików ,3 hazardzistów i Ja, 1x żona seksoholika. Rozumiesz, mój problem był inny
Grupa pozwoliła mi zrozumieć, ze to bzdura. To mój M ma inny problem, Ja mam taki sam jak inne dziewczyny w grupie.
Grupa funkcjonuje na takich zasadach jak :nie oceniamy, nie komentujemy i nie udzielamy dobrych rad, nie dla tego że nie chcemy, nie radzimy, bo nie ma dobrych rad. Nikt tam nikomu do głowy nic nie wkłada.Czasem któraś z dziewczyn prosi o opinię, tylko wtedy można powiedzieć "co myślę".
Te słuchanie uczy też zgody, takiej wewnętrznej na to aby każdy robił ze swoim życiem co chce, oraz zgody na popełnianie błędów, zarówno dla siebie jak i dla innych, choćby nie wiem jak głupio postępowali.
Uczy pokory wobec siebie i innych.
A-86, proponuję, spróbować, 3 miesiące, a potem możemy prowadzić dyskusję:)
Nie oceniam Cię źle, i nie mam wątpliwości, że jesteś dobrym człowiekiem,jak sama piszesz,sporo przeszłaś.
Poczytaj swoje posty,jak by nie były twoje. Co powiesz o tej dziewczynie?Byłam w takim samym miejscu, jakiś rok temu. Ja też nie rozumiałam, o co chodzi, przecież sobie radzę? Pisałam na forum, mówiłam na grupie, jak JA świetnie sobie radzę:) 90% tego co mówiłam i pisałam było o moim M. Tak samo byłam zdziwiona, że nie koniecznie świadczy to o moim "radzeniu sobie" . Ja nie dbam o siebie? Śmieszne.Przecież chodzę do kosmetyczki, fryzjera, kina, spotykam się z przyjaciółmi, uśmiecham się i w ogóle myślę tylko o sobie. A o M piszę żeby pokazać jak sobie radzę.To daje właśnie grupa, Ja widzę siebie w twoim postępowaniu, na szczęście mam to już za sobą.Być może się mylę co do ciebie, ale niewiele napisałaś o sobie. Możesz poczuć się urażona, a tego bym nie chciała:) Może napiszesz więcej? Co czujesz na myśl że znajomi bi rodzina wiedzą co robił twój partner? Czy w ogóle wiedzą z jakiego powodu się rozstaliście? Piszesz że mu pomagasz, tłumacząc, naprowadzając i pokazując właściwy kierunek, jak to się ma do twojego stwierdzenia, że każdy ma swój rozum i wie co powinien robić? Skąd u Ciebie tyle wiary w Jego słowa dziś? Przecież wiesz że seksoholik jest kłamcą, że potrafi kłamać, zaprzeczać i wypierać, aby osiągnąć to czego chce. Co robisz z tymi uczuciami, które powodują że robi Ci się słabo, rozumiem, że na ulicy musiałaś je szybko wyprzeć, aby nie zemdleć, ale jak się nimi zajmujesz w innych momentach? Opisałaś jedną sytuację w której pozwoliłaś złości hulać, ale jak radzisz sobie ze złością innym razem? Zawsze pozwalasz jej rządzić, wypierasz ją czy zajmujesz się nią? A jeżeli tak to w jaki sposób?
Iruda nie przekonasz nikogo do grupy. To trzeba samemu przejść, sprawdzić na własnej skórze:)
A-86 proszę nie deprecjonuj mocy grupy, bo nie znasz jej działania. Oczywiście możesz pisać co chcesz, sama znam osoby uzależnione i współuzależnione, które radzą sobie bez niej.Jedne lepiej inne gorzej.
Powiem Ci jaką moc ma słuchanie o problemach innych.
W tych opowieściach znajdujesz siebie. Na początku myślałam tak jak Ty"po co mi słuchać te opowieści, przecież to nie moje sprawy,poza tym Ja mam inny problem".W mojej grupie są w większości żony alkoholików ,3 hazardzistów i Ja, 1x żona seksoholika. Rozumiesz, mój problem był innyGrupa pozwoliła mi zrozumieć, ze to bzdura. To mój M ma inny problem, Ja mam taki sam jak inne dziewczyny w grupie.
Grupa funkcjonuje na takich zasadach jak :nie oceniamy, nie komentujemy i nie udzielamy dobrych rad, nie dla tego że nie chcemy, nie radzimy, bo nie ma dobrych rad. Nikt tam nikomu do głowy nic nie wkłada.Czasem któraś z dziewczyn prosi o opinię, tylko wtedy można powiedzieć "co myślę".
Te słuchanie uczy też zgody, takiej wewnętrznej na to aby każdy robił ze swoim życiem co chce, oraz zgody na popełnianie błędów, zarówno dla siebie jak i dla innych, choćby nie wiem jak głupio postępowali.
Uczy pokory wobec siebie i innych.
A-86, proponuję, spróbować, 3 miesiące, a potem możemy prowadzić dyskusję:)
Dziękuję za rady i naświetlenie sytuacji,ale ja już o tym czytałam dosyć sporo i raczej nie spróbuję z grupą. Przynajmniej na razie takiej potrzeby nie czuję. Czuję, że sobie radzę, więc po co próbować inaczej? Zwykle byłam anty- wszelkim grupom, nawet w klasie, grupie na uczelni. Będzie gorzej to może wtedy, ale i tak po głębszym przemyśleniu czy mi to na pewno potrzebne. Rozumiem, że ludzie idą się tam wygadać (jasne, jest lżej), i sobie posłuchać (myślę, że i tak jest im się ciężko tak całkiem wczuć w czyjąś sytuację jak sobie ze swoją nie radzą) i może jakieś wnioski wyciągnąć. Ale wczuwanie się i współczucie innym osobom to raczej nie są pozytywne uczucia mogące komuś poprawić samoocenę. Wg mnie to taka terapia zastępcza. Trochę widzę to jak niektóre grupy religijne - spotykają się żeby nabrać energii, wychodzą stamtąd doładowane, po czym do następnego spotkania to się z nich ulatnia. Takie robi się uzależnienie. Ale każdy czuje inaczej, więc jeśli komuś to pomaga to problemu nie widzę:)
Nie oceniam Cię źle, i nie mam wątpliwości, że jesteś dobrym człowiekiem,jak sama piszesz,sporo przeszłaś.
Poczytaj swoje posty,jak by nie były twoje. Co powiesz o tej dziewczynie?Byłam w takim samym miejscu, jakiś rok temu. Ja też nie rozumiałam, o co chodzi, przecież sobie radzę? Pisałam na forum, mówiłam na grupie, jak JA świetnie sobie radzę:) 90% tego co mówiłam i pisałam było o moim M. Tak samo byłam zdziwiona, że nie koniecznie świadczy to o moim "radzeniu sobie" . Ja nie dbam o siebie? Śmieszne.Przecież chodzę do kosmetyczki, fryzjera, kina, spotykam się z przyjaciółmi, uśmiecham się i w ogóle myślę tylko o sobie. A o M piszę żeby pokazać jak sobie radzę.To daje właśnie grupa, Ja widzę siebie w twoim postępowaniu, na szczęście mam to już za sobą.Być może się mylę co do ciebie, ale niewiele napisałaś o sobie. Możesz poczuć się urażona, a tego bym nie chciała:)
Spokojnie, nie czuję się urażona. Wiele trzeba żeby do tego doprowadzić;) Ja nie mam jakichś typowo 'kobiecych' potrzeb typu kosmetyczka, fryzjer, czy może i przyjaciółeczki (mało mam znajomych koleżanek, przyjaciółki żadnej - jestem wybredna jeśli chodzi o znajomości; nie lubię otaczać się ludźmi, którzy tylko wysysają ze mnie energię). Zawsze byłam inna i robiłam wszystko po swojemu. To było moje dbanie o siebie - po swojemu. Lubię siedzieć w książkach, jestem ścisłowcem, bardzo przyziemnym i stąpającym mocno po ziemi, często sama chodzę na spacery czy w ogóle gdzieś na miasto. Zawsze robiłam wiele dla siebie bo ciągle byłam krzywdzona. Nauczyłam się o siebie dbać - drobiazgi sprawiają mi dużą radość. Lubię po prostu spokój.
Może napiszesz więcej? Co czujesz na myśl że znajomi bi rodzina wiedzą co robił twój partner? Czy w ogóle wiedzą z jakiego powodu się rozstaliście?
Nikt nie wie, że u niego istnieje taki problem. Nikt by tego nie zrozumiał, niestety. Widzę jak reagują na rozmowy o życiowych problemach śmiechem i 'pierdolisz', 'wyluzuj', 'stwarzasz'.. Nikomu nie wspomnieliśmy że się rozstaliśmy bo nie bardzo jest komu. Jedynie moja mama znała problem, że on nie potrafił się ogarnąć na codzień, był mało kontaktowy wśród ludzi i czasem to ja się czułam jak facet w tym związku. Sama stwierdziła, że potrzeba czasu i się wszystko samo rozwiąże. Zostawia mi wolną rękę i wie, że zrobię tak żeby być spokojną i móc zdrowo funkcjonować w codziennym życiu. Zna moje wcześniejsze przejścia i nauczyła się, że zrobię co w mojej mocy żeby się nie męczyć. I wyczułaby na 100% nawet przez telefon jakby coś było nie tak. Nie potrafię po sobie pokazywać że nie ma problemów. Ludzie, którzy chcą i mnie lepiej znają, to to widzą. To też jakby dla mnie takie zewnętrzne potwierdzenie - że sobie radzę bo nie widać po mnie, że jest źle. Nie mamy wielu wspólnych znajomych, większość z nich jest ze studiów bo tam się poznaliśmy, a właśnie je kończymy. Więc ten etap jakby się zamyka. Ludzie są jacy są, jakoś nie potrafiłam wśród nich znaleźć odpowiednich kandydatów na długoterminowych znajomych bądź ludzi do zwierzeń. Przyjaciół bliskich - zero. Nie wierzę w przyjaźń poza związkiem. Za dużo porażek. Niestety, ludzie mało się tym interesują dlaczego coś się skończyło, to taka norma w 'naszym' pokoleniu. Dla nich liczy się fakt i to, że ktoś jest 'wolny' i 'do ruchania'. Szczerze mówiąc - nie podoba mi się ten czas w jakim jest mi dane żyć, wolę otaczać się starszymi ludźmi. Moi rówieśnicy przerażają mnie swoją rozwiązłością i zamiłowaniem do wszelkiego rodzaju nałogów i maskowania się. Mam kilku takich 'dalszych' znajomych, którzy się gdzieś tam przez życie przewijają. Tacy bardziej konkretni. Ale czasy takie, że wszyscy w rozjazdach i nie ma jak się spotkać.
Piszesz że mu pomagasz, tłumacząc, naprowadzając i pokazując właściwy kierunek, jak to się ma do twojego stwierdzenia, że każdy ma swój rozum i wie co powinien robić?
Jestem jedyną osobą, która miała z nim taki częsty kontakt przez ostatni ponad rok - dzień w dzień. Bardzo dużo się ze sobą widzieliśmy, rozmawialiśmy. Wcześniej go też znałam, przyjaźniliśmy się, obserwowałam go. Jestem w stanie mu opowiedzieć różne sytuacje dawne i ocenić je teraz, kiedy już zaczyna trzeźwieć i żyć w tym świecie a nie we własnej wyobraźni. Wtedy w ogóle nie zauważał moich uwag odnośnie swojego zachowania. Teraz widzę sporą różnicę. Sam to wyłapuje. Pomagam mówiąc jak coś może/mogło wyglądać, nie jak jest/było na pewno. Sam znajduje ciekawe wytłumaczenia sytuacji, na które sama bym nie wpadła. Chyba, że oczywiste jest jak coś wygląda - wtedy wyraźnie widzi co jest na rzeczy. Uświadamiam mu fakty, których on kiedyś nie widział. A co z tym zrobi - jego sprawa. Sam dużo szuka informacji, obserwuje ludzi, dzieli się ze mną spostrzeżeniami i próbuje oceniać sytuację. Jasne - każdy ma swój rozum. Ale on się zatrzymał na etapie dojrzewania, jest jak dziecko. Ma niestety teraz przyspieszony kurs 'uczenia się' ludzi i dorastania. I robi to sam. teraźniejszością zajmuje się sam. Niestety (stety) dopiero co poszedł do pierwszej poważniejszej pracy. Wszystko jest u niego świeże. Oj, dostaje już po pupie od życia. Ma problem z codziennymi sprawami. Sam teraz wszystko poznaje na własnej skórze. Poznaje jak działa ten popaprany świat. Nie widział tego wcześniej. Normalnie jakby się na nowo rodził.
Skąd u Ciebie tyle wiary w Jego słowa dziś? Przecież wiesz że seksoholik jest kłamcą, że potrafi kłamać, zaprzeczać i wypierać, aby osiągnąć to czego chce.
Jest jakiś dziwnie wyjątkowy jak na seksoholika. Wiary dużo, bo przyznawał się do prawdy. Do bolesnej przeszłości. Okazało się, że po prostu nie dorósł, nie widział nic złego w tym co robił od ponad 10 lat. Wszyscy znajomi tak robili, a on, jak i oni, się w tym zagłębiał. Aż zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. I wlazł z tym w związek (jestem jego pierwszą dziewczyną, i od razu ponad rok związku). Kilka moich awantur o to, że nie słucha, że coś zrobił nie w porządku względem nas i zaczynał otwierać oczy na wszystko. Po powiedzeniu w styczniu o jednym z kłamstw (nie umiał z tym żyć i musiał to w końcu z siebie wywalić, próbował wcześniej ale się bał) później poszło z górki. Otworzył się. Przyznawał do przeszłości, po kolei, co tylko sobie przypomniał z bolesnych dla niego spraw i mogących być istotnymi w związku i w jego obecnym stanie psychicznym. Rozmawialiśmy za każdym razem strasznie długo, jak trzeba było to się wracało do tematu żeby go 'wyczyścić'. Przyznawał się kiedy zdarzało mu się coś złego pomyśleć, zrobić, zachować nie w porządku względem mnie. Ciężko mu to szło, ale robił to, mówił. Chciał walczyć z problemem. Potrafię zauważyć kiedy kłamie. Znam go już 6 lat. Wiele rzeczy podejrzewałam wcześniej i nic nie mówiłam, ze coś czuję, ale i tak się przyznawał najszybciej jak potrafił. Więc wierzę. Widzę jak działa. Urywa kontakty ze starymi 'złymi' znajomymi. Coraz mniej się tego boi. To są dla mnie mocne dowody.
Zatrzymał się na etapie podziwiania dziewczynek, którym ledwo co zaczęły piersi rosnąć. Jego problemem jest podniecanie się na widok małolat. Nie chce tego ale z tym walczy. Wycofał się ze związku bo nie chciał mnie ranić swoim zachowaniem. Ale wspominał i wspomina czasem o powrocie, kiedy już dojrzeje i zobaczy że jest w stanie to opanować.
Co robisz z tymi uczuciami, które powodują że robi Ci się słabo, rozumiem, że na ulicy musiałaś je szybko wyprzeć, aby nie zemdleć, ale jak się nimi zajmujesz w innych momentach? Opisałaś jedną sytuację w której pozwoliłaś złości hulać, ale jak radzisz sobie ze złością innym razem? Zawsze pozwalasz jej rządzić, wypierasz ją czy zajmujesz się nią? A jeżeli tak to w jaki sposób?
To uczucie na ulicy - jednorazówka od bardzo bardzo dawna. Samo przyszło. Idę sobie i nagle 'siup' i jest. I tona nakładających się obrazów przed oczami, masa niemiłych usłyszanych słów. To nie jest tak, że to wywołuję. Myślałam o czymś totalnie innym. Jestem byłą seksoholiczką, to tak dawniej działało - mózg sobie nagle sam coś wrzucał i kazał mi się tym zajmować. Po prostu opanowałam sytuację i po problemie. Dzisiaj ani jednej złej myśli. Nic a nic.
Ze złością bywa gorzej, jestem z natury nerwowa, wybuchowa. Wyniosłam to z domu. Tzn tam była cisza, byłam szarą myszką, dopiero po wypadzie na studia się zaczęło - 'odreagowywałam' napadami złości z głupich powodów. Jest już dużo lepiej. Kwestia panowania nad chwilowymi emocjami. Uświadamiam sobie, że zaraz wybuchnę, staram się wziąć kilka głębokich wdechów żeby uspokoić nerwy i w międzyczasie analizuję jak to mogę ująć co chcę przekazać żeby nie wrzeszczeć. Wyskoki mi się zdarzają, ale sporadycznie. Kiedy już naprawdę linka puści. Ale zwykle z sensownych i już krytycznych powodów.
PS. Przepraszam, że tego tak dużo i może chaotycznie, mam nadzieję, że chociaż na temat mi się udało;) Mam od niedawna dużo pracy do ogarnięcia a mało czasu, jestem trochę przez to niewyspana, ale staram się jakoś się tu określić.
Pozdrawiam!
Dziękuję za rady i naświetlenie sytuacji,ale ja już o tym czytałam dosyć sporo i raczej nie spróbuję z grupą. Przynajmniej na razie takiej potrzeby nie czuję. Czuję, że sobie radzę, więc po co próbować inaczej? Zwykle byłam anty- wszelkim grupom, nawet w klasie, grupie na uczelni.
Bardzo dobrze Cie rozumiem, ponieważ w Twoim wieku miałam podobne myślenie i tez dużą pewność, że JA SAMA sobie poradzę.
Teraz mam lat 38 i widzę to zupełnie inaczej, nie mam juz tamtej pychy.
Przyjdzie czas, beda inne potrzeby.
945 2012-05-11 07:54:31 Ostatnio edytowany przez kachna66 (2012-05-11 07:56:45)
A-86 grupa nie jest po to żeby się wygadać, choć wiele osób idzie tam właśnie w tym celu:) A potem "BUM" okazuje się że to tylko dodatek. A na pewno nie jest po to aby się wczuwać w czyjeś przeżycia.Chole.......ra przecież dość ,mają swoich. Nie rozumiem twojego podejścia do grup, bo Ja zawsze byłam inna, ale nie mam zamiaru Cię przekonywać do zmiany zdania,bo to by znaczyło ze nie szanuje twojego.Jeszcze dwa lata temu próbowałabym Cię przekonać do zmiany zdania, bo to Ja wiem ze się mylisz. Ale własnie dzięki grupie wiem ze to bzdura, Grupa pomogła Mi i wielu innym, ale nie koniecznie wszyscy musza na nią uczęszczać .
Wiesz, mam taką teorię (na własny użytek) " terapia zaczyna się wtedy gdy zadajemy sobie właściwe pytania -bo to jest najtrudniejsze-i odpowiadamy sobie na nie, szczerze,tak aby w środku nie czuć oporu." Wbrew pozorom nie jest proste zadawanie sobie właściwych pytań,bo właśnie dlatego potrzebujemy terapii, że nie potrafimy tego robić.
Czytając twoją opowieść cisną mi się do głowy takie pytania:
Biorąc pod uwagę twoje zdanie na temat grupy.
W jakim celu weszłaś na forum i opowiadasz o tym jak sobie radzisz?
W jakim celu w kolejnym poście tak dużo piszesz o Nim? Komu to potrzebne? Tobie, czy Nam?
Czemu uważasz, że On potrzebuje twojej pomocy w wychowaniu tego dziecka,które jest w nim?
Jak się ma twój brak potrzeby do wygadania się do tak długich postów, opowiadających głównie o Nim?
Wierzysz w to że psycholog może wam pomóc. Ale twoja wiara jest bardzo wybiórcza, czy zauważasz to?
Nie chodzi o to abyś ni odpowiadała, nie musisz odpowiadać też sobie.To są moje pytania i Ja sobie na nie już odpowiedziałam
946 2012-05-11 09:28:09 Ostatnio edytowany przez iruda (2012-05-11 09:32:40)
Kachna, chylę czoła za umiejetność zwięzłego ubrania z słowa.
Mam podobne myślenie o tej sprawie, pamiętam tez siebie z podobnego okresu, nawet wydawało mi sie, ze gdy skończę odpowiednie studia, to juz na zawsze bede mogla sobie sama i zadna grupa, żadni ludzie nie bedą mi potrzebni do pomocy. Carnes pisze o takich "Władcy Świata", przemawiała przeze mnie pycha.
Nawet psychologa potrafiłam tak zmanipulowac, ze chociaż problem był, to w końcu padło pytanie "o co chodzi?" Taka osobowość.
Nikt nie widział problemu w DDA i współuzależnieniu, nikt nie zauważyl erotomanii i obsesyjnej miłości. I byłam zadowolona sie siebie, że udało mi sie specjaliste niejednego wyprowadzic w pole.
Dzięki grupie nabralam pokory, nie jestem juz "Władcą Swiata", jestem człowiekiem; i zdecydowanie lepiej myslę o innych ludziach. To jest moje zdrowienie.
A-86 grupa nie jest po to żeby się wygadać, choć wiele osób idzie tam właśnie w tym celu:) A potem "BUM" okazuje się że to tylko dodatek. A na pewno nie jest po to aby się wczuwać w czyjeś przeżycia.Chole.......ra przecież dość ,mają swoich. Nie rozumiem twojego podejścia do grup, bo Ja zawsze byłam inna, ale nie mam zamiaru Cię przekonywać do zmiany zdania,bo to by znaczyło ze nie szanuje twojego.Jeszcze dwa lata temu próbowałabym Cię przekonać do zmiany zdania, bo to Ja wiem ze się mylisz. Ale własnie dzięki grupie wiem ze to bzdura, Grupa pomogła Mi i wielu innym, ale nie koniecznie wszyscy musza na nią uczęszczać .
To chciałabym się dowiedzieć, co wg Ciebie się w takiej grupie robi. Po co tam chodzisz jeśli nie słuchać innych i się wygadywać? Dobre słuchanie to wczuwanie się w drugą osobę, inaczej jest to jak gadanie obcych do ściany. Bez empatii nie zrozumie się czyjegoś problemu. Bez konieczności rozumienia czyjegoś problemu nie ma sensu tam w ogóle iść. Wieczne doradzanie też nie jest dobre bo to jak ciągłe myślenie o problemie, w końcu się od tego uzależniasz żeby tam być i mówić, więc ciągle jakby problem na tapecie. Wg mnie samemu sobie można tym zaszkodzić.
Wiesz, mam taką teorię (na własny użytek) " terapia zaczyna się wtedy gdy zadajemy sobie właściwe pytania -bo to jest najtrudniejsze-i odpowiadamy sobie na nie, szczerze,tak aby w środku nie czuć oporu." Wbrew pozorom nie jest proste zadawanie sobie właściwych pytań,bo właśnie dlatego potrzebujemy terapii, że nie potrafimy tego robić.
Nie jest proste, ale nie jest niemożliwe. A może ja to potrafię? Nie oceniaj i nie wrzucaj do jednego wora. Czasem mam wrażenie, że przez mój wiek jestem zamykana w szufladce 'młoda więc nie rozumie'.
Czytając twoją opowieść cisną mi się do głowy takie pytania:
Biorąc pod uwagę twoje zdanie na temat grupy.
W jakim celu weszłaś na forum i opowiadasz o tym jak sobie radzisz?
A jaki jest tytuł wątku? Ten człowiek ciągle jest koło mnie bo jest moim przyjacielem. Więc jakby to może z zewnątrz nie wyglądało odczuwam więź, jakbyśmy byli bardziej w separacji niż po rozstaniu całkowitym. Każde sobie, ale z braniem pod uwagę tego, że jest 'ten ktoś' obok, kto chce tam być. Chcę mu pomóc, chcę z nim żyć, i w jakimś sensie żyję.
Co do tego pytania o mój cel wejścia na to forum ma moje zdanie na temat grup? Radzę sobie bez nich w życiu 'realnym'. I to jest powód, że mam się nie wypowiadać, że da się po prostu inaczej funkcjonować? Dzielę się tym jak sobie radzę, jaka jest sytuacja ogólna (jak zresztą część z Was), nie jestem w grupie na którą muszę systematycznie uczęszczać. Wolę wyrazić się tu, ślad zostanie, a osoby zainteresowane jakoś tu dotrą. Chodzenie gdzieś systematycznie to wg mnie jak nałogowe dreptanie po jakimś czasie już z 'wewnętrznego przymusu bądź przyzwyczajenia'.
Swoją drogą - widzę tu jakieś naloty na doradzanie ludziom, ocenianie co jak robią. Uważasz, że to dobre ich tak nakierowywać? Czujesz się na tyle zdrowa i odpowiedzialna żeby to robić? Tym słabym ludziom, którzy są współuzależnieni, i są jak chorągiewka na wietrze? Wydaje mi się, że lepiej opisać sytuacje ogólne i własne zachowanie. Daje to jakiś obraz, i każdy wyciągnie z tego co będzie chciał. Ale to tylko moje zdanie i moje podejście. Tak zwykle działałam. Nie lubiłam rad 'wprost' czy pocieszania, wolałam sama wyciągać wnioski i szukać co mi potrzebne żeby zrozumieć problem. Wiedziałam co lepiej do mnie dotrze i co mi otworzy oczy. Jak się nie udawało to dostawałam po dupsku za moje decyzje. Wszystko co źle zrobiłam stosownie później odczułam.
W jakim celu w kolejnym poście tak dużo piszesz o Nim? Komu to potrzebne? Tobie, czy Nam?
Skoro mam opisać jak sobie radzę, to chyba dobrze opisać jaka w ogóle jest ogólna WSPÓLNA sytuacja. Nie odizolowałam się od niego całkowicie, bo tego nie chcę. Chcę umieć żyć koło niego więc to co się z nim dzieje też uważam za ważne i bardzo istotne. Jeśli Wam niepotrzebne to ok, więcej ani słowa:) Ale wtedy chyba nie bardzo będzie wiadomo z czym sobie w dany sposób radzę i jak wygląda problem w danej chwili.
Czemu uważasz, że On potrzebuje twojej pomocy w wychowaniu tego dziecka,które jest w nim?
Nie uważam tak. Prosi to dostaje, ale tyle na ile uważam, że mogę sobie pozwolić dać. Oczywiście nie naruszając mojego zdrowia psychicznego i innych potrzeb.
Jak się ma twój brak potrzeby do wygadania się do tak długich postów, opowiadających głównie o Nim?
Może to wygląda jakby było głównie o nim, ale po prostu jego sytuacja jest skomplikowana. Staram się to przybliżyć najdokładniej jak się da, nie dla siebie. Ja mam tego obok siebie i w sobie dostatecznie dużo. Opisanie czegoś kilkoma słowami mija się z celem. Wolę raz a dobrze niż później prostować niedomówienia.
Wierzysz w to że psycholog może wam pomóc. Ale twoja wiara jest bardzo wybiórcza, czy zauważasz to?
Co przez to rozumiesz, że wybiórcza?
Nie chodzi o to abyś ni odpowiadała, nie musisz odpowiadać też sobie.To są moje pytania i Ja sobie na nie już odpowiedziałam
Pytania padły więc odpowiedziałam. To Twoje pytania do mnie czy tak ogólnie dla Ciebie samej? Bo jeśli dla Ciebie to nie rozumiem sensu zamieszczania ich tutaj.
Ps. Widzę tu jakiś przerost własnego 'JA' w tym w jaki sposób piszesz 'Ja' (czyżby 'władca świata' się odzywał?). I delikatny brak szacunku do innych (ty). Ale to ino takie drobiazgi, które od razu rzuciły mi się w oczy.
Kachna, chylę czoła za umiejetność zwięzłego ubrania z słowa.
Mam podobne myślenie o tej sprawie, pamiętam tez siebie z podobnego okresu, nawet wydawało mi sie, ze gdy skończę odpowiednie studia, to juz na zawsze bede mogla sobie sama i zadna grupa, żadni ludzie nie bedą mi potrzebni do pomocy. Carnes pisze o takich "Władcy Świata", przemawiała przeze mnie pycha.
Może przez Ciebie przemawiała pycha, ale czy to znaczy, że jestem taka jak Ty? Że to samo czuję na każdym etapie? Ba! Że w ogóle mam takie same etapy radzenia sobie z czymś? Może to i wygląda jak pycha, wg Was, bo nowa i się chwali że sobie już radzi. Ale chyba właśnie po to jest ten wątek żeby opisywać jak sobie ludzie radzą? Gdybym nie była pewna swoich uczuć to bym się nie odzywała. Potrafię się przyznać do błędu i do swoich słabości, spokojnie. Ale to, że jestem czegoś pewna jestem w stanie określić naprawdę dopiero po długich 'mękach' i rozmyślaniach.
Nawet psychologa potrafiłam tak zmanipulowac, ze chociaż problem był, to w końcu padło pytanie "o co chodzi?" Taka osobowość.
Nikt nie widział problemu w DDA i współuzależnieniu, nikt nie zauważyl erotomanii i obsesyjnej miłości. I byłam zadowolona sie siebie, że udało mi sie specjaliste niejednego wyprowadzic w pole.
Dzięki grupie nabralam pokory, nie jestem juz "Władcą Swiata", jestem człowiekiem; i zdecydowanie lepiej myslę o innych ludziach. To jest moje zdrowienie.
Miałaś powód do dumy.. Ja u specjalisty szukam czegoś nowego, jakiegoś świeżego podejścia do sprawy, rady jak pomóc byłemu i na ile powinnam to robić. Byłam dzisiaj u psychologa. Niczego nowego się nie dowiedziałam. Babeczka wypytała mnie o wszystko i nie sugerowała dla mnie żadnej terapii. Dostałam za to informację o ośrodkach zajmujących się leczeniem uzależnień, dla mojego byłego.
Czuję się człowiekiem, i myślę dobrze o ludziach, o których uważam że mogę dobrze myśleć. Nikogo z góry nie przekreślam. Ale jeśli ktoś sam nie chce być dobry no to przepraszam, ale ja go wielbić nie będę za coś czego on sobie nie życzy.
Widzisz, piszesz 'zdrowienie'. A może zamiast się leczyć to dobrze się w końcu wyleczyć? Nie czujesz się zdrowa a oceniasz? Może zrobić to raz a drastycznie? Ciamkanie się ze samym sobą nie jest np. dla mnie dobrym rozwiązaniem. Może u mnie to krótko trwało, ale czy to znaczy, że to źle? Mam tu najpierw jęczeć jak mi źle, rzucać filozoficzne hasła, czekać aż ktoś mnie zacznie pocieszać, wspierać a może i mieszać z błotem, a później dopiero będę mogła zostać mianowana jako ta, która w końcu (po długiej męce) wygrała? Trzeba tę 'drogę krzyżową' przechodzić tak długo jak inni? Nie. U każdego to trwa tyle ile musi.
Starałam się poważnie odpowiedzieć na wszystko. Jeśli ktoś poczuł się urażony (może czasem za mocne słowa padły) to przepraszam. Ale sens przekazu pozostaje ten sam.
Ps. Dobrnęłam dopiero do 10 strony tematu, ale nadrabiam w wolnych chwilach.
To chciałabym się dowiedzieć, co wg Ciebie się w takiej grupie robi. Po co tam chodzisz jeśli nie słuchać innych i się wygadywać? Dobre słuchanie to wczuwanie się w drugą osobę, inaczej jest to jak gadanie obcych do ściany. Bez empatii nie zrozumie się czyjegoś problemu. Bez konieczności rozumienia czyjegoś problemu nie ma sensu tam w ogóle iść. Wieczne doradzanie też nie jest dobre bo to jak ciągłe myślenie o problemie, w końcu się od tego uzależniasz żeby tam być i mówić, więc ciągle jakby problem na tapecie. Wg mnie samemu sobie można tym zaszkodzić.
Grupy 12-krokowe pracuja wg programu, który jest konkretny i spisany. Wg tego programu pracuje sie nad swoimi wadami i zaletami, nad swoim postępowaniem i radzeniem sobie z trudnościami, ale... nie udziela sie rac, nie krytykuje, nie ocenia, tylko slucha i wyciąga wnioski dla siebie. Praca skuteczna i dająca wymierne efekty w radzeniu sobie w relacjach z innymi ludźmi.
Może przez Ciebie przemawiała pycha, ale czy to znaczy, że jestem taka jak Ty? Że to samo czuję na każdym etapie? Ba! Że w ogóle mam takie same etapy radzenia sobie z czymś? Może to i wygląda jak pycha, wg Was, bo nowa i się chwali że sobie już radzi. Ale chyba właśnie po to jest ten wątek żeby opisywać jak sobie ludzie radzą? Gdybym nie była pewna swoich uczuć to bym się nie odzywała. Potrafię się przyznać do błędu i do swoich słabości, spokojnie. Ale to, że jestem czegoś pewna jestem w stanie określić naprawdę dopiero po długich 'mękach' i rozmyślaniach.
Niestety, moja wiedza na temat uzależnien i współuzaleznien pokazuje, ze wszyscy mają te same etapy. Jezeli czytałaś Carnes'a, to wiesz, moze trzeba cos odświeżyć. Jeszcze poczytaj "Koniec współuzaleznienia".
To, co i w jaki sposób piszesz pokazuje, że pokory masz absolutne "0".
Nie pisałam, że jesteś taka sama, ale to właśnie praca na grupach nauczyla mnie "dzielić sie swoim doświadczeniem", ponieważ zawsze można wyciągnąć cos dla siebie, pod warunkiem, że sie człowiek nie jeży i nie nafucza.
Ludzie zdrowi i zdrowiejący uczą sie dzielić doświadczeniem, a nie z góry odrzucac innych, bo są lepsi.
Nie napisałam, że coś musisz, wyciagniesz, to, co uważasz.
Widzisz, piszesz 'zdrowienie'. A może zamiast się leczyć to dobrze się w końcu wyleczyć? Nie czujesz się zdrowa a oceniasz? Może zrobić to raz a drastycznie?
Napisz mi proszę, jaka terapia pozwala wyleczyć uzależnienie i współuzaleznienie "raz a drastycznie" ?
Moze jak taką odkryjesz, to dostaniesz nobla w dziecinie neuroscience, a ja chętnie przyspieszę proces, który trwa u mnie od lipca 2011 i wg najbardziej optymistycznych prognoz ma trwac ok 5 lat.
Ciamkanie się ze samym sobą nie jest np. dla mnie dobrym rozwiązaniem. Może u mnie to krótko trwało, ale czy to znaczy, że to źle?
Czy źle? Najprawdopodobniej, po Twoim tonie i agresji w nim zawartym - nieskutecznie.
Mam tu najpierw jęczeć jak mi źle, rzucać filozoficzne hasła, czekać aż ktoś mnie zacznie pocieszać, wspierać a może i mieszać z błotem, a później dopiero będę mogła zostać mianowana jako ta, która w końcu (po długiej męce) wygrała? Trzeba tę 'drogę krzyżową' przechodzić tak długo jak inni? Nie. U każdego to trwa tyle ile musi.
Jeszcze możesz opluć wszystkich innych, tak jak to robisz w tej chwili.
A-86 napisał/a:To chciałabym się dowiedzieć, co wg Ciebie się w takiej grupie robi. Po co tam chodzisz jeśli nie słuchać innych i się wygadywać? Dobre słuchanie to wczuwanie się w drugą osobę, inaczej jest to jak gadanie obcych do ściany. Bez empatii nie zrozumie się czyjegoś problemu. Bez konieczności rozumienia czyjegoś problemu nie ma sensu tam w ogóle iść. Wieczne doradzanie też nie jest dobre bo to jak ciągłe myślenie o problemie, w końcu się od tego uzależniasz żeby tam być i mówić, więc ciągle jakby problem na tapecie. Wg mnie samemu sobie można tym zaszkodzić.
Grupy 12-krokowe pracuja wg programu, który jest konkretny i spisany.
..i oparty na sposobie leczenia alkoholizmu. Wielu psychologów wg mnie słusznie ocenia beznadziejność tych kroków. Wierz mi, rozpatrywałam kiedyś wyjście na takie spotkanie, nawet już miałam na nie jechać, ale się wstrzymałam. Wolałam rozeznać się w temacie. I nie żałuję. Byłam jeszcze wtedy na tyle słaba, że może bym w to wsiąkła niepotrzebnie, nie potrafiąc rozróżnić czy daje mi to coś dobrego czy nie, a wtedy to już po ptokach - to wsysa jak sekta. Jak każde grupki 'wzajemnej adoracji'. Jak wyżej napisałam - żeby skutecznie słuchać trzeba się wczuć w drugiego człowieka, inaczej to płytkie słuchanie, z którego ciężko cokolwiek wywnioskować. No ale każdy inaczej działa. Może ja po prostu źle robię, że się staram dogłębnie zrozumieć kto co i dlaczego robi...
Wg tego programu pracuje sie nad swoimi wadami i zaletami, nad swoim postępowaniem i radzeniem sobie z trudnościami, ale... nie udziela sie rac, nie krytykuje, nie ocenia, tylko slucha i wyciąga wnioski dla siebie. Praca skuteczna i dająca wymierne efekty w radzeniu sobie w relacjach z innymi ludźmi.
To samo trzeba i tak robić się w codziennym życiu wśród znajomych i bliskich ludzi dookoła. Co innego w grupie nałogowców a co innego wśród znajomych ludzi. Poza tym jakoś mimo może mojej bezpośredniości nie mam problemu z kontaktowaniem się z ludźmi. Nauczyłam się tego bez grupek (to wg Ciebie zły sposób?). Dlaczego tak mnie chcesz do grup przekonać kiedy ja takiej potrzeby już nie odczuwam?
W tym programie jest 'oddanie się' sile wyższej. Jak już pisałam - nie wierzę w takową. I na potrzeby programu specjalnie nie uwierzę bo to efektu nie przyniesie żadnego. Człowiek sam odpowiada za to co sobie narobił i sam to musi naprawić.
A-86 napisał/a:Może przez Ciebie przemawiała pycha, ale czy to znaczy, że jestem taka jak Ty? Że to samo czuję na każdym etapie? Ba! Że w ogóle mam takie same etapy radzenia sobie z czymś? Może to i wygląda jak pycha, wg Was, bo nowa i się chwali że sobie już radzi. Ale chyba właśnie po to jest ten wątek żeby opisywać jak sobie ludzie radzą? Gdybym nie była pewna swoich uczuć to bym się nie odzywała. Potrafię się przyznać do błędu i do swoich słabości, spokojnie. Ale to, że jestem czegoś pewna jestem w stanie określić naprawdę dopiero po długich 'mękach' i rozmyślaniach.
Niestety, moja wiedza na temat uzależnien i współuzaleznien pokazuje, ze wszyscy mają te same etapy. Jezeli czytałaś Carnes'a, to wiesz, moze trzeba cos odświeżyć. Jeszcze poczytaj "Koniec współuzaleznienia".
To, co i w jaki sposób piszesz pokazuje, że pokory masz absolutne "0".
Proszę, rozwiń swoją ocenę dot. mojej pokory. Mam nie pisać, że potrafię się przyznać do błędu? To będzie pokora? Niekoniecznie. Usłyszę wtedy pewnie zarzut, że nie potrafię. Więc go uprzedziłam. Widzę, że Twa wiedza wielką jest. No i oczywiście WSZYSCY mają tak samo. Ciekawie. Każdy ma inny umysł, inne doświadczenia, inną percepcję. Jak już wspominałam - uzależnienia pozbyłam się sama. Kilka lat temu. Zero psychologów, terapii i leków. Carne's mnie nie przekonuje. Zbyt zadufany w 12 krokach. Poza tym prawie zero sensownych rad dla współuzależnionych, a tego tam głównie szukałam. Książeczka stoi i się kurzy. Chętnie odsprzedam.
Nie pisałam, że jesteś taka sama, ale to właśnie praca na grupach nauczyla mnie "dzielić sie swoim doświadczeniem", ponieważ zawsze można wyciągnąć cos dla siebie, pod warunkiem, że sie człowiek nie jeży i nie nafucza.
Ludzie zdrowi i zdrowiejący uczą sie dzielić doświadczeniem, a nie z góry odrzucac innych, bo są lepsi.
Nie napisałam, że coś musisz, wyciagniesz, to, co uważasz.
Nie napisałaś wprost, że taka sama, ale oceniłaś na podstawie swojej wiedzy, że MUSZĘ mieć takie same etapy jak wszyscy. To nie jest wrzucenie do wora jako 'taka sama' choćby pod tym względem? Jak wyżej - rozważałam grupy. Zrezygnowałam. Nie muszę korzystać z wszystkiego co jest pod nosem. Nie wszystko dla wszystkich jest dobre. Wybrałam dla siebie lepszą terapię. Nie jeżę się i nie nafuczam, po prostu opisuję swój punkt widzenia, który może wg Ciebie jest zły. On jest po prostu inny. Chcesz chodzić na grupy to proszę Cię bardzo - chodź. Jeśli Ci to pomaga, to się cieszę, naprawdę. Nikogo od grup nie odciągam, bo nie mam prawa, tym bardziej, że nie chodziłam. Po prostu piszę, że dałam radę bez tego. Piszę co ja uważam. PISZĘ, więc SIĘ DZIELĘ. Nikogo nie odrzucam, nie czuję się lepsza. Po prostu informuję, że dałam radę inną drogą. Nie Tobie oceniać czy jest właściwa dla innych, i nie mnie. Mi to wystarczyło. W życiu codziennym dzielę się każdym swoim doświadczeniem. Nie mam z tym problemu, lubię to robić jeśli ktoś chce w takiej rozmowie uczestniczyć. Ale nie jest to (już!) sens mojego życia - bycie 'matką teresą'.
A-86 napisał/a:Widzisz, piszesz 'zdrowienie'. A może zamiast się leczyć to dobrze się w końcu wyleczyć? Nie czujesz się zdrowa a oceniasz? Może zrobić to raz a drastycznie?
Napisz mi proszę, jaka terapia pozwala wyleczyć uzależnienie i współuzaleznienie "raz a drastycznie" ?
Moze jak taką odkryjesz, to dostaniesz nobla w dziecinie neuroscience, a ja chętnie przyspieszę proces, który trwa u mnie od lipca 2011 i wg najbardziej optymistycznych prognoz ma trwac ok 5 lat.
Kto Ci taką prognozę postawił i na jakiej podstawie? A jeśli to się stanie już za rok? A jak za te 5 lat nie da rady i co wtedy? Takie trochę ryzykowne ocenianie na zaś ile to zajmie. Człowiek się rozwija z każdym dniem, z każdym nawet najmniejszym doświadczeniem. I uważam, że jeśli naprawdę coś boli to człowiek chce tego się jak najszybciej z siebie pozbyć. Działanie pod wpływem emocji, stresu i paniki jest złe, to pewne. Ale jak minie szok to trzeba zacząć logicznie myśleć i dobrać dobrą drogę dla siebie. I moim zdaniem nawet najlepszą terapię sobie człowiek może skorygować pod siebie, a nie tylko kierując się wskazówkami i konkretnymi radami innych. Jasne, że rady są ważne, i bardzo pomagają. Tu nie przeczę. Ale trzeba też mieć swoje odczucia odnośnie ich i korygować kierunek terapii w razie potrzeby w całym procesie rozwoju (uzdrawiania) siebie samego.
A-86 napisał/a:Ciamkanie się ze samym sobą nie jest np. dla mnie dobrym rozwiązaniem. Może u mnie to krótko trwało, ale czy to znaczy, że to źle?
Czy źle? Najprawdopodobniej, po Twoim tonie i agresji w nim zawartym - nieskutecznie.
Gdzie Ty tu widzisz agresję? Zadałam proste pytanie. Ciężko ton określić po słowie pisanym. Zwykle wykrzykniki to określają. Nie pytania. Mam wrażenie, że sama sobie stwarzasz agresję.
A-86 napisał/a:Mam tu najpierw jęczeć jak mi źle, rzucać filozoficzne hasła, czekać aż ktoś mnie zacznie pocieszać, wspierać a może i mieszać z błotem, a później dopiero będę mogła zostać mianowana jako ta, która w końcu (po długiej męce) wygrała? Trzeba tę 'drogę krzyżową' przechodzić tak długo jak inni? Nie. U każdego to trwa tyle ile musi.
Jeszcze możesz opluć wszystkich innych, tak jak to robisz w tej chwili.
Ty to robisz w moją stronę. Zauważ to. Nie opluwam. Podsumowałam to co dokładnie widać w tym wątku. Proszę się przyjrzeć. Ludzie reagują różnie. Rozumiem, że przechodzą przez mękę, naprawdę to rozumiem. Sama przez to przechodziłam. Rozumiem, że potrzebują wsparcia, czasem kopa. To, że ja go od Ciebie (Was) nie oczekuję czyni mnie pyszną? Gorszą? Wywyższającą się? Dlaczego odrzucasz kogoś kto miał inną drogę? Kto może kiedyś z powodu zupełnie innych doświadczeń przechodził jakieś cierpienie, które teraz pozwala mu na szybsze i zupełnie pokonanie problemu. Kto już to wszystko przeszedł i dlatego tu pisze, żeby się tym podzielić...
950 2012-05-11 16:09:32 Ostatnio edytowany przez mały duszek (2012-05-11 16:49:22)
Witajcie ponownie w ten miły majowy dzień.
Ponieważ każdy umieszcza na forum swoje przemyślenia, wiec takie zamieszczę i ja.
Nie bedę się odnosić do wszystkiego z osobna, a potraktuję sprawę "grupowo" ( wiem , że grupy są siłą )
Tak, wiem natychmiast wytknie się mi agresję, zaburzenie, nieświadomość, że niby mam problem itp.
Ale trudno, ponieważ wiem, że ze mną wszystko ok, wiec ni mnie to ziębi , ni grzeje.
KACHNA66, IRUDA, LUKRECJA, MARIPOSA, czy bóg jedyny wie kto jeszcze
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jedna i ta sama osoba, powiem wiecej , myśle, że się nie mylę, ale zaznaczam to tylko moje wrażenie.
Co rządzi tymi wszystkimi postaciami?
Obsesyjna chęć narzucenia swojego toku myślenia , jako jedynego słusznego, dlaczego? no bo w książkach tak napisali!!!
Grupy, grupy i jeszcze raz grupy, jedyne panaceum na problemy.
A może są osoby, które w grupach czują się fatalnie, może są indywidualistami, może nie mają potrzeby przeglądać się w oczach innych, oglądać swoich zachowań u innych.
Ponieważ uważam, że przychodzi moment, kiedy samemu dostrzega się swoje dziwne zachowania.
Jak można określić nie znając osoby, nie wiedząc o niej praktycznie nic oraz nie widząc jej nigdy na oczy, stwierdzać, że ma chore wzorce!!!!!
No i ta obsesja, niemalże grobowa
grupy
leczenie
zdrowienie
choroba
uzależnienie
współuzależnienie
nic tylko się powiesić, a świat jest taki piękny
Jak można stwierdzić, że osoby które obrały inne metody robią źle, bo co , bo się nie zgadzają z tą teorią?
No bo przecież jak nie ma grupy, terapii , leczenia itp to robią źle!!!!!
Ja uważam, że takiej osobie, obsesyjnie uwikłanej w zajmowanie się jakąś bliżej nieokreśloną chorobą ,z rozdwojeniem jaźni, obsesyjnie potrzebującej akceptacji otoczenia, narzucającej jedyny i jej zdaniem słuszny punkt widzenia, potrzebującej dowartościowywania się w oczach innych, no i zachowującej pozory potrzebny jest niezwłocznie ddooobbbry psychiatra, tak bo psycholog już nie wystarczy.
Najlepiej będzie zacząć myśleć samodzielnie, a nie traktować książek jako instrukcji obsługi człowieka, nie patrząc na to, że każdy z nas jest inny.
A coż to jest 12 kroków.
12 kroków zostało stworzone dla alkoholików i tylko zmieniono nazywnictwo i zaadoptowano do seksoholizmu.
Inny natomiast jest fakt, że teraz każde puszczalstwo, w celu usprawiedliwienia się, że dalej się tkwi w takim związku podpina się pod seksoholizm.
No tak, to usprawiedliwienie, bo to nie były zwykłe zdrady, on jest chory, no i przez niego i ja jestem chora (czytaj współuzależniona).
No tak, a skoro on jest chory i ja jestem chora, to trzeba się leczyć, bo przecież chorych się nie zostawia, no i jak się jest chorym nie ma się siły odejść, no tak i pozory dla opinii publicznej zachowane.
No przecież jestem takim ideałem, że tylko chłowiek chory może mnie zdradzić, a jak jest chory, to ponieważ jestem idealna nie zostawie go pokażę mój altruizm.
Żałosne.
No i oczywiście ta chęć bycia gruru, narzucająca innym jedyny słuszny cykl myślenia, dlaczego? no bo w książce napisali.
Tak właśnie myślę i nie jest to moja agresja, bo takowej nie posiadam.
951 2012-05-11 22:18:54 Ostatnio edytowany przez iruda (2012-05-11 23:38:05)
Witajcie ponownie w ten miły majowy dzień.
KACHNA66, IRUDA, LUKRECJA, MARIPOSA, czy bóg jedyny wie kto jeszczeNie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jedna i ta sama osoba, powiem wiecej , myśle, że się nie mylę, ale zaznaczam to tylko moje wrażenie.
Co rządzi tymi wszystkimi postaciami?
Moze rządzi to samo ? To samo doświadczenie.
Najlepiej zabaw sie, wynajmij hakera i sprawdź czy to jedna osoba czy kilka.
A jezeli nadal będzie Ci sie chciało drwić z cudzego nieszczęścia czy choroby, to zycze Tobie, abyś nigdy nie musiała tego zaznawać i dożyla w dobrym zdrowiu do emerytury, która pewnie bedzie wyznaczona na lat 80, zanim Ty dorośniesz.
A Carnes, ten "oszołom", który u innych sie kurzy, zrobil badania na setkach osób, i niestety wyszło mu coś niesamowitego - że te odczucia sa powtarzalne i schematy takie same.
A uzaleznienie jest choroba
Zespół uzależnienia według ICD-10
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) traktuje uzależnienia, w tym uzależnienie od alkoholu jako chorobę, którą można zidentyfikować rozpoznając charakterystyczne objawy.
i sie leczy, nawet na NFZ, współuzależnienie tez sie leczy.
seksoholizm jest uzależnieniem behawioralnym, też sie leczy.
nic tylko się powiesić, a świat jest taki piękny
Nie życzę Tobie przezywania tego, co ja.
A ten wątek dotyczy seksoholizmu i problemów współistiejących.
Jezeli nie masz takich problemów i Twój świat jest piękny, to sie nim ciesz.
Obowiązku czytania trudnych wątków - nie ma.
No tak, to usprawiedliwienie, bo to nie były zwykłe zdrady, on jest chory
Jakby to były zwykłe zdrady, to byłoby łatwiej sk... puścić wolno, ale w wypadku rzeczywistego seksoholizmu pojawia sie dużo więcej skomplikowania; i cąły bajer w tym, żeby odróżnić chorobę od puszczalstwa.
no i przez niego i ja jestem chora (czytaj współuzależniona).
Jekbys trochę jeszcze poczytała, to nie pisała byś głupot w stylu "przez niego ja jestem współuzależniona", ponieważ to zaburzenie, które sie uaktywnia u niektórych osób w obecności uzaleznionego (albo innego chorego, np. wiele cech współuzależnienia przejawiają niektóre osoby zajmujące sie nieuleczalnie chorymi lub niepełnosprawnymi), a nie jest przez niego powodowane. Rzucasz jakies obiegowe opinie, które mają na celu zdyskredytowanie realnego problemu, który Ty uważasz za błahy.
Grupy, grupy i jeszcze raz grupy, jedyne panaceum na problemy.
A może są osoby, które w grupach czują się fatalnie, może są indywidualistami, może nie mają potrzeby przeglądać się w oczach innych, oglądać swoich zachowań u innych.
Sa standardy leczenie uzależnień, które działają na zdecydowaną większość uzależnionych. To, że nie działają na jakiś niewielki procent - nie ujmuje im skuteczności (jak w każdym dziale medycyny, aspiryną raka nie wyleczysz, sa tylko 3 możliwości: operacja, chemioterapie, radioterapia, a chociaz i tak niektórzy nie zostają wyleczeni, to nikt jakoś z tym nie dyskutuje, tylko na uzależnieniach wszyscy sie znają, że ta terapia to nie działa).
..i oparty na sposobie leczenia alkoholizmu. Wielu psychologów wg mnie słusznie ocenia beznadziejność tych kroków.
ponieważ alkoholizm był pierwszym najlepiej rozpoznanym uzależnieniem;
aktualna wiedza pokazuje, że wszystkie uzależnienia (także te behawioralne) mają podobne podłoże, w zwiazku z tym z powodzeniem można ADAPTOWAĆ (sa bardzo istotne zmiany dla każdego uzaleznienia) program AA, bo on działa.
W żadnym dziale medycyny nie ma 100% wyleczeń.
Wielu psychologów wg mnie słusznie ocenia beznadziejność tych kroków.
Na Twoje nieszczęście, wielu psychologów wg mnie słusznie bardzo docenia skuteczność tych kroków i nawet kieruje na grupy swoich pacjentów.
uzależnienia pozbyłam się sama. Kilka lat temu. Zero psychologów, terapii i leków.
Zdradź prosze w jaki sposób, może tez pójdzie mi szybciej.
Mam 38 lat, pochodzę z rodziny uzależnieniowej, jestem DDA, zyję w chorym związku ponad 20, poradź mi prosze, jak sie szybko pozbyc problemu, ale tak najlepiej w punktach. Jak bedzie skuteczne, to opatentuję, a z Toba podzielę sie zyskiem.
Carne's mnie nie przekonuje. Zbyt zadufany w 12 krokach. Poza tym prawie zero sensownych rad dla współuzależnionych, a tego tam głównie szukałam.
Niektóre informacje wpadają z a 2, czasem 3 razem, a niektóre dopiero... jak sie osiągnie gotowośc, zeby je przyjąć.
Kto Ci taką prognozę postawił i na jakiej podstawie? A jeśli to się stanie już za rok? A jak za te 5 lat nie da rady i co wtedy?
Carnes, który sie kurzy, generalnie jak sie przebada kilka setek osób, to statystyka nie pozwala wyciągnąć średniej???? No to trzeba pana C.wysłac z powrotem na studia, aby sie statystyki i metodologii badań pouczył???!!! Nieuk jeden.
Takie trochę ryzykowne ocenianie na zaś ile to zajmie. Człowiek się rozwija z każdym dniem, z każdym nawet najmniejszym doświadczeniem.
No właśnie, dośc mocno mi doskwiera to, jak sie ładnie rozwinęłam.
I nie mów mi, że mam sobie sama poradzić, ponieważ jakoś sobie sama nie poradziłam i tej pomocy szukałam i znalazłam własnie tam, gdzie ją mam.
A-86, zauważ, kiedy Ci sie włączyl agresor, jak wspomniałam, ze Tobie tez by sie przydało ![]()
952 2012-05-12 01:02:47 Ostatnio edytowany przez A-86 (2012-05-12 01:34:55)
Mały duszku, chyba nas tu nie chcą. To jest ta pseudo 'grupa wsparcia'. Prędzej pod zaparcie to podchodzi..
Pozwolisz, że wypowiem się na uwagi irudy skierowane do Twoich tekstów, ze swojego punktu widzenia.. Mam chwilkę przerwy w pracy to popiszę dla relaksu.
Niby nie oceniają, niby w grupie nie powinno się komentować, ale bluzgi lecą na każdego kto myśli inaczej niż one, że aż przykro patrzeć.. To są te żywe przykłady dojrzałości i wiedzy?
mały duszek napisał/a:Witajcie ponownie w ten miły majowy dzień.
KACHNA66, IRUDA, LUKRECJA, MARIPOSA, czy bóg jedyny wie kto jeszczeNie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jedna i ta sama osoba, powiem wiecej , myśle, że się nie mylę, ale zaznaczam to tylko moje wrażenie.
Co rządzi tymi wszystkimi postaciami?Moze rządzi to samo ? To samo doświadczenie.
Najlepiej zabaw sie, wynajmij hakera i sprawdź czy to jedna osoba czy kilka.
A jezeli nadal będzie Ci sie chciało drwić z cudzego nieszczęścia czy choroby, to zycze Tobie, abyś nigdy nie musiała tego zaznawać i dożyla w dobrym zdrowiu do emerytury, która pewnie bedzie wyznaczona na lat 80, zanim Ty dorośniesz.
A Carnes, ten "oszołom", który u innych sie kurzy, zrobil badania na setkach osób, i niestety wyszło mu coś niesamowitego - że te odczucia sa powtarzalne i schematy takie same.
Po pierwsze nie na setkach, ale grube tysiące przekroczył (ponoć, bo kto go niby sprawdzał? i to jeszcze te 'setki'? btw - czytanie ze zrozumieniem się kłania). Po drugie - pewnie całą masę osób ominął. Ankiety szły do osób ze 'wspólnot' i dlatego mieli problem ze znalezieniem odpowiednich przykładów dla różnych grup ludności. Więc to dane zaburzone. Nawet ciężko to nazwać grupą reprezentacyjną, bo nie wiadomo jaką ilość osób ominęli. Poza tym Ci ludzie ze 'wspólnot' byli kierowani wg tradycji, czyli tak samo. Już mieli wypaczone spojrzenie na sprawę i rozpoczęte 'leczenie' wg 12 kroków i innych takich.
Odczucia i schematy współuzależnienia może tak, ale etapy zdrowienia nie, bo on sobie je sam wyznaczył. I tego już nie badał na 'setkach' czy dobrą terapię ludziom wcisnął.
A uzaleznienie jest choroba
Zespół uzależnienia według ICD-10
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) traktuje uzależnienia, w tym uzależnienie od alkoholu jako chorobę, którą można zidentyfikować rozpoznając charakterystyczne objawy.i sie leczy, nawet na NFZ, współuzależnienie tez sie leczy.
seksoholizm jest uzależnieniem behawioralnym, też sie leczy.
Zacytowane, że MOŻNA zidentyfikować tę chorobę. A nie że DA SIĘ ją leczyć. Podasz odpowiedni cytat (zgodny z prawdą) to pogadamy. WHO i NFZ - jedno wielkie gówno a nie organizacja, co stwierdzają nawet lekarze.. Byleby leki sprzedać i się po łokcie urobić. Byś się zdziwiła ilu ludzi na świecie sobie życie zmarnowało przez lekarzy i ich 'terapie' i 'racje'. Się nawet mogę pod to podpiąć bo mnie prawie uśmiercili. Tę organizację też tworzą ludzie, tacy zwykli jak i my. I jeśli są po uzależnieniach, to nie są w pełni wiarygodni. Tak samo jeśli sami tego nie przeszli. Istota ludzka jest omylna, ponoć ma wolną wolę, ale na pewno każdy ma inne sieci neuronowe w mózgu. I to nas wszystkich różni jeśli chodzi o schematy i sposoby myślenia. I jak to psycholog mi ostatnio ładnie powiedziała - 'z tym NFZ to już wszystko popieprzone, mało który z lekarzy za nimi nadąża, i pewno wizytę Pani były będzie miał płatną, bo takie teraz wchodzą zmiany'. Zgadzam się z tym. Często bywam w placówkach leczniczych i wiem jak to wygląda.
mały duszek napisał/a:Grupy, grupy i jeszcze raz grupy, jedyne panaceum na problemy.
A może są osoby, które w grupach czują się fatalnie, może są indywidualistami, może nie mają potrzeby przeglądać się w oczach innych, oglądać swoich zachowań u innych.Sa standardy leczenie uzależnień, które działają na zdecydowaną większość uzależnionych. To, że nie działają na jakiś niewielki procent - nie ujmuje im skuteczności (jak w każdym dziale medycyny, aspiryną raka nie wyleczysz, sa tylko 3 możliwości: operacja, chemioterapie, radioterapia, a chociaz i tak niektórzy nie zostają wyleczeni, to nikt jakoś z tym nie dyskutuje, tylko na uzależnieniach wszyscy sie znają, że ta terapia to nie działa).
Na ZDECYDOWANĄ, nie NA WSZYSTKICH. Czy ktoś czemuś/komuś odejmuje jakąś skuteczność? Czy ktoś tu coś takiego napisał, że tak jest ZAWSZE (jak u szanownej wszechwiedzącej Pani bywa)? Widocznie jestem w mniejszości. To źle? Jestem gorsza? Nie, jestem inna, w mniejszości, i dobrze mi z tym:] Radioterapią raka to sobie nawet możesz i rozprzestrzenić, a nawet to i zniszczyć bogu ducha winne tkanki. I tu masz to swoje leczenie... Się znają na uzależnieniach? WSZYSCY? O uzależnieniach się tu pisze, i to dwóch konkretnych, bo taki wątek. Chcesz podyskutować na inne medyczne tematy? Załóż inny temat, chętnie się przyłączę.
A-86 napisał/a:..i oparty na sposobie leczenia alkoholizmu. Wielu psychologów wg mnie słusznie ocenia beznadziejność tych kroków.
ponieważ alkoholizm był pierwszym najlepiej rozpoznanym uzależnieniem;
aktualna wiedza pokazuje, że wszystkie uzależnienia (także te behawioralne) mają podobne podłoże, w zwiazku z tym z powodzeniem można ADAPTOWAĆ (sa bardzo istotne zmiany dla każdego uzaleznienia) program AA, bo on działa.
W żadnym dziale medycyny nie ma 100% wyleczeń.
'bo on działa' - jaka pewność, po raz kolejny. Daj sobie na wstrzymanie tymi pewnikami. Sama się w tych pewnościach niepewnych utwierdzasz i może przez to masz problem z wyzdrowieniem. Bo wierzysz, że tylko i wyłącznie w 5 lat z tego wyjdziesz. Nawet nie dajesz sobie szansy tego przyspieszyć bo już sobie blokadkę psychiczną założyłaś.
A-86 napisał/a:Wielu psychologów wg mnie słusznie ocenia beznadziejność tych kroków.
Na Twoje nieszczęście, wielu psychologów wg mnie słusznie bardzo docenia skuteczność tych kroków i nawet kieruje na grupy swoich pacjentów.
Moje nieszczęście? Dobre;D Heh, no raczej chyba Twoje, bo coś to leczenie Ci marnie idzie. Niech kierują. Skierowano Cię? Idź, leć. I powodzenia na drogę. Niewielu lekarzy, procentowo, skierowało swoich pacjentów od razu na dobre leczenie. To też ludzie, omylni. I niestety niektórzy mają czasem nasze życie w swoich marnych rękach. A z leczeniem ludzkiej psychiki nie ma żartów. Radioterapią tego nie załatwisz. Tu jest potrzebna 100% psychiczna współpraca pacjenta.
A-86 napisał/a:uzależnienia pozbyłam się sama. Kilka lat temu. Zero psychologów, terapii i leków.
Zdradź prosze w jaki sposób, może tez pójdzie mi szybciej.
Mam 38 lat, pochodzę z rodziny uzależnieniowej, jestem DDA, zyję w chorym związku ponad 20, poradź mi prosze, jak sie szybko pozbyc problemu, ale tak najlepiej w punktach. Jak bedzie skuteczne, to opatentuję, a z Toba podzielę sie zyskiem.
Chcesz się licytować? Czy wiek tu o czymś świadczy? Sama pokazujesz swoją niedojrzałość. Człowiek nastoletni może być dojrzalszy od 'dorosłego'. Znam takie przypadki, i Ty pewnie też. Wszystko zależy od umiejętności i predyspozycji danej osoby do radzenia sobie z danym problemem.
Widzę, że lubisz kpić z sukcesów innych. Zazdrość? Rób tak dalej. Już się tym podzieliłam - zaczęłam sama myśleć. Siadłam na dupsku i zaczęłam myśleć. I działać. Bez działania nie ma postępów. Potrafiłam/potrafię krytycznie na siebie spojrzeć. To też wymagało ode mnie czasu i męki, ale udało się. Trudne to, ale jak się chce to się da. Masa wstydu, cofnięć, porażek, poniżenia, myśli samobójcze. Robiłam błędy, owszem, ale nie poddawałam się. Sama się w gówno wpakowałam to i sama się wydostanę. To tak jak małe dziecko coś nabroi a prosi mamę żeby to naprawiła. Niech się uczy. Dorośnie i nikt za nie nie będzie jego błędów naprawiał, a przynajmniej nie powinien (wg zdrowego spojrzenia na funkcjonowanie człowieka).
A-86 napisał/a:Carne's mnie nie przekonuje. Zbyt zadufany w 12 krokach. Poza tym prawie zero sensownych rad dla współuzależnionych, a tego tam głównie szukałam.
Niektóre informacje wpadają z a 2, czasem 3 razem, a niektóre dopiero... jak sie osiągnie gotowośc, zeby je przyjąć.
Jasne, z tym się zgadzam w 100%, często tak robię. Poza tym powtarzanie pomaga utrwalać, a utrwalanie prowadzi do tworzenia nowych zdrowych odruchów. Ale jak tam tych informacji u niego nie ma to co ma wpadać? Z pustej kartki nie przeczytasz. Żeś tak gotowa, że widać po Twoich efektach, a oceniasz tak krytycznie metody innych, wręcz je odrzucasz i uznajesz za niemożliwe.. Jego ustalenia co do długości trwania poszczególnych okresów, jego teściki, przyporządkowanie się do jakiegoś schematu.. Może i matematyka. Orientujesz się w teorii chaosu? Polecam poczytać. Dłuższa sprawa ale warto. Wg w/w książeczki rozumiem, że mimo, iż ktoś szybko przeszedł przez jakiś etap i czuje, że jest gotowy na następny to nie może, ino musi czekać czasem kilka lat, wstrzymywać się z kolejnym etapem, bo a nuż mu się zdaje tylko, że sobie poradził. Wg książeczki nie może iść dalej. Może sobie ten okres minimalnie skrócić. Chore. I to dopiero zamęcza psychicznie, takie blokowanie naturalnych procesów dojrzewania. Każdy jest inny. To że gość napisał książkę nie znaczy, że ma rację, że od razu musisz to robić. Jesteś zbyt podatna na wiele rzeczy. Wierz mi, spieszyłam się do zakupu tej książki. Początek spoko - dużo faktów, opisanych sytuacji, ciekawy język. Im dalej tym nudniej, mniej sensownie, marnie ogólnie. Porad dla współuzależnionych tyle co kot napłakał. Szukałam tam pomocy, chciałam ją znaleźć. I kupa - nie było nic czego bym nie wiedziała. Byłam mocno zawiedziona. Nie dałam się omamić. Nie że nie chciałam temu facetowi zaufać, bo chciałam, ale mnie nie przekonał.
Jak się temat nałogu partnera pojawił to spędziliśmy długie godziny na poważnych rozmowach. Bolesnych, nieprzyjemnych, przepełnionych bólem, złością, zrezygnowaniem, bezradnością, ale też nadzieją. Bo on chciał walczyć i ja chciałam walczyć. Jemu średnio szło, ale ja się nie poddawałam. 3 miesiące prawie dzień w dzień długich rozmów. Temat ciągle wałkowany, ciągle na tapecie. + smsy, czaty, podsyłanie stron, szukanie artykułów, informacji od psychologów, czytanie książek. Dobrze wg mnie zaczęliśmy. Szybko staraliśmy się opanować emocje i przerażenie. Jak się to udało to zaczęliśmy logicznie myśleć - ustalaliśmy co będziemy obgadywać, albo zarzucaliśmy temat, i drążyliśmy aż nie minął. Teraz ja jestem spokojna o siebie, a on zaczął silną walkę. Był słabszy psychicznie ogólnie, sam to czuł, mówił o tym otwarcie, ale z dnia na dzień się wzmacnia. Widocznie potrzebował czasu na 'rozruch'. Wierzę, że mu się to uda. Już mu się udaje. Jestem z niego dumna. Cieszę się, że trafiłam na tak silną osobę. Tak chętną do pracy. To wcale nie znaczy, że jest nam łatwo, ale to daje dużą nadzieję na poprawę. Niezależnie od tego czy znowu będziemy razem czy nie.
A-86 napisał/a:Kto Ci taką prognozę postawił i na jakiej podstawie? A jeśli to się stanie już za rok? A jak za te 5 lat nie da rady i co wtedy?
Carnes, który sie kurzy, generalnie jak sie przebada kilka setek osób, to statystyka nie pozwala wyciągnąć średniej???? No to trzeba pana C.wysłac z powrotem na studia, aby sie statystyki i metodologii badań pouczył???!!! Nieuk jeden.
Carnes osobiście czy jego pisadełko? Poszedł na łatwiznę i zamiast leczyć skutecznie ludzi to napisał jedną książkę, na którą się wszyscy rzucili i ją wielbią jak biblię. Wiesz ile czasu musiał na jej napisanie poświęcić? W tym czasie pewno wielu by skutecznie uleczył. Chyba, że jego leczenie to 'proszę się wybrać na spotkanie oparte na 12 krokach. dziękuję, do widzenia'.
Jasne, statystyka pozwala. Ba, to nawet podstawowy parametr statystyczny. Dobra, to wiesz co to średnia, chwali się. A czy można w takim wypadku wyciągać średnią i na podstawie średniej leczyć wszystkich? Można sobie na tej podstawie coś określić, ale leczenie powinno być jednostkowe. Jak w każdej terapii. Radioterapię też byś stosowała wg średniej? Może jeszcze średnie nowotworów wyznaczyć i leczyć wg tego, nieważne czy ktoś ma 500% większy nowotwór czy połowę mniejszy od średniej. Czas trwania terapii też się średni wyznaczy i będzie git. I średnia umieralność też się z tego jakaś w końcu zrobi i się to przyjmie za normę. Podziwiam Cię, wiesz..? A wiesz co to odchylenie standardowe średniej? Co to rozrzut statystyczny? Co to testy statystyczne? Doczytaj. To też podstawy. Również służące do tego żeby obalić Twoje 'średnie' myślenie. I one służą do sprawdzenia skuteczności terapii, tak jak i średnie. Nie są żadną podstawą do wyznaczania konkretnej terapii jednostkom a tym bardziej grupom! Wybiłabyś masę ludzi w ten piękny sposób i wyniszczyła im ślicznie psychikę. No ale jakiś tam wyliczony odsetek byś uratowała, który by akurat pasował pod Twoją teorię. Nie każdy na każdy rodzaj leczenia się nadaje. Stąd też wspomniane przez Ciebie leczenie raka. Rzadko stosuje się wszystkie 3 na raz. Terapię dobiera się indywidualnie do potrzeb danego pacjenta. I to bardzo dokładnie. Wszystko musi przejść przez odpowiednie szpitalne organa zanim terapia będzie zaplanowana. Btw - w trakcie też się to koryguje bo bywają nieprzewidziane zmiany (pozytywne/negatywne). I znowu słowa pani psycholog - '..w tej placówce mają swój sposób leczenia. Najpierw człowiek przychodzi na wstępną rozmowę i oceniają czy się nadaje ich terapia dla niego czy nie. Wtedy przyjmują pacjenta bądź nie, a jeśli to nie kierują do innych specjalistów, którzy mu lepiej pomogą'. I to wg mnie jest słuszne podejście. Bo są przypadki po których widać co im pomoże. A jeśli poradnia ma specjalistów, którzy dokładnie tym się parają, to się zajmą takimi ludźmi i prędzej ich wyleczą niż innych, którzy mają problem choć trochę innego typu.
A-86 napisał/a:Takie trochę ryzykowne ocenianie na zaś ile to zajmie. Człowiek się rozwija z każdym dniem, z każdym nawet najmniejszym doświadczeniem.
No właśnie, dośc mocno mi doskwiera to, jak sie ładnie rozwinęłam.
I nie mów mi, że mam sobie sama poradzić, ponieważ jakoś sobie sama nie poradziłam i tej pomocy szukałam i znalazłam własnie tam, gdzie ją mam.
Jeśli coś takiego powiedziałam, że MASZ sobie sama poradzić, to proszę, zacytuj. Nie rozwijasz zdań, nie zacytowałaś, a w tym wszystkim nie chce mi się szukać moich słów. A szukaj sobie pomocy gdzie potrzebujesz, ale nie besztaj ludzi, którzy nie potrzebują jej w takiej formie jaką Ty sobie życzysz. Pokory trochę;)
A-86, zauważ, kiedy Ci sie włączyl agresor, jak wspomniałam, ze Tobie tez by sie przydało
Nic mi się nie włączyło. Proszę, nie zmyślaj. Już przeszłam starcie z fanatykiem religijnym o zaburzeniach psychicznych. To co próbujesz robić mnie nie rusza. I proszę, nie wbijaj innym do głowy to czego tam nie ma a byś chciała żeby było. Pod tym względem zajmij się sobą. W ten sposób szkodzisz tu słabszym jednostkom. Próbujesz im wmówić uczucia, których nie mają. Pozwól człowiekowi samemu ocenić co czuje a co nie. Wiesz mi, jeśli mi się włączy do Ciebie agresor to Ci to wprost powiem. A nawet jeśli by mi się włączył to co, grzeszę?;D
Swoją drogą sobie coś przypomniałam - 'grupy' opierane są na tradycjach. Coś jak wyznania religijne. Nie dostosowują się do zmian następujących w środowisku tylko mają swoje tradycje od lat i są im wierne. Teraz sobie oceńcie jak się sprawy mają po kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu latach od powstania tradycji. Tradycja z założenia jest niezmienna. To dobrze nie rokuje. Jak się pojawią nowe wyniki badań i nowa średnia (może Carnes pisze właśnie nowy wielgachny tom) to co, załamanie nerwowe jak się trzeba będzie od nowa na innych krokach leczyć? Szczerze - życzę powodzenia żeby tak się nie stało.
Dziś i wczoraj - mieliśmy kolejne lepsze dni. Moje spokojne, jego zawalone walką. Ale radzi sobie dzielnie:) Dba o siebie, uczy się wyrażać własne zdanie. Zaczynam dostrzegać, że naprawdę dobrze się czuje ze swoimi zmianami. Stopniowy sukces go popycha do dalszej pracy. U mnie spokój. Gdzieś w sercu jest odrobina nadziei, że może jeszcze kiedyś razem stworzymy coś naprawdę trwałego.
I tak to jest,jak ktoś sam jeszcze nie wyrżnął dupskiem w swoje własne dno...
954 2012-05-12 05:51:16 Ostatnio edytowany przez iruda (2012-05-12 09:04:03)
bo coś to leczenie Ci marnie idzie
Chcesz się licytować? Czy wiek tu o czymś świadczy? Sama pokazujesz swoją niedojrzałość.
I tu nie ma agresji??
Mówię dziewczynie, ze mam trudnosci, to napada na mnie, że mam trudności.
Nie licytuję sie, tylko mówię, jak mam bagaż i czekam na instrukcję, bo wg Ciebie sie da szybko i bez pomocy, a kto nie potrafi - jest słaby i niedojrzały (co w sumie sie zgadza, bo jakby byl silny i dojrzały, to nie wpakowałby sie w to, co sie wpakował i nie potzebowałby pomocy)
Swoją drogą sobie coś przypomniałam - 'grupy' opierane są na tradycjach. Coś jak wyznania religijne. Nie dostosowują się do zmian następujących w środowisku tylko mają swoje tradycje od lat i są im wierne.
Weź no chociaż poczytaj te tradycje.
Nauczyłam sie dzięki grupom, że za sugestię - dziekuję i sie zastanawiam nad nimi, a nie buduję systemu zaprzeczeń opartego na biegowych opiniach i iluzjach i agresji wobec radzącego.
I tak to jest,jak ktoś sam jeszcze nie wyrżnął dupskiem w swoje własne dno...
W sumie - nic dodać nic ująć.
Widzę w tym siebie sprzed kilkunastu lat - pycha, buta i "władca świata".
955 2012-05-12 10:04:42 Ostatnio edytowany przez mały duszek (2012-05-12 10:27:13)
Czytałam jeszcze raz swój wpis i nigdzie nie dostrzegłam drwiny z czyjegoś nieszczęścia lub choroby.
Znam również bardziej budujące i twórcze formy zabawy niż ta , o której piszesz Iruda.
Nie będę też wynajmowała żadnego hakera, bo to o czym napisałam widać gołym okiem - ten sam schemat myślowy i inne rzeczy, których nie sposób niezauważyć.
Jestem zdecydowanie już osobą doorsłą i doświadczyłam wiecej niż jesteś sobie w stanie wyobrazić.
Próbowano mnie wstawić w schematy, takie same w jakich Ty obecnie tkwisz, ale mój indywidualizm i instynkt samozachowawczy podpowiadał mi, że coś nie tak.
Porzuciłam to natychmiast i wiesz? Czuje się tak , jakbym się na nowo narodziła.
Dostrzegam piękno tego świata, tyle jest rzeczy do poznania , do odkrycia i takie pozytywne myślenie doprowadziło mnie do tego jaka jestem dziś.
Tamto myślenie , choroba, zdrowienie, uzależnienie, leczenie , grupy, terapia postrzegam teraz jak zły koszmarny sen i gdybym poszła dalej tym torem, Bóg raczy wiedzieć jakby się to skończyło.
Dziękuję A-86 za konstruktywną i klarowną wypowiedź, bo ta dziewczyna dokładnie wie o czym mówi.
Owszem, alkoholizm jest uznany za chorobę, ale z tego co wiem , bardziej dlatego, że jest plagą społeczną ,z którą trudno sobie poradzić, również termin "współuzależnienie" jest po to aby pomagać rodzinom alkoholików i na tym się sprawa kończy.
Uważam, że tylko ludzie, którzy nie potrafią samodzielnie myśleć potrzebują stereotypów, żeby móc się gdzieś wpasować, w jakiś schemat, bo przecież gdzieś przynależeć muszą i jeśli jest ABC to trzeba robić DEF, nic wiecej, a broń Boże wsłuchać się w siebie i zacząć myśleć i odpowiadać za własne życie , są to ludzie którzy bez grupy nie potrafią funkcjonować, muszą się przeglądać w oczach innych i tam szukać akceptacji.
Carnes, no cóż chłopina dawno temu napisał co wie, przeprowadził badania wcale nie obiektywne bynajmniej, coś tam stworzył, zgarnął kase i dla Ciebie on jest guru? albo ta druga z książki "koniec współuzależnienia"
Schematy, schematy, schematy i w dodatku stworzone dawno temu, a świat już tak poszedł do przodu.
Nie rozumiem, jak można na własne życzenie robić sobie taką krzywde i swoje życie opierać na takich rzeczach.
To rozpamiętywanie, analizowanie swoich zachowań , swoich wad i zalet, może doprowadzić tylko do jednego, do psychozy.
Bo jak świat światem, ludzie zawsze będą mieli wady i zalety, zachowania, lepsze lub gorsze ,które często są wynikiem sytuacji i opieranie swojego życia na podstawie kilku napisanych dawno temu książek to dopiero brak odpowiedzialności.
Właśnie piszę na wątku dotyczącym skesoholizmu, bo uważam , że jest dla mnie adekwatny, bardziej niż dla niektórych tu się wypowiadających.
Tutaj jednak popiera się tylko osoby o konkretnym schemacie myślowym (może seksoholizm jest dla niektórych obrą przykrywką) , natomiast inne poglądy takie jakie reprezentuję ja, czy A-86 natychmiast spotykają się z negacją.
Natomiast zawsze uważałam , że człowiek o szerokim horyzoncie myślowym jest w stanie spojrzeć na inny punkt widzenia i przynajmniej zastanowić się.
Zastanawiam się również nad Twoim "chyleniem czoła" dla Kachny66, przeczytałam jej posty, te metafory, historyjki o grzybkach, czy tym podobne, te zadawanie sobie pytań i odpowiadanie na nie sobie samej, no jednym słowem przerost formy nad treścią, właściwie konkretnej treści żadnej , same pierdoły no i ten sam schemat myślowy, przepisywanie tego co w książkach i cytowanie słów innych jako swoich.
Podziwiam Was skad bierzecie na to siłe, bo to jest droga do samozniszczenia totalnego, to wrecz jakaś psychoza, ponura, pesymistyczna dobijająca.
Ale sądzę, że to Wasz parawan, żeby broń Boże nie zacząć samodzielnie myśleć no i broń Boże nie zastanowić się tak naprawdę nad sobą, bo jeszcze by coś wyszło, co nie było w planie, lub nie łapie się w schemat.
Zapomniałam się odnieść to terminu współuzależnienia, bo myślę nieskromnie, że wiedzę na temat takowego również posiadam.
Otóż nie każda osoba mająca styczność z osobą uzależnioną jest współuzależniona.
Staje się tak wtedy, kiedy wcześniej zostały zaszczepione pewne mechanizmy, np . we wczesnym stadium rozwoju było odrzeucenie, poczucie własnej wartości zostało zachwiane, rodzina patologiczna, niejednokrotnie na zewnątrz wygłądająca "normalnie", alkoholim rodzica lub rodziców, konkurowanie z rodzeństwem o względy rodziców i inne tego typu.
Kiedy taka osoba napotka na podatny grunt, współuzależnienie objawia się w pełnej krasie, ale i tak określenie kogoś jako osobę współuzależnioną wymaga dokładnej diagnozy, poprzedzonej naprawdę wnikliwemu przyjrzeniu się osobie i dotarciu do korzeni.
Natomiast bulwesuje mnie fakt w jak ograniczony i lekkomyślny sposób tu na tym forum każdą osobę z problemami natychmiast przypina się łatkę współuzależnienia uznając to jako pewnik, chociaż nigdy się tej osoby nie widziało, nie badało, a co gorsze niektóre osoby uznają się w tym zakresie specjalistami.
Bo to , że ktoś ma jakieś tam symptomy nie daje wyłączności do postawienia takiej diagnozy, ponieważ takie symptomy występują też w innych problemach niż współuzależnienie.
Nie będę też wynajmowała żadnego hakera, bo to o czym napisałam widać gołym okiem - ten sam schemat myślowy i inne rzeczy, których nie sposób niezauważyć.
Rozumiem, ze mały duszek i A-86 to tez klony??
957 2012-05-12 12:19:02 Ostatnio edytowany przez mały duszek (2012-05-12 12:28:47)
mały duszek napisał/a:Nie będę też wynajmowała żadnego hakera, bo to o czym napisałam widać gołym okiem - ten sam schemat myślowy i inne rzeczy, których nie sposób niezauważyć.
Rozumiem, ze mały duszek i A-86 to tez klony??
Ach TEŻ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Czyli jednak miałam rację , że to jedna osoba w różnych wcieleniach.
Napisałaś tak mało, a jednocześnie tak wiele.
Rozumiem, że wpadło Ci też do głowy, że ja i A-86 to ta sama osoba, bo oceniałaś nas wg siebie.
My, ODRÓŻNIENIU OD CIEBIE, jesteśmy zdrowe i nie cierpimy na rodwojenie jaźni.
Gorąco polecam wizytę u dobrego psychiatry.
Bo obawiam się , że nie tylko robisz sobie krzywdę, ale co gorsza krzywdzisz innych.
Różnica między Toba, a mną i A-86 polega na tym, że u Ciebie są to identyczne schematy myślowe, natomiast my mamy podobne poglady na te sprawy.
958 2012-05-12 12:30:51 Ostatnio edytowany przez iruda (2012-05-12 12:31:20)
iruda napisał/a:mały duszek napisał/a:Nie będę też wynajmowała żadnego hakera, bo to o czym napisałam widać gołym okiem - ten sam schemat myślowy i inne rzeczy, których nie sposób niezauważyć.
Rozumiem, ze mały duszek i A-86 to tez klony??
Ach TEŻ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Czyli jednak miałam rację , że to jedna osoba w różnych wcieleniach.
Napisałaś tak mało, a jednocześnie tak wiele.
Rozumiem, że wpadło Ci też do głowy, że ja i A-86 to ta sama osoba, bo oceniałaś nas wg siebie.
My, ODRÓŻNIENIU OD CIEBIE, jesteśmy zdrowe i nie cierpimy na rodwojenie jaźni.
Gorąco polecam wizytę u dobrego psychiatry.
Bo obawiam się , że nie tylko robisz sobie krzywdę, ale co gorsza krzywdzisz innych.
Zejdź na ziemie, a najlepiej od razu do psychiatry ![]()
Przesledź to i zobacz wpisy pozostałych osób - są na forum dluzej niz ja wiem o moim problemie.
A Ty znasz sie z A-86, skoro mówisz "my"? czy moze razem piszecie posty?
I zejdź wreszcie ze mnie, bo chyba masz jaką misję związaną z moim nickiem. Kilka razy pod moimi wpisami zostawiałaś takie komentarze jak te powyżej.
Jezeli nie masz problemow, to sie z tego ciesz i nie wciskaj mi, ze tez nie mam, bo Ty uważasz, że to nie problem.
Niniejszym konczę temat z duszkiem i A-86, ponieważ tu nie miejsce na przepychanki.
--------------------------------------------------------------------
TERAZ UWAGA! Mówię wyłącznie za siebie i o sobie. I tak będę konstruować kolejne posty w tym wątku, jezeli odczuje potrzebę napisania czegokolwiek.
W związku z tym, że jestem przypadkiem typowo carnes'owskim, to wkleję cytat, który w bardzo dobry sposób oddaje moje ostatnie przemyslenia i podjęte działania:
Współuzależniony może czuć się zniecierpliwiony wobec wolniejszego procesu zdrowienia u swego współmałżonka, nawet jeśli on czyni stosunkowo szybki postęp w porównaniu z innymi osobami w swojej grupie.Co gorsza, często uznaje wtedy przedwcześnie, że jego związek jest nie do uratowania.(...)Palące pytanie jakie ich nurtuje brzmi 'Czy mam odejść?' Choć w toku zdrowienia muszą to rozstrzygnąć, najlepiej jest nie rozstrzygać tego na początku. Rozstanie nie leży w ich interesie, muszą bowiem przepracować najpierw swoje współuzależnienie, a to udaje się najlepiej przy wsparciu uzależnionego partnera.
959 2012-05-12 12:45:32 Ostatnio edytowany przez mały duszek (2012-05-12 13:02:10)
Amen
totalitaryzm i dyktatura
Tym cytatem pokazałaś , że masz doskonałą wymówkę dlaczego przy nim tkwisz.
- no tak, bo w książce naisali!!!!!!!!!!!!!!!!!
960 2012-05-12 13:53:02 Ostatnio edytowany przez kachna66 (2012-05-12 19:55:13)
A-86 grupa nie jest po to żeby się wygadać, choć wiele osób idzie tam właśnie w tym celu:) A potem "BUM" okazuje się że to tylko dodatek. A na pewno nie jest po to aby się wczuwać w czyjeś przeżycia.Chole.......ra przecież dość ,mają swoich. Nie rozumiem twojego podejścia do grup, bo Ja zawsze byłam inna, ale nie mam zamiaru Cię przekonywać do zmiany zdania,bo to by znaczyło ze nie szanuje twojego.Jeszcze dwa lata temu próbowałabym Cię przekonać do zmiany zdania, bo to Ja wiem ze się mylisz. Ale własnie dzięki grupie wiem ze to bzdura, Grupa pomogła Mi i wielu innym, ale nie koniecznie wszyscy musza na nią uczęszczać .
To chciałabym się dowiedzieć, co wg Ciebie się w takiej grupie robi. Po co tam chodzisz jeśli nie słuchać innych i się wygadywać? Dobre słuchanie to wczuwanie się w drugą osobę, inaczej jest to jak gadanie obcych do ściany. Bez empatii nie zrozumie się czyjegoś problemu. Bez konieczności rozumienia czyjegoś problemu nie ma sensu tam w ogóle iść. Wieczne doradzanie też nie jest dobre bo to jak ciągłe myślenie o problemie, w końcu się od tego uzależniasz żeby tam być i mówić, więc ciągle jakby problem na tapecie. Wg mnie samemu sobie można tym zaszkodzić.
Każdy ma swój czas i mówi tyle ile chce i co chce i na ile jest gotowy.
Chcesz to się wczuwasz, chcesz i potrafisz to rozumiesz.Samowolka,ale tylko co do mówienia,rozumienia,czy ilości użytej empatii.To się robi na grupie, ale nie to jest ważne co się robi, ale co się wynosi z grupy.
Jako współuzależniona, empatią mogłabym się podzielić z kilkoma osobami, ale nie zawsze jej używam, zajmuję się tym uczuciem dość dokładnie i u Mnie dobre słuchanie i nie musi iść w parze z wczuwaniem się(ciekawe po ilu sesjach psycholog-terapeuta wczuwający się miałby dość swojej pracy) i rozumieniem.
Wyobraź sobie, że przychodzi do Ciebie kolega i mówi"zastrzeliłem swoją mamę bo nie zrobiła mi naleśników, a tak miałem na nie ochotę i tak Ją prosiłem".Jak bardzo będziesz się wczuwać w Jego problem pt. miałem ochotę, prosiłem? Czy będziesz w stanie zrozumieć jego postępowanie?. Czy to że go nie rozumiesz, i nie chcesz/nie potrafisz się wczuć w jego problem, będzie znaczyło że twoje słuchanie nie jest dobre, bo pozbawione tych czynników którymi obwarowałaś "dobre słuchanie"?
Raz Ja napisałam i Iruda napisała,-na grupie nie daje się rad-to po co twoje dywagacje na temat doradzania?
Wiesz, mam taką teorię (na własny użytek) " terapia zaczyna się wtedy gdy zadajemy sobie właściwe pytania -bo to jest najtrudniejsze-i odpowiadamy sobie na nie, szczerze,tak aby w środku nie czuć oporu." Wbrew pozorom nie jest proste zadawanie sobie właściwych pytań,bo właśnie dlatego potrzebujemy terapii, że nie potrafimy tego robić.
Nie jest proste, ale nie jest niemożliwe. A może ja to potrafię? Nie oceniaj i nie wrzucaj do jednego wora. Czasem mam wrażenie, że przez mój wiek jestem zamykana w szufladce 'młoda więc nie rozumie'.
To moja teoria na własny użytek, po co się w nią wciskasz. Ja Cię oceniam? Które zdanie jest oceną Ciebie? Piszesz widzę tu jakieś naloty na doradzanie ludziom, ocenianie co jak robią. Uważasz, że to dobre ich tak nakierowywać? Czujesz się na tyle zdrowa i odpowiedzialna żeby to robić? Tym słabym ludziom, którzy są współuzależnieni, i są jak chorągiewka na wietrze? ,piszesz
Widzę tu jakiś przerost własnego 'JA' w tym w jaki sposób piszesz 'Ja' (czyżby 'władca świata' się odzywał?). I delikatny brak szacunku do innych (ty). Ale to ino takie drobiazgi, które od razu rzuciły mi się w oczy.I TO JA JESTEM TA OCENIAJĄCA pisząc -Wiesz, mam taką teorię (na własny użytek) " terapia zaczyna się wtedy gdy zadajemy sobie właściwe pytania a może tym zdaniem :Wbrew pozorom nie jest proste zadawanie sobie właściwych pytań,bo właśnie dlatego potrzebujemy terapii, bo nie potrafimy tego robić.
To może zróbmy tak:napisz wszystko co wiesz, żebym nie pisała o tym.Proszę Cię................tym sposobem jak mi się wypsnie ze do zupy pomidorowej leje śmietanę powiesz ze sugeruje ze nie potrafisz jej gotować.
Czytając twoją opowieść cisną mi się do głowy takie pytania:
Biorąc pod uwagę twoje zdanie na temat grupy.
W jakim celu weszłaś na forum i opowiadasz o tym jak sobie radzisz?
A jaki jest tytuł wątku? Ten człowiek ciągle jest koło mnie bo jest moim przyjacielem. Więc jakby to może z zewnątrz nie wyglądało odczuwam więź, jakbyśmy byli bardziej w separacji niż po rozstaniu całkowitym. Każde sobie, ale z braniem pod uwagę tego, że jest 'ten ktoś' obok, kto chce tam być. Chcę mu pomóc, chcę z nim żyć, i w jakimś sensie żyję.
Co do tego pytania o mój cel wejścia na to forum ma moje zdanie na temat grup? Radzę sobie bez nich w życiu 'realnym'. I to jest powód, że mam się nie wypowiadać, że da się po prostu inaczej funkcjonować? Dzielę się tym jak sobie radzę, jaka jest sytuacja ogólna (jak zresztą część z Was), nie jestem w grupie na którą muszę systematycznie uczęszczać. Wolę wyrazić się tu, ślad zostanie, a osoby zainteresowane jakoś tu dotrą. Chodzenie gdzieś systematycznie to wg mnie jak nałogowe dreptanie po jakimś czasie już z 'wewnętrznego przymusu bądź przyzwyczajenia'.Swoją drogą - widzę tu jakieś naloty na doradzanie ludziom, ocenianie co jak robią. Uważasz, że to dobre ich tak nakierowywać? Czujesz się na tyle zdrowa i odpowiedzialna żeby to robić? Tym słabym ludziom, którzy są współuzależnieni, i są jak chorągiewka na wietrze? Wydaje mi się, że lepiej opisać sytuacje ogólne i własne zachowanie. Daje to jakiś obraz, i każdy wyciągnie z tego co będzie chciał. Ale to tylko moje zdanie i moje podejście. Tak zwykle działałam. Nie lubiłam rad 'wprost' czy pocieszania, wolałam sama wyciągać wnioski i szukać co mi potrzebne żeby zrozumieć problem. Wiedziałam co lepiej do mnie dotrze i co mi otworzy oczy. Jak się nie udawało to dostawałam po dupsku za moje decyzje. Wszystko co źle zrobiłam stosownie później odczułam.
O moja droga teraz to ja się poczułam jak zakwalifikowana do grupy pt."starsze wszystkowiedzące":)
Ale wiesz ja guuupia jestem jak but, i właśnie dlatego pytam, bo nie rozumiem:)
Dlaczego piszesz tak otwarcie o sobie? Przecież to to samo co mówienie na grupie, tylko tu jest słowo pisane i bardziej anonimowe.
Dlaczego czytasz ten wątek od poczatku? Przecież to to samo co słuchanie na grupie o problemach innych.
A gdzie Ty w moich słowach widzisz doradztwo, czy ocenianie? Co J robię "tym ludziom?"Proszę wyjaśnij mi, pokaż gdzie i w jakich słowach doradzam lub oceniam?Czytałam kilka razy i nie widzę i głośno też i ni hu hu.Nie słyszę.Ale, może teraz też nie rozumiem, no wiesz -jak to but:)
Pytam bo nie rozumiem. Czyżby chodziło tylko o to że niby co? Buty ubrać wsiąść do auta i na spotkanie? I tak co tydzień?To ta czynność jest szkodliwa, a słuchanie/czytanie i m/ówienie/ pisanie są dobre? Nie, przecież pisałaś, "żeby tam być i mówić................można sobie zaszkodzić.
Nie rozumiem, Ale przecież, to co dla mnie nie logiczne, dla Ciebie może być zrozumiałe. Nie pierwsza taka rzecz w moim życiu.
W jakim celu w kolejnym poście tak dużo piszesz o Nim? Komu to potrzebne? Tobie, czy Nam?
Skoro mam opisać jak sobie radzę, to chyba dobrze opisać jaka w ogóle jest ogólna WSPÓLNA sytuacja. Nie odizolowałam się od niego całkowicie, bo tego nie chcę. Chcę umieć żyć koło niego więc to co się z nim dzieje też uważam za ważne i bardzo istotne. Jeśli Wam niepotrzebne to ok, więcej ani słowa:) Ale wtedy chyba nie bardzo będzie wiadomo z czym sobie w dany sposób radzę i jak wygląda problem w danej chwili.
Skoro mam opisać jak sobie radzę, to chyba dobrze opisać jaka w ogóle jest ogólna WSPÓLNA sytuacja. Nie odizolowałam się od niego całkowicie, bo tego nie chcę. Chcę umieć żyć koło niego więc to co się z nim dzieje też uważam za ważne i bardzo istotne. Jeśli Wam niepotrzebne to ok, więcej ani słowa:) Ale wtedy chyba nie bardzo będzie wiadomo z czym sobie w dany sposób radzę i jak wygląda problem w danej chwili.
Bardzo się cieszę że czytasz ten wątek, dojdziesz i do mojego postu w którym opisuję, "moją sytuację wspólną", a któraś z dziewczyn mi napisała-JA NIE CHCĘ CZYTAĆ O TYM JAK RADZI SOBIE TWÓJ M, POWIEDZ JAK TY SOBIE RADZISZ" Nie wiem czy dosłownie tak, czy dużymi literami, ale tak to zabrzmiało we mnie.Moja droga chcesz czy nie Ja widzę siebie w Tobie?I WIESZ CO NIE MASZ NA TO WPŁYWU:)masz wpływ tylko na to co Ty zobaczysz.
Czemu uważasz, że On potrzebuje twojej pomocy w wychowaniu tego dziecka,które jest w nim?
Nie uważam tak. Prosi to dostaje, ale tyle na ile uważam, że mogę sobie pozwolić dać. Oczywiście nie naruszając mojego zdrowia psychicznego i innych potrzeb.
Bardzo się cieszę że że to napisałaś
Jak się ma twój brak potrzeby wygadania się, do tak długich postów, opowiadających głównie o Nim?
Może to wygląda jakby było głównie o nim, ale po prostu jego sytuacja jest skomplikowana. Staram się to przybliżyć najdokładniej jak się da, nie dla siebie. Ja mam tego obok siebie i w sobie dostatecznie dużo. Opisanie czegoś kilkoma słowami mija się z celem. Wolę raz a dobrze niż później prostować niedomówienia.
To mam dla Ciebie dobrą wiadomość. My też mamy tego dostatecznie dużo, więc oszczędź nam opowieści "co On":)
Natomiast jeżeli potrzebujesz się wygadać, pochwalić jak On się zmienia, czy cokolwiek o Nim, to wal śmiało. Ja obiecuję że nie będę o nic pytać:)Tylko pisz mam potrzebę wygadać się.
Wierzysz w to że psycholog może wam pomóc. Ale twoja wiara jest bardzo wybiórcza, czy zauważasz to?
Co przez to rozumiesz, że wybiórcza?
Uznajesz seksoholizm,ale nie to że jest nieuleczalny.
Znaczna cześć psychologów bardzo ceni moc grupy, Ty powołujesz się na tych przeciwników. przyznam ze ja o takich nie slyszałam]
Nie chodzi o to abyś mi odpowiadała, nie musisz odpowiadać też sobie.To są moje pytania i Ja sobie na nie już odpowiedziałam
Pytania padły więc odpowiedziałam. To Twoje pytania do mnie czy tak ogólnie dla Ciebie samej? Bo jeśli dla Ciebie to nie rozumiem sensu zamieszczania ich tutaj.
Ps. Widzę tu jakiś przerost własnego 'JA' w tym w jaki sposób piszesz 'Ja' (czyżby 'władca świata' się odzywał?). I delikatny brak szacunku do innych (ty). Ale to ino takie drobiazgi, które od razu rzuciły mi się w oczy.
Och jak moje Ja jest przerośniete.........tak jak nigdy nie było. I dzięki temu mi nie wstyd, bo, Ja po prostu jestem dyz-ortografem). Nie będę przepraszać, jak się wczytasz w moje posty, to zauważysz że większość Ty pisane jest z dużej litery. Ja nie mam wpływu co Ty poczujesz. Możesz zobaczyć w tym zwykły błąd lub poniżanie innych.Ale to twój problem.Porównujesz Mnie do Władcy Świata na podstawie kilku błędów w pisowni?
A-86 mylisz się -teraz Ja oceniam-pisząc Nikt nas tu nie chce. Nikt nie chce małego duszka, ale Ty tu należysz. Jak brzmi tytuł wątku? Przecież nie znasz odpowiedzi na to pytanie? Bo z nim nie żyjesz. Ale chcesz, tak jak większość z tych które tu wchodzą. Małego duszka nawet nie chce mi się całego czytać. Parę linijek mi wystarczy żeby nie zaprzątać sobie głowy takim wątpliwym "autorytetem". Ale Ty masz coś w sobie, czuję że będę się mogła od Ciebie sporo nauczyć.
Proszę Cię tylko o jedno, zobacz mnie taką jaka jestem i niczego we mnie się nie doszukuj, nie wyciągaj wniosków z mojej pisaniny. Ja nie cię do koła tortur pytając. Nie jestem Twoim wrogiem. Jeżeli moje pytania w jakikolwiek sposób Cię obrażają,to jest twój problem, nie zwalaj go na mnie, bo Ja się na to nie godzę, i nie pozwolę ani Tobie, ani nikomu innemu. Pytanie może być głupie, sugerujące jedną odpowiedź lub jeszcze inaczej niewłaściwe, pytaniem można chcieć obrazić. Ale to wszystko jest z mojej strony, co ty z nim zrobisz i co poczujesz po jego przeczytaniu to już jest po Twojej stronie.A-86 jesteś mądrą kobietą, szybko się zorientujesz że nie jesteś moim wrogiem ani Ja twoim. Ja wiedziałam,że tak zareagujesz na moje pytania, wiedziałam że moje pytania wywołają falę protestu w Tobie.
Zobacz, nie oceniałam, nie krytykowałam i nie radziłam Tobie, zadawałam pytania, nie po to, żeby Ciebie oceniać. Powód był z goła inny. Ja wiedziałam, od pierwszego postu, że jesteś we właściwym wątku. Wiem że jest Tobie on potrzebny, a Ty jesteś potrzebna JEMU. Czyli watkowi:) :)A NA PEWNO MI
A-86 nie na darmo zadałam Ci takie pytania, i nie pochlebiaj sobie nie chodziło o Ciebie:)To zawsze chodzi o mnie. Widzisz, zobaczyłam w Tobie Siebie.Opowiadaj co myślisz,co czujesz i co robisz. Wiesz to tak jak z konkursem pt."kto lepiej gotuje kurczaka po żydowsku", jak zgłosi się 100 chętnych to będziesz miała z czego wybierać, jak będziesz sama go gotować, nigdy nie powiesz -mój jest najlepszy.Ta chęć opowiadania o partnerze była tak silna we mnie i tak długo nie potrafiłam się jej pozbyć,a wiedziałam, że nie chcę tego robić, a jednak chęć była. Nauczyłam się jej nie ulegać, ale co jakiś czas podnosi łeb, i to wredota ma przy sobie tłumaczenie,tak że to niby nie Ja chcę, tylko jest taka konieczność.Przeczytałam Twoje słowa i zobaczyłam swoją wredotę i tłumaczenie ,a po piętach deptała jej konieczność.
Wiesz dlaczego na zawał umierają głównie młodzi, a starsi przeżywają? Pozornie bez sensu, bo przecież młodzi są zdrowsi, silniejsi, sprawniejsi, a mimo tego, to Oni nie przeżywają.A prawda jest taka, że z wiekiem pojawia się miażdżyca,blaszki miażdżycowe zatykają światło naczyń, krew ma utrudniony przepływ i coraz wolniej i w mniejszej ilości dociera do serca. Jest to długotrwały i powolny proces. Ale nasz organizm nie jest w ciemię bity, i choć nie wiemy o tym, on nas broni. I tak wytwarza tzw.naturalne bajpasy, małe naczynka krwionośne, które wspomagają te główne w transporcie krwi do serca.Zawał to częściowa martwica m. sercowego z powodu przedłużającego się niedokrwienia. Te małe bajpasy ratują życie, nie zapobiegną zawałowi, ale zniszczenia są mniejsze. Tworzenie naturalnych bajpasów to długotrwały proces, młody organizm ma za mało czasu.
Żeby wyjść ze współuzależnienia, też muszą wytworzyć się takie bajpasy,ale nie od dużych naczyń do serca, tylko, od emocji i uczuć do zrozumienia.Ato jest długi proces, i niestety nie dzieje się sam. Trzeba ciężko nad tym pracować, żeby powstały najpierw małe,potem większe bajpasy, a na końcu połączyły się w jedną wielką rurę, dzięki której to co w głowie będzie zgodne z tym co w uczuciach. A-86 czy chcesz żeby w twojej głowie było myślenie o gównie,które On wniósł w wasze życie??Czy naprawdę chcesz o tym pisać?
Ja na pewno nie.Już nie,moja wredota próbuje, ale ja mam już bajpasy, nie ogromne, ale są.:)
Taka szybka prośba do kachna66 - przeczytaj sobie swojego ostatniego posta i proszę popraw błędy bo wrzucasz do swoich cytatów moje słowa. Proszę, nie myl ludzi, tym bardziej, że pewnie nie chciałabyś żeby nas mylili. Twój post przez to w/w wygląda jak pisany w nerwach (taki przy okazji chaotyczny). Poza tym 'dys-coś tam' przez lekarzy nie jest uznawane za nieuleczalną chorobę. To po prostu brak skupienia w procesie uczenia się. I późniejszy brak ochoty na naprawę tego (bo to przecież choroba, ALE przecież się choroby leczy). Znam wiele osób dys, które mimo problemu go zwalczyły. Po prostu źle się nauczyłaś czegoś w dzieciństwie, a nie naprawiane zostaje jakie jest. I bardzo ładnie sobie widzę zapamiętałaś i wbiłaś do główki pisanie siebie z 'szacunkiem', a innych już nie. I nadal jak widać z tym nic nie robisz.
Chwilowo tyle. Mam robotę i byłego na linii (wyobraźcie sobie, że sam się chętnie kontaktuje i opowiada o sobie i postępach, nie błagając o współczucie).
Widzisz A-86 cytowania się uczę Nie będę poprawiać bo jeszcze bardziej namieszam:). Ty i mądre kobiety dojdą do sedna, lub zapytają, reszta, no cóż nie mój problem.
Widzisz A-86 cytowania się uczę Nie będę poprawiać bo jeszcze bardziej namieszam:). Ty i mądre kobiety dojdą do sedna, lub zapytają, reszta, no cóż nie mój problem.
Proszę, popraw. Poprawa to poprawa a nie psucie czegoś czy mieszanie. Na pewno będzie to lepsze niż jest teraz. Jest opcja podglądu przed wstawieniem. Jak potrzebujesz do tego pomocy to chętnie pomogę, tylko nie bój się prosić. Ale wg mnie Tobie się po prostu nie chce ani dobrze nauczyć ani broń boże poprosić o pomoc. Napisałaś tyyyyyyle postów ale ten akurat byle jak. 'Jak coś robisz to staraj się to robić dobrze, od razu, i zawsze'. I uciekając nawet od takiej rzeczy uczysz się olewania drobnych spraw. A drobne sprawy są ważne, bo składają się na całość.
Dla mnie może nawet wcale nie wyglądać:) Raczej treść się liczy.Ale oczywiście poprawie, bo to również Ciebie dotyczy. (przynajmniej spróbuję).
Hm " I bardzo ładnie sobie widzę zapamiętałaś i wbiłaś do główki pisanie siebie " jakoś mi to pachnie, ale czym? szacunek? E nie. raczej odwrotność.
A-86 wyluzuj, nie nauczysz mnie pisania bez błędów. Cokolwiek nie napiszesz nie podołasz. Bo po pierwsze pozwalam sobie na bycie nieidealną, wystarczy że świetna babka ze mnie, po drugie już próbowałam nie wyszło ![]()
965 2012-05-12 15:22:17 Ostatnio edytowany przez A-86 (2012-05-12 15:23:27)
A-86 wyluzuj, nie nauczysz mnie pisania bez błędów. Cokolwiek nie napiszesz nie podołasz. Bo po pierwsze pozwalam sobie na bycie nieidealną, wystarczy że świetna babka ze mnie, po drugie już próbowałam nie wyszło
Nikt Cię tego nie nauczy, i wiem - nie podołam. 'nie wyszło' więc się poddałam? Bycie nieidealną rozkłada się z czasem na wiele sfer życia. Człowiek się uczy sobie odpuszczać wiele drobnych spraw, które później niestety się rozłażą na inne sprawy bądź mają przykre konsekwencje.
I nie muszę niczego luzować. Spędzam miło czas przy garach:)
966 2012-05-14 11:06:19 Ostatnio edytowany przez kachna66 (2012-05-14 11:37:07)
kachna66 napisał/a:A-86 wyluzuj, nie nauczysz mnie pisania bez błędów. Cokolwiek nie napiszesz nie podołasz. Bo po pierwsze pozwalam sobie na bycie nieidealną, wystarczy że świetna babka ze mnie, po drugie już próbowałam nie wyszło
Nikt Cię tego nie nauczy, i wiem - nie podołam. 'nie wyszło' więc się poddałam? Bycie nieidealną rozkłada się z czasem na wiele sfer życia. Człowiek się uczy sobie odpuszczać wiele drobnych spraw, które później niestety się rozłażą na inne sprawy bądź mają przykre konsekwencje.
I nie muszę niczego luzować. Spędzam miło czas przy garach:)
A-86 wyluzuj. Czy myślisz,że mnie zmienisz? Ja się nie zmienię, bo Ty, czy ktokolwiek inny mi powie ,że powinnam. Radzę sobie z wszystkimi konsekwencjami moich wyborów, i błędów. Jak chcesz wiedzieć w jaki sposób, zapytaj,ale nie licz na moją reakcję i polemikę na powyższe posty.
Oceniasz, pouczasz i bardzo chcesz mi udowodnić ...........no właśnie co?
Może lepiej zająć się sobą?
Ok jak możesz odpowiedz mi na pytanie-co myślisz o kimś, kto nigdy nie jadł zupy pomidorowej,a szeroko sie wypowiada, o jej obrzydliwym smakiem?
967 2012-05-14 16:54:18 Ostatnio edytowany przez mały duszek (2012-05-14 16:56:29)
Kachna66
Czy myślisz, że wogóle ktoś ma ochotę i poejmnie jakiś wysiłek, żeby Cie zmieniać.
A żyj sobie w tym swoim chorym świecie i zdrowiej po swojemu nikomu nic do tego, tylko przestań narzucać innym swoje chore sposoby.
Ale przecież ciagle piszesz, że zajmujesz się sobą.
I jeszcze piszesz, że umiesz słuchać, nie masz zamiaru natomiast się wczuwać, no bo przecież gdyby psycholog się wczuwał, to by zwariował.
Z tego wnioskuję , że uważasz się w dodatku za światowej klasy specjalistę psychologa.
W innym wątku, jako iruda poszłaś o wiele dalej, że niby pracujesz ze studentami.
Boże, widzisz to i nie grzmisz.
Jak długo będziesz miała potrzbę kontrolować nawet to co myślą inni i dostawać furii jaśli będą myśleć inaczej.
Twoje wąskie horyzonty myślowe oparte są zaledwie na kilku książkach.
Mam wrażenie , że już sama nie wiesz kim jesteś.
Jeśli ktoś ma potrzebę mieć tyle osobowości, to chyba coś jest nie hallo!!!
Jestem przekonana, że tak jest, bo po sobotnim pisaniu, gdy o tym napisałam, byłaś kompletnie wytrącona z równowagi, tak jakbyś się zdenerwowała zdemaskowaniem.
O tym świadczy Twoj haotyczny post, bez ładu i składu, a A-86 wciskasz, że dopiero się uczysz i masz dyslekcje. Nic dodać nic ująć.
Jako iruda na innym wątku napisałaś, że jesteś też nie tylko współuzależniona, ale i uzależniona od seksu i milości.
Tak zdrowiejesz, że szok.
Jesteś coraz bardziej chora i to jest skuteczność tych metod!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
A-86 uważaj, bo będziesz kolejna z wodą w mózgu.
Chociaż wiem, że jesteś silna, ale uważaj. Papa
Ta cała bezsensowna pisanina użytkownika mały duszek jest niezgodna z regulaminem.
Na forum nie obrażamy innych uzytkowników!
969 2012-05-14 21:21:20 Ostatnio edytowany przez mały duszek (2012-05-14 21:29:08)
Nikogo nie obrażam, stwierdzam fakty.
Sugerowanie tak nachalne metod leczenia bez kwalifikacji jest niezgodne z regulaminem jaki obowiązuje każdego człowieka, który posiada serce.
Moje pisanie może się wydać bezsensowne dla jednych, jednak niektórzy się nad tym zastanowią i jeśli znajdzie się choćby jedna taka osoba, uważam to za dobre.
Ciekawe jednocześnie jest to, że moje pisanie uznawane jest za obraźliwe, ale jak wypowiadanie moich myśli dla kogoś jest bezsensowne, to też właśnie jest obrażanie.
Ciekawe, niektórzy mogą obrażać, ale opisanie swoich myśli w stosunku do tego co piszą inni już nie jest zgodne z regulaminem.
Co za jednostronny punkt widzenia.
To jest tak samo jak twierdzenie, że metody wychodzenia z kłopotów są jedyne i skuteczne, a inne to może już niekoniecznie i muszą być piętnowane.
I chciałam zauważyć, że nie jestem jakimś "użytkownikiem", tylko człowiekiem, któremu o włos udało się uniknąć katastrofy życiowej stosowanej przez domorosłych psychologów
Moje pisanie może się wydać bezsensowne dla jednych, jednak niektórzy się nad tym zastanowią i jeśli znajdzie się choćby jedna taka osoba, uważam to za dobre.
tytuł wątku to JAK ZYC Z CZLOWIEKIEM UZALEZNIONYM OD SEXU
jeszcze nie napisałaś nic w temacie, tylko mnozysz ogólnikowe posty i trollujesz.
mały duszek napisał/a:Moje pisanie może się wydać bezsensowne dla jednych, jednak niektórzy się nad tym zastanowią i jeśli znajdzie się choćby jedna taka osoba, uważam to za dobre.
tytuł wątku to JAK ZYC Z CZLOWIEKIEM UZALEZNIONYM OD SEXU
jeszcze nie napisałaś nic w temacie, tylko mnozysz ogólnikowe posty i trollujesz.
Niestety szkoda, że na tak pożytecznym forum trafiają się takie osobniki jak mały duszek. Sieją tylko ferment nic mądrego nie wnosząc do dyskusji. Próbował juz ten mały złośliwy troll, a nie przepraszam, duszek sprowokować innych użytkowników forum na wątku grupy wsparcia dla KKZB, nie udało się co zresztą było do przewidzenia. Jedyny sposób to ignorować.
Nie dostrzełam, żebyś napisała coś konstruktywnego w temacie.
Jeżeli nie dostrzegasz, że całe moje pisanie jest w temacie, to trudno.
Niektórym tutaj ludziom, już poobijanym robią jeszcze dodatkową wode z mózgu.
Nie mam pojęcia co to " trollowanie" może to nie moja sfera.
Jednego jestem pewna trollem nie jestem, nie byłam i nie będę.
Natomiast pisanie ciągle o tym samym jest przynudzaniem i czas zmienić płytę adekwatną do czasów, a nie używać tej już zepsutej sprzed 20 lat
Ta cała bezsensowna pisanina użytkownika mały duszek jest niezgodna z regulaminem.
Na forum nie obrażamy innych uzytkowników!
A zgłosiłaś redakcji?
Nie tłumacz,że mleko jest białe komuś kto widzi czarne. I nie myśl że duszek czepia się tylko Ciebie-to taki forumowy pretensjonalista ![]()
cóż za ograniczenie.
No tak , to nie jest oczywiście obraza!!!
żałosne, przecież nikt nie każe Tobie czytać co napisałam, a tym bardziej pisać.
Tak forum jest pożyteczne, tylko jakaś zaraza je ogarneła i to bynajmniej nie jestem ja
A zgłosiłaś redakcji?
tak ![]()