Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Strony Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 261 do 325 z 531 ]

261

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:
Myszeczka23 napisał/a:

Jeszcze raz napiszę: To ona powinna sama chcieć się od niego odciąć. I założę się, że na terapii to samo usłyszysz. wink

Ja to rozumiem, ale ona chyba tego nie ogarnia. Może dlatego ta terapia jest niezbędna? Jak ja jej to powiem, to nic się nie zmieni. sad

Za szybko chcesz chcesz to naprawić, nie da rady w ciągu kilku tygodni wrócić do normalności.
I niestety ale za bardzo chcesz, tak nie można, to wy macie chcieć.

Zobacz podobne tematy :

262

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Ale skoro ona tego nie ogarnia, to czemu Ty masz to robić?? Czemu masz jej winę brać na siebie? To ona zdradziła i to ona powinna wziąć za to pełną odpowiedzialność. A może ona tego nie potrafi, bo nie potrzebuję mieć tej umiejętności?? No bo przecież mąż posprząta całe to gówno. Poszuka terapeuty, przekona żonę, żeby chciała pójść, zaprowadzi za rączkę... Ty się martwisz, że żona ma doła, płacze... A Ty nie płaczesz??? Ty nie masz doła??? No kosmos jakiś!

263 Ostatnio edytowany przez Myszeczka23 (2018-07-12 02:22:19)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
maku2 napisał/a:

Tu nie chodzi o to co ona zeżarła ( ta wiem owoc ale skąd wiesz że to nie było jabłko? tongue ) tylko o komfort psychiczny autora żeby nie myślał np. co ona tam z nim i ile razy.

A to rozumiem, że teraz może być o to spokojny? big_smile

264

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Zastanawia mnie jeszcze to ich uporczywe twierdzenie (a szczególnie żony), że nie doszło do niczego poza przytulaniem.
Ona w sumie nigdy nie była mocno zainteresowana seksem.
Twierdzi, że u tego faceta ważne dla niej było wsparcie, możliwość rozmowy, pobycia ze sobą.
Ostatecznie ze mną ciągle jest w stanie wejść w relację seksualną.

Czy to może świadczyć, że słowa o przytulaniu są prawdziwe?

Gdyby chodziło o przytulanie, patrzenie w oczy i takie pitu pitu to nie wylądowaliby w hotelu na noc, czyli nadal się łudzisz że ze sobą nie spali? Nadzieja... piękna sprawa ale jaka ułudna potrafi być.
relacja seksualna... i tu jest problem ona powinna się z Tobą kochać a nie wchodzić w relacje, dlaczego to robi? no a dlaczego nie skoro przez tyle lat to robiła. Przecież gdy była w relacji z gachem to też z Tobą wchodziła w relacje prawda?

265

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Myszeczka23 napisał/a:
maku2 napisał/a:

Tu nie chodzi o to co ona zeżarła ( ta wiem owoc ale skąd wiesz że to nie było jabłko? tongue ) tylko o komfort psychiczny autora żeby nie myślał np. co ona tam z nim i ile razy.

A to rozumiem, że teraz może być o to spokojny? big_smile

Nie, nadal może coś tam na boku.

266

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Myszeczka23 napisał/a:

Ale skoro ona tego nie ogarnia, to czemu Ty masz to robić?? Czemu masz jej winę brać na siebie? To ona zdradziła i to ona powinna wziąć za to pełną odpowiedzialność. A może ona tego nie potrafi, bo nie potrzebuję mieć tej umiejętności?? No bo przecież mąż posprząta całe to gówno. Poszuka terapeuty, przekona żonę, żeby chciała pójść, zaprowadzi za rączkę... Ty się martwisz, że żona ma doła, płacze... A Ty nie płaczesz??? Ty nie masz doła??? No kosmos jakiś!

Mam doła i się martwię, ale w poprzednich latach też byłem nie fair i ona też przeze mnie cierpiała i płakała nie raz. Dlatego czuję moralne zobowiązanie, żeby jej ulżyć i to wszystko naprawić.

267

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
maku2 napisał/a:

Gdyby chodziło o przytulanie, patrzenie w oczy i takie pitu pitu to nie wylądowaliby w hotelu na noc, czyli nadal się łudzisz że ze sobą nie spali? Nadzieja... piękna sprawa ale jaka ułudna potrafi być.

To był jednorazowy wypad i na początku tej ich relacji (jeśli dobrze pamiętam to listopad ubiegłego roku, a wszystko się zaczęło od września). Tak więc to wtedy nie był etap pisania w smsach "kocham cię" czy "nie mogę bez ciebie wytrzymać". Moja żona tak twierdzi. Może tu ma rację?

268

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Mam doła i się martwię, ale w poprzednich latach też byłem nie fair i ona też przeze mnie cierpiała i płakała nie raz. Dlatego czuję moralne zobowiązanie, żeby jej ulżyć i to wszystko naprawić.

No dobrze, to wróćmy do tego co było kiedyś. Czy w tamtej sytuacji Ty też kłamałeś dokąd tylko się dało, nie tłumaczyłeś niczego i czekałeś aż ona wszystko naprawi? Ile ona wtedy naprawiała, a ile Ty?

269 Ostatnio edytowany przez ACoMiTam91 (2018-07-12 02:40:04)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Myszeczka23 napisał/a:
ACoMiTam91 napisał/a:

Mam doła i się martwię, ale w poprzednich latach też byłem nie fair i ona też przeze mnie cierpiała i płakała nie raz. Dlatego czuję moralne zobowiązanie, żeby jej ulżyć i to wszystko naprawić.

No dobrze, to wróćmy do tego co było kiedyś. Czy w tamtej sytuacji Ty też kłamałeś dokąd tylko się dało, nie tłumaczyłeś niczego i czekałeś aż ona wszystko naprawi? Ile ona wtedy naprawiała, a ile Ty?

Ja już opisałem, jak to było. Sam się przyznawałem. Próbowałem coś zmienić. Błagałem o wybaczenie.
W sumie tak sobie teraz przypomniałem... ona mnie nawet nie poprosiła o wybaczenie, gdy okazało się, że po naszym ślubie dalej utrzymywała relację z fagasem.
Być może dała sobie moralne prawo do tamtej relacji, bo przecież tyle lat znosiła moje wybryki... i nigdy mi ich szczerze nie wybaczyła.
Tym bardziej, jeśli to rzeczywiście była w dużej mierze relacja oparta na emocjach, a nie miłości fizycznej.
Stwierdziła: "mogę sobie mieć tego kochanego Jasia, który mnie zawsze rozumie i jest pomocny, nie to co ten mój mąż".

270

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Zastanawia mnie jeszcze to ich uporczywe twierdzenie (a szczególnie żony), że nie doszło do niczego poza przytulaniem.
Ona w sumie nigdy nie była mocno zainteresowana seksem.
Twierdzi, że u tego faceta ważne dla niej było wsparcie, możliwość rozmowy, pobycia ze sobą.
Ostatecznie ze mną ciągle jest w stanie wejść w relację seksualną.

Czy to może świadczyć, że słowa o przytulaniu są prawdziwe?

Może faktycznie Cię fizycznie nie zdradziła, a może dlatego się własnie w nim tak zakochała, bo przy nim jej wzrosło libido.
Poza tym nie martwi Cię fakt, że przy nim potrafi rozmawiać o wszystkim, a z Tobą nie?

ACoMiTam91 napisał/a:

W sumie tak sobie teraz przypomniałem... ona mnie nawet nie poprosiła o wybaczenie, gdy okazało się, że po naszym ślubie dalej utrzymywała relację z fagasem.

BINGO! Zaczyna docierać... Lepiej późno niż wcale.

271

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Myszeczka23 napisał/a:

Może faktycznie Cię fizycznie nie zdradziła, a może dlatego się własnie w nim tak zakochała, bo przy nim jej wzrosło libido.
Poza tym nie martwi Cię fakt, że przy nim potrafi rozmawiać o wszystkim, a z Tobą nie?

Nie zauważyłem, żeby jej wzrosło libido. Ona zawsze potrafiła żyć tygodniami bez seksu, a znam ją już 10 lat i dość szybko zaczęliśmy.
Martwi mnie to, ale ja wiele razy podkreślałem rolę rozmowy w związku. Prosiłem o te rozmowy, tylko zawsze miałem wrażenie, że nasze dyskusje wyglądają tak, jakbym bił grochem o ścianę.
Tak samo nie potrafi rozmawiać z własnymi rodzicami czy rodzeństwem.
Nawet o tej sprawie nie ma się komu wygadać, poza fagasem (chociaż ma jakieś koleżanki ze studiów, ale nie może się przełamać).

272

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:
maku2 napisał/a:

Gdyby chodziło o przytulanie, patrzenie w oczy i takie pitu pitu to nie wylądowaliby w hotelu na noc, czyli nadal się łudzisz że ze sobą nie spali? Nadzieja... piękna sprawa ale jaka ułudna potrafi być.

To był jednorazowy wypad i na początku tej ich relacji (jeśli dobrze pamiętam to listopad ubiegłego roku, a wszystko się zaczęło od września). Tak więc to wtedy nie był etap pisania w smsach "kocham cię" czy "nie mogę bez ciebie wytrzymać". Moja żona tak twierdzi. Może tu ma rację?

Podobno jej wybaczyłeś a jednak martwi Ciebie myśl że ona z innym facetem w wyrku...
Wiesz że potrafi kłamać w oczy i pomimo tego wierzysz że na i on tylko o poezji a możesz mi powiedzieć co dorosła baba z dorosłym facetem może robić w nocy w hotelu?

273

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
maku2 napisał/a:

Podobno jej wybaczyłeś a jednak martwi Ciebie myśl że ona z innym facetem w wyrku...
Wiesz że potrafi kłamać w oczy i pomimo tego wierzysz że na i on tylko o poezji a możesz mi powiedzieć co dorosła baba z dorosłym facetem może robić w nocy w hotelu?

To nie jest sprawa tego, czy oni się bzykali i ja jej to wybaczyłem, ale kwestia kolejnego faktu, który chciałbym ustalić, bo chcę wiedzieć WSZYSTKO. Nie chce mi się wierzyć, że nie było seksu, ale cały czas twierdzą, że tak właśnie było.
Może nie zdążyli wylądować w łóżku?
Oni nie mają już czego ukrywać (ja i żona tamtego mamy dość dowodów, żeby wziąć rozwody z ich winy), a moja żona widzi, że ja w sumie wolałbym usłyszeć o tym seksie (bo myślę, że był), tylko cały czas utrzymuje, że to było "tylko przytulanie".

274

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Witaj. Postanowiłem odpisać na Twój post, ponieważ przeżywałem bardzo podobny problem. Pisałeś, że nie zdarza się, żeby po trzech miesiącach brać rozwód. Ja o niewierności mojej byłej już na szczęście żony dowiedziałem się trzy tygodnie po ślubie. Przeżywałem podobne rozterki co Ty. Twoje żona to dobra manipulatorka, u mnie było podobnie. Pierwsza zasada. Nie możesz wierzysz osobie, która Cię zdradza. One zawsze przyznają się tylko do tego, co już wiesz, a moja ex to nawet faktów się wypierała, jeśli były niewygodne. Twoja żona robi z siebie zagubioną ofiarę, która nie wie co czuje... Ale z pełnym wyrachowaniem wzięła z Toba ślub, mimo, że był ktoś inny... U mnie było podobnie, podobne tłumaczenia. Powiem Ci coś, co może Cię zaboli, ale jest kluczem, który musisz przyjąć do wiadomości. Wiesz dlaczego wzięła z Tobą ślub? Bo jesteś dla niej dobry, inteligentny, jesteś jej inwestycją w przyszłość. A tamten jest czymś nowym, emocjonującym. Ona zdawała sobie sprawę, że tamto uczucie się wypali, bo on nie zostawi rodziny, a mimo to w to brnęła. Wiedziała, że jak to wygaśnie, to Ty zawsze będziesz pod ręką. Nie zakończyłaby romansu, gdybyś się nie dowiedział. Powiem Ci, jak było u mnie. Męczyłem się przez trzy miesiące, próbując to poukładać. Miałem huśtawki nastrojów, pojawił się alkohol. Ja w przeciwieństwie do Ciebie nie uwierzyłem jej, a gdy zacząłem węszyć, to co chwilę wypływały kolejne jej kłamstwa, w których się pogubiła. Po tych trzech miesiącach złożyłem pozew rozwodowy... Na tydzień przed rocznicą ślubu byliśmy już po rozwodzie. Dziś od ślubu minęło prawie 3 lata, a ja jestem szczęśliwy, mam żonę i rocznego syna. Jedno Ci mogę zagwarantować. Nie zaufasz jej już. Zamęczysz siebie, a ona też tego nie wytrzyma i w końcu od Ciebie odejdzie. Przemyśl to sobie. Pozdrawiam

275 Ostatnio edytowany przez ACoMiTam91 (2018-07-12 02:57:29)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
damian087 napisał/a:

Witaj. Postanowiłem odpisać na Twój post, ponieważ przeżywałem bardzo podobny problem. Pozdrawiam

Też pozdrawiam i dziękuję za ważny głos w dyskusji.
Tylko ja cały czas się zastanawiam, czy w każdej (nawet podobnej; tutaj wszystkie się wydają podobne) sytuacji to wszystko prowadzi do tego samego?
Może moja żona rzeczywiście nie przekroczyła granicy zdrady fizycznej?
Może rzeczywiście od pewnego czasu jest w depresji (lub stanie przed)?
Może faktycznie się mocno pogubiła uczuciowo?
I ostatecznie może chce dalej ze mną być, bo liczy, że jej uczucia do mnie odżyją?

Poważnie NIGDY takie historie nie kończą się happy endem? sad

damian087 napisał/a:

Jedno Ci mogę zagwarantować. Nie zaufasz jej już. Zamęczysz siebie, a ona też tego nie wytrzyma i w końcu od Ciebie odejdzie.

Tego się najbardziej boję. sad No i w sumie ona już teraz powtarza z pretensją/żalem, że "już nigdy jej nie zaufam"...

276

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Zdarzają się happy endy, tylko u Ciebie widzę mało przesłanek ku temu. Widać, że to bardziej Tobie zależy niż jej i myślę, że dlatego przyjęła taką taktykę. Gdyby się przyznała do seksu, to by wyszło, że kłamała i pewnie węszyłbyś dalej. Ja mojej ex pokazywałem smsy, które pisała do przyjaciółki, w których było napisane, że regularnie mnie zdradza, a ona się tego wypierała. Uważam, że spróbujesz dać jej szansę. Ale uprzedzam, że lekko nie będzie. Mnie też najbardziej bolało, że nie wiem wszystkiego. Wiedziałem, że mnie kłamie. I całymi dniami zadręczałem się tym. Będziesz myślał tylko o tym, czy nie mają czasami kontaktu. Ja się poddałem i uważam z perspektywy czasu, że to była jedyna słuszna decyzja. Pisałeś, że w momencie rozwodu chciałbyś wnieść o unieważnienie małżeństwa. Gdybyś się zdecydował, to mogę pomóc, bo we wtorek mam pierwszą rozprawę w Sądzie Biskupim.

277 Ostatnio edytowany przez ACoMiTam91 (2018-07-12 03:06:21)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
damian087 napisał/a:

Pisałeś, że w momencie rozwodu chciałbyś wnieść o unieważnienie małżeństwa. Gdybyś się zdecydował, to mogę pomóc, bo we wtorek mam pierwszą rozprawę w Sądzie Biskupim.

To dla mnie kluczowe, nie chciałbym być skazany na życie poza Kościołem, bo mnie żona zrobiła w balona.
Jakbyś mógł, to napisz proszę na PW.

To jest mocno problematyczne. Ona miała kilka okazji, żeby się ostatecznie przyznać do wszystkiego. Być szczera. Tylko tyle. Niestety, to ją przerosło. sad

278

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Też pozdrawiam i dziękuję za ważny głos w dyskusji.

A my to mniej ważny głos? ;P

ACoMiTam91 napisał/a:

Może moja żona rzeczywiście nie przekroczyła granicy zdrady fizycznej?

To ma faktycznie jakieś znaczenie?

ACoMiTam91 napisał/a:

Może rzeczywiście od pewnego czasu jest w depresji (lub stanie przed)?

Nawet jeśli, to Ty jej nie wyleczysz

ACoMiTam91 napisał/a:

Może faktycznie się mocno pogubiła uczuciowo?
I ostatecznie może chce dalej ze mną być, bo liczy, że jej uczucia do mnie odżyją?

Masz taką nadzieję tylko dlatego, że w Twoim przypadku tak było. Tylko różnica między Tobą, a Twoją żoną polega na tym, że Ty ją kochałeś, ona Ciebie niestety nie. Gdyby tak było, to by walczyła o Ciebie. Sama by się przyznała, że się pogubiła i próbowała by to naprawiać. Ona to nie Ty.

ACoMiTam91 napisał/a:
damian087 napisał/a:

Jedno Ci mogę zagwarantować. Nie zaufasz jej już. Zamęczysz siebie, a ona też tego nie wytrzyma i w końcu od Ciebie odejdzie.

Tego się najbardziej boję. sad No i w sumie ona już teraz powtarza z pretensją/żalem, że "już nigdy jej nie zaufam"...

Nie zaufasz jej, bo to Ty naprawiasz i kiedyś to wyjdzie, za kilka lat.

damian087 napisał/a:

Gdybyś się zdecydował, to mogę pomóc, bo we wtorek mam pierwszą rozprawę w Sądzie Biskupim.

No i to jest wielka pomoc. wink

279

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Napisałem na priv. Co do tematu, hmmm, największy problem jest taki, że Ty chcesz zaufać osobie, która Cię oszukiwała przez tyle miesięcy. Moja ex była lepsza, bo jej romans trwał prawie 2 lata, w tym czasie zdążyliśmy się zaręczyć, wziąć ślub. Skoro ona, przed ołtarzem, patrząc Ci w oczy wyznała Ci miłość i ślubowała wierność, gdy był ktoś inny, do kogo pisała smsy "Kocham Cię" to oznacza, że masz do czynienia z osobą bez żadnych skrupułów. Ona już wie, że się wydało i zrobi wszystko, by zminimalizować straty. Teraz może powiedzieć, że się pogubiła, że tylko pisała i się przytulała. Gdyby się okazało, że ze sobą spali, to już zostałaby dziwką, która jechała na dwa fronty. Zrobisz jak uważasz, ale nie ufaj jej. Ufaj sobie, ufaj faktom, ale nie jej słowom.

280

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Jeszcze tak dodam tylko dwie rzeczy.
Pierwsza
Co do libido Twojej żony: to, że przy Tobie nie ma ochoty na seks, nie oznacza, że z kochankiem nie uprawiała go całą noc w tym hotelu. Naprawdę sądzisz, że wspólne pasje ich do siebie przyciągnęły?
Druga
Masz dwa wyjścia w tej sytuacji:
1) Składasz pozew o rozwód i o unieważnienie małżeństwa.
2) Dajesz szansę na naprawę.
Przy czym wybierając opcje 2, nie robisz nic. Pakujesz się, wyprowadzasz, nie piszesz pierwszy. To ona ma się starać by się między wami ułożyło.
Koniec.

281

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

A rodziny? Moja matka już wie. Popłakała się. Wierzy, że sobie to jakoś poukładamy na nowo.
Może warto też poinformować jej rodziców?

282

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

To chyba już do niej należy.

283

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Ja poinformowałem jej rodziców i to raczej nie jest najlepszy pomysł. Mimo, że będzie im wstyd, to zrobią wszystko, żeby ich córka wyszła z całej sytuacji z twarzą i żeby niczego nie straciła w wypadku rozwodu. Zrobią wszystko, żebyś jej za wszelką cenę wybaczył. A gdy nie będzie już nadziei, to będą się starać zrzucić na Ciebie tyle, ile się da. Tak przynajmniej było u mnie.

284

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
damian087 napisał/a:

A gdy nie będzie już nadziei, to będą się starać zrzucić na Ciebie tyle, ile się da. Tak przynajmniej było u mnie.

No i co się im udało zrzucić, skoro sprawa była jednoznaczna?

285 Ostatnio edytowany przez Myszeczka23 (2018-07-12 03:43:42)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Poza tym ACoMiTam znów chcesz zrobić coś za swoją żonę. Nie Ty zdradziłeś i to nie Ty powinieneś brać odpowiedzialność za informowanie jej rodziców o rozwodzie.

ACoMiTam kiedy Ty śpisz?

286 Ostatnio edytowany przez ACoMiTam91 (2018-07-12 03:47:28)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Myszeczka23 napisał/a:

Poza tym ACoMiTam znów chcesz zrobić coś za swoją żonę. Nie Ty zdradziłeś i to nie Ty powinieneś brać odpowiedzialność za informowanie jej rodziców o rozwodzie.

ACoMiTam kiedy Ty śpisz?

Nie śpię. Piję i jakoś tak łatwiej to wszystko znieść.

PS.
Damian, poszło PW.

287

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Nie śpię. Piję i jakoś tak łatwiej to wszystko znieść.

Tylko nie pij za dużo. Widzisz, Ty się martwisz o to, że żona ma dołek, a Ty? Nie śpisz po nocach i pijesz alkohol, żeby się trochę znieczulić. Zadbaj o siebie i uciekaj od żony, która Ci takie piekło stworzyła. Bo obcy ludzie się o Ciebie martwią i Ci pomagają, zamiast jej.

288

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Nie masz dowodów na zdradę fizyczną, więc może się bronić tym, że to był tylko flirt. Że Ty nie byłeś święty przed ślubem, że się pogubiła, ale nie zdradziła. Przed sądem będzie przepychanka, a dla sądu liczą się fakty. Zanim zaczniesz batalię musisz być dobrze przygotowany. Ja miałem niepodważalne dowody. Wiesz, ja naocznie widziałem przez dziurkę od klucza, jak ubiera się w pośpiechu w pokoju tego faceta (był naszym szefem). Ale ona się wypierała, nie miałem dowodów. Gdybym powiedział przed sądem, że ją widziałem, a ona by zaprzeczyła, to mamy słowo przeciwko słowu i jest remis. Dlatego ja przeczekałem kilka tygodni, udawałem, na ile mogłem, że jest ok, a po cichu szukałem dowodów. I znalazłem je w jej telefonie. Tamtych już nie dało się tak łatwo podważyć. Ty też masz dowody, pisała do niego, że go kocha już po ślubie, więc masz już dosyć mocny dowód, ale ciągle nie masz nic, że doszło do zdrady fizycznej, dlatego się przed tym broni, jak może. I moja rada. Uważaj z alkoholem. Ja też tak leczyłem smutki i skończyło się na tym, że po pijaku narozrabiałem i obudziłem się w szpitalu. Wtedy zrozumiałem, że się wykończę, jeśli nic z tym nie zrobię.

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Człowieku, zachowujesz się jak facet, który nie ma niczego w gaciach. Pantofel, ratownik. Ona widzi w Tobie ciepłe kluchy!
Nadal wierzysz, że między nimi do niczego nie doszło, "Twoja ukochana" potrzebuje pomocy, bo cierpi po rozstaniu z kochankiem, a Ty nie wiesz jak jej pomóc...

Napiszę po raz ostatni, ona Cię nie kocha i nie chce być z Tobą, niestety jest za słaba by odejść. Ty, zamiast zachowywać się jak dobry miś, powinieneś być zdecydowany. Sorry, ale czy Ty w ogóle rozmawiałeś z tym facetem f2f, czy tylko videoczat?

Nie wiem, ale uważam że są granice miłości. Dziwię się Tobie, że skoro tak Cię to boli, Ty nadal zapewniasz nas o swoich wobec niej uczuciach, chcesz ratować związek, jakbyś nie widział, że to wszystko jest nienormalne. Wasz związek od zawsze był na granicy toksycznego, ona to znosiła ( nie wiem czemu), a po latach znalazła ujście.
Teraz, kiedy macie okazję zakończyć tę farsę, boicie się, że nie będziecie umieli budować życia od nowa bez siebie.

290

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Zmienił się tytuł tego wątku, czy mi się wydaje?

Autor przejawia zbyt dużą dbałość do formy a zbyt małą do treści pojawiających się w wątku komentarzy. Co najmniej dziwne w obliczu sytuacji, w której się znalazł.

291 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2018-07-12 10:37:37)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Autor ma teraz pewnie kaca.. Ale jak będzie na chodzie to warto zamiast na żonę zwrócić peryskop na siebie- czy takiej kobiety oczekiwałeś na życie?
Sentyment od liceum jest mocny, rozumiem, ale przez cały związek masz znaki, że nie jesteście dopasowani.
Nie traktuj tego tak ambicjonalnie, że jesteś odpowiedzialny za nią- to nie dziecko, że przegrałeś z innym, bo to nie zawody.
CZYTAJ ZNAKI. przed ślubem dostałeś tak wyraźny, a jednak ślub był. Zastanów się jakiej chcesz kobiety na życie- takiej którą będziesz prosił o seks, która będzie płakać w łazience, czy będzie czuć się  Tobie na tyle silna, by otwarcie się komunikować.
Ona manipuluje, bo słabszemu pozostaje manipulacja..I to ona musiałaby się "wzmocnić" a nie Ty do niej nagiąć- traktując jak dziecko.
No chyba że chcesz takiego nierównego układu.
Można zawsze spacyfikować kobietę, by robiła co chcesz-jak żona Unreala z forum..
Nie martwię się o Ciebie, bo masz mocny charakter. Wiem też, że zabranie żony na wakacje nie zabije Twojej "godności" big_smile - Ty też to wiesz..
Jesteś inteligentny,rokujesz na zrozumienie rzeczy, których teraz nie widzisz.. I bardzo młody- życie przed Tobą.
Chce- idźcie na terapię, będziesz miał poczucie, że niczego nie zaniedbałeś. Ale zadbaj o to, by nie był to ktoś ze światopoglądem takim- by ratować za wszelką cenę- bo to małżeństwo..

nie wiem czy tytułów nie zmienia moderator.. ja kiedyś chciałam i nie znalazłam opcji..Ale może coś przegapiłam..

292

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Cześć!
Jestem tu nowy. Mam - jak wynika z lektury innych wątków w tym dziale - typowy problem, z którym nie umiem sobie jednak poradzić. Liczę na Waszą pomoc i doświadczenia. Niestety mi samemu trochę ich brakuje.
Mam niespełna 28 lat, tyle samo ma moja żona. Jesteśmy małżeństwem od 3 miesięcy. (przechodzony związek?)
Nasza relacja to "licealna" miłość. Jesteśmy ze sobą ponad 10 lat i w zasadzie nie mieliśmy nikogo przed sobą.

Wersja krótka: przez kilka miesięcy przed ślubem (i także po nim), byłem oszukiwany. Moja żona utrzymywała relację więcej niż koleżeńską ze swoim żonatym kolegą z pracy. Facet jest kilka lat starszy. Sam jest niedługo po ślubie i ma niespełna roczne dziecko. Wypisywali do siebie różne wiadomości, w których wyrażali do siebie miłość i przywiązanie. Podobno nigdy to wszystko nie wyszło poza "przytulanie się", ale mam dostęp jedynie do strzępek informacji (parę maili, kilka smsów etc.), więc nie mogę tego zweryfikować. Żona oszukała mnie przynajmniej trzy razy w tej sprawie (pierwsze tłumaczenie: to tylko kolega z pracy; drugie: bywało mi źle i potrzebowałam wsparcia emocjonalnego; trzecie już po ślubie: zakochałam się w nim). Na chwilę obecną twierdzi, że jest zagubiona, niepewna swoich uczuć. Wykonuje pewne gesty "pojednania": wreszcie zgodziła się na zmianę pracy (żeby nie spędzać z nim czasu) czy wyraziła gotowość pójścia na terapię dla par. Za tydzień wyjeżdżamy na 2 tygodnie do Grecji i nie wiem, co dalej z tym zrobić?

Wersja pełna:
Prolog:
Przez wiele lat nasz związek wyglądał tak, że moja partnerka mocno się poświęcała, znosiła moje humory czy niekiedy wybuchowe reakcje nawet w sprawach błahych. Niestety nie miałem łatwego dzieciństwa, nie miałem też dużego doświadczenia w budowaniu relacji w związku. Zaczęliśmy swoją znajomość w okresie nastoletnim, kiedy - jak wiadomo - różne głupoty przychodzą człowiekowi do głowy. Wtedy szybko przechodzi się do seksu, a mniej myśli o rozmowie czy wspólnych pasjach. Niestety byłem z moją partnerką zawsze szczery i o wszystkim jej mówiłem - także o własnych wybrykach. Co to były za sytuacje? Od razu napiszę, że nigdy nie zdradziłem jej fizycznie. Wiele lat temu (z 8) miałem kilkutygodniowe zauroczenie niespełnioną miłością z liceum. Zupełnie jak ona teraz, nie byłem pewny swoich uczuć, czułem wewnętrzną pustkę, chciałem zakończyć nasz związek. Ona wtedy błagała ze łzami w oczach, żebym jej nie zostawił. Nie zostawiłem. Z tamtą znajomą pogadałem zaledwie ze 2 razy na Messengerze i raz się spotkałem w kawiarni. Nic więcej. Nie żałuję. Druga sytuacja: przez kilka miesięcy pozwalałem sobie na cyberseks z koleżanką. Chodziło tylko o świntuszenie przez gadu-gadu. Nie było zaangażowania emocjonalnego z mojej strony i realnej chęci wejścia w relację fizyczną. O tym też się dowiedziała i ciężko to zniosła. Jednak mnie nie zostawiła. Po paru latach (dokładnie w ubiegłym roku, na paręnaście miesięcy przed naszym ślubem): pozwoliłem sobie na seks-czat z koleżanką ze studiów. Ja się jej nie pokazywałem, ale dziewczyna tak - dwa razy. Było mi z tym tak źle i czułem do siebie takie obrzydzenie, że i tym razem się przyznałem mojej narzeczonej. Oczywiście był płacz, kłótnie (zaznaczę, że NIGDY jej nie uderzyłem, nigdy jej nie przekląłem), pretensje, ale i tym razem nie odeszła. Ja natomiast dość szybko urwałem znajomość z tamtą koleżanką. Moja obecna żona miała więc przynajmniej trzy okazje do tego, żeby ode mnie odejść. Niestety (?) nie skorzystała z żadnej i jestem jej za to wdzięczny i mogę jej więcej wybaczyć - także to, co opisuję dalej.

Sam mam od wielu lat problem z pornografią i masturbacją (psycholodzy nie pomogli, bardziej pomógł czas i powolne dojrzewanie). Być może dlatego, że moja partnerka od zawsze miała niższe libido ode mnie i z czasem (wraz z kolejnymi moimi wybrykami) było coraz gorzej. To zrozumiałe. Przy czym ja nigdy, poza tą pierwszą historią, nie angażowałem się z innymi kobietami w relacje emocjonalne. Chodziło tylko o sferę fizyczną (co zrozumiałe, w końcu w porno uczucia nie są istotne). Z czasem dojrzewałem i nabierałem przekonania, że moja partnerka to jest tą jedyną, którą faktycznie kocham i z którą chcę założyć rodzinę. Być może za późno to zrozumiałem.
Ona przez te wszystkie lata mocno się starała: robiła zakupy, poświęcała się finansowo, utrzymywała czystość w mieszkaniu etc (przy czym ja starałem się "nadrabiać" drogimi prezentami: kolejne smartfony, ultrabook, wyjazdy wakacyjne, samochód; mniej wydawałem, ale pieniądze odkładałem na nasze wspólne mieszkanie, co jej wiele razy bezskutecznie powtarzałem). Robi to do dzisiaj, ale zmieniło się coś innego. Okazało się, że może mnie perfidnie i prosto w oczy okłamywać. To był dla mnie potężny cios, tym bardziej, że ja do tej pory byłem z nią zupełnie szczery. Ufałem jej bardziej, niż własnej rodzinie...

Niestety to moje zaufanie zostało brutalnie podeptane. Moja narzeczona od dawna wiedziała, co sam przeskrobałem. Na rok przed ślubem wiedziała, że oglądałem inne nago czy z nimi pisałem. Mimo tego nie odeszła. Okazało się jednak, że jej cierpliwość skończyła się na "ostatniej prostej" przed naszym ślubem.

Akt 1: na początku tego roku przypadkowo wpadam na smsa w jej telefonie. Pisze w nim, że jest jej strasznie ciężko, nie może wytrzymać w naszym mieszkaniu i potrzebuje spotkać się na weekendzie z pewnym kolegą z pracy (fizycznie bardzo przeciętnym, powiedziałbym, że pod tym względem ma mniej autów niż ja). Ja sam nie wytrzymuję do weekendu i zaczynam dyskusję o tym. Wyjaśnienia partnerki: jest mi źle, a z nim dobrze mi się gada i chciałam spotkać się na kawie. Przyjmuję, ale wrodzona nieufność stawia mnie w trybie alarmowym.
Kilka dni później okazuje się, że akurat z tym kolegą ma jechać na delegację z pracy. Oczywiście pojawia się konflikt na tym punkcie. Ostatecznie zgadzam się na ten wyjazd. Kilka miesięcy później - już po naszym ślubie - dowiem się, że to była fejkowa delegacja. Pojechali na dwa dni do jednego z kurortów. Podobno tylko po to, żeby sobie na spokojnie porozmawiać (dla niej nie było ważne u tego faceta to, co fizyczne, ale emocjonalne wsparcie i rozmowy - ze mną niestety nie chciała/nie umiała tak rozmawiać, chociaż sam chciałem i wielokrotnie podkreślałem znaczenie rozmowy w związku). Nie spędzili tam dwóch dni, bo żona tamtego zaczęła coś podejrzewać i musieli szybciej wrócić, aczkolwiek przez noc tam byli i ponoć facet wynajął dwa osobne pokoje (trochę nie chce mi się wierzyć, bo ze zdjęć wynika, że moja narzeczona miała w pokoju dwa pojedyncze łóżka). Moja kobieta twierdzi, że to wcale nie był udany wypad, bo cały czas miała "ściśnięty żołądek" i nie mogła się tym cieszyć. Ostatecznie okazało się, że w kłamstwa została wciągnięta też jej koleżanka z pracy, która rzekomo miała z nimi tam być. Pytałem ją o to, ale moja partnerka uprzedziła ją i poprosiła o przekazanie ustalonej wersji wydarzeń. Nigdy bym się nie spodziewał, że jest do czegoś takiego zdolna. sad

Akt 2: mija jakieś dwa miesiące. Jesteśmy na 1,5-tygodnia przed naszym ślubem. Pochłonęły nas przygotowania etc. Mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy męczy mnie to, co opisałem w "akcie pierwszym". Przypominam sobie o starym mailu narzeczonej. Ona oczywiście nie dba o zasady bezpieczeństwa, więc loguję się tam z hasłem, które pamiętałem z czasów "licealnych". Po wpisaniu nazwiska faceta, znajduję w koszu wiadomość sprzed kilku miesięcy, w której pojawiają się bardzo czułe słówka, takie typowe dla intymnej relacji dwojga ludzi. Wpadam w rozpacz i mocne zdenerwowanie. Przypominam sobie zapewnienia, że to tylko relacja koleżeńska. Domagam się kontaktu z tym gościem. Najpierw rozmowa telefoniczna narzeczonej z nim. To miało być "ustawione" przez nas. Tak z "zaskoczenia". Miała przy mnie z nim pogadać o tym wszystkim. Siedziałem i się przysłuchiwałem. Powiedzieli sobie wtedy przez telefon mw. coś takiego: "noo zauroczyłem się w Tobie, ale to było chwilowe i przecież do niczego nie doszło". Po jakimś czasie okazało się, że narzeczona zagrała wtedy razem z tym gościem. Ja stwierdziłem, że jeśli nasz ślub ma się odbyć za tydzień, to muszę pogadać z tym kolegą i jego żoną. Tamta kobieta nie zgodziła się spotkać. Udało nam się tylko przeprowadzić kilkuminutową wideokonferencję. On mnie zapewniał, że moja przyszła żona była w stosunku do mnie "fair", a to wszystko stanowi tylko jego głupi i szczeniacki wybryk, który ma już z sobą. Jednocześnie pytałem żony tamtego (stojącej obok z niemal noworodkiem na rękach): "wierzysz mu?", odpowiedziała, że tak.
Dzień później moja narzeczona leżała na podłodze zapłakana i błagała mnie, żebym się z nią ożenił. Przedstawiłem swoje oczekiwania i ostatecznie zgodziłem się na ten ślub. Po pierwsze dlatego, że ją kocham i chciałem z nią założyć rodzinę. Po drugie z powodu presji społecznej. Gdybyśmy odwołali ślub i wesele (na około 100 osób) na tydzień przed, to koszta tego byłyby dość duże (imprezę organizowali rodzice). Przy czym zwracałem uwagę na rolę presji otoczenia i "skandalu". Sugerowałem jej, że jeśli mnie nie kocha i wychodzi za mnie tylko z obawy przed konsekwencjami odwołania imprezy, to ja to wezmę na siebie i zapłacę ze swojej kasy (wniosłem do małżeństwa kilkadziesiąt tysięcy złotych, ona kilkaset...). Ona twierdziła jednak, że to nie jest dla niej istotne. Prosiłem ją jednak o zupełną szczerość. Obiecywałem, że to jest moment, kiedy może mi powiedzieć wszystko i ja jej to wybaczę. Stwierdziła patrząc mi w oczy, że wiem już o wszystkim i że kolejnych błędów już nie popełni. Niestety, zupełnie nie była wtedy szczera...

Akt 3: mija drugi miesiąc od naszego ślubu. Pierwszy tydzień był cudowny. Spędziliśmy go w rodzinnych stronach. W międzyczasie zrobiliśmy fajną sesję zdjęciową. Po tygodniu wracamy do dużego miasta, gdzie mieszkamy od studiów (żona poszła rok wcześniej, więc przez ten czas nasz związek funkcjonował "na odległość"). Mija kilka dni i zauważam, że nasze relacje znów się ochłodziły. Ona wraca do mieszkania i do mnie (miała pracę od 8 do 16, ja natomiast rozwijam karierę naukową i bardzo często nie wychodzę przez kilka dni z mieszkania, pracując przy komputerze) jakby "za karę". Znika uśmiech z jej twarzy. Skupia się na "obowiązkach": obiad dla nas, zakupy czy sprzątanie mieszkania. Mało ze sobą rozmawiamy. Przestajemy się zbliżać fizycznie. Widzę to i zaczynam domagać się wyjaśnień. Przyznaję, że może moja postawa nie jest najlepsza (tak, mam trochę złych nawyków), ale próbuję jej uświadomić, że "nie jestem duchem świętym" i potrzebuję "rozmowy". Nie ma na to specjalnej ochoty. Wkurzam się i wracam do najgorszych nawyków sprzed lat. Zaczyna się kłótnia. Bez rękoczynów czy obrażania drugiej strony. Bardzo intensywna i pełna emocji (z mojej strony) dyskusja. Pełna emocji, bo ją kocham i mi na tym małżeństwie zależy. Wziąłem je na poważnie i liczę na nowy etap w życiu i szansę na poprawę własnej postawy. Wreszcie rzucam obrączką. Mówię, że żałuję tego ślubu. Od tej pory prawie przestajemy rozmawiać, chociaż tej samej nocy z żalem wkładam pierścionek na palec.
Po kilku dniach takiego życia obok siebie nie wytrzymuję. Zaczynam kłótnię z byle powodu. Pierwszy raz po tych wszystkich latach robię coś fizycznego: popchnąłem żonę na łóżko. Parę tygodni później dowiem się z smsa do ów kolegi z pracy, że liczyła wtedy, że ją uderzę. Nie wiem do dziś, dlaczego miała takie pragnienie.

Akt 4: mija kilka dni. My dalej żyjemy obok siebie. Ona do 16-17 w pracy. Później trening czy wypad ze znajomymi na siatkówkę (sport i aktywność fizyczna były od zawsze dla niej bardzo ważne; teraz myślę, że pomagają jej poradzić sobie z trudnościami, bo nie umie ona otworzyć się przede innymi i rozmawiać o swoich rozterkach). Wieczorem powrót. Przygotowanie dla nas obiadu. Po całym dniu jest wyczerpana i po 2-3 minutach zasypia. Ja natomiast kończę przygotowywanie ważnego grantu i tylko gapię się w ekran. Pewnego dnia pisze do mnie na FB żona ów kolegi. Dostaję od niej kilka zdjęć smsów z telefonu jej męża. Te smsy mnie szokują. To są oczywiście urywki dłuższego i skasowanego już wątku. Wynika z nich, że moja żona odwiedzała kolegę na hali sportowej, kiedy tamten oddawał się grze w koszykówkę. Pojawia się też zagadnienie "3 lat". Z wiadomości wynikało, że na ten moment oni nie mogą być razem, bo dziecko kolegi jest za małe, ale za 3 lata będą mogli być wreszcie razem. Moja partnerka twierdzi, że to było powiedziane "w żartach" i jest "wyrwane z kontekstu". Żona kolegi stwierdza, że ma zamiar się rozwieść. Uświadamia mi też, że moja żona wyjechała z jej mężem na fejkową delegację, o której wspomniałem. Wyjawia także, że kilkukrotnie spotkali się oni pod galerią handlową (naciskana partnerka przyzna mi, że raz poszli na kawę w tejże galerii). Na pytanie, czy rzeczywiście między nimi doszło jedynie do "przytulania", żona kolegi odpowiada "nie wiem". Okazało się w trakcie tej rozmowy, że byłem manipulowany nie tylko przez własną partnerkę i jej "przyjaciela". Żona tego faceta nie powiedziała mi w trakcie tej wideokonferencji sprzed mojego ślubu o wszystkim, ponieważ "było jej to na rękę". Liczyła, że nasz ślub sprawi, że nie zostanie ona samotną matką z kilkumiesięcznym dzieckiem. Dla mnie jest to podstawa do unieważnienia małżeństwa, bo nie byłem świadom romansu mojej przyszłej żony w momencie ślubu.
Tego samego dnia wycisnąłem z żony, że ma ona drugi telefon z nieznaną mi kartą SIM. Zaczęła z niego korzystać na kilka dni przed naszym ślubem i przez około 3 miesiące wykorzystywała go do kontaktu z tamtym facetem. Wiedziała -  bo to był jeden z moich przedślubnych warunków - że będę ją inwigilował. Oczywiście kazałem jej oddać ten smartfon. Niestety smsy były już w większości usunięte, ale z historii połączeń wynika, że intensywnie rozmawiali oni zaraz przed naszym ślubem, a także od czasu do czasu po ślubie. Przed końcem dnia, trochę za moją namową, napisała mu smsa z tego telefonu, że ich znajomość się kończy i się zwalnia z pracy, bo tak będzie lepiej.
To wszytko działo się w weekend. W poniedziałek budzę się i zauważam, że z telefonu została wyjęta karta SIM. Dziwię się i denerwuję. Po powrocie z pracy moja żona przyznaje, że ją wzięła. Daje mi do odsłuchania plik nagrany na dyktafon w jej codziennym telefonie. Jest to krótka rozmowa z jej kochankiem (???), z której wynika, że dała ona mu tę SIMkę. Stwierdza też, że już więcej się nie spotkają. Mówi mi ona, że w pracy przecięła kartę w pół i poszła mu ją dać na znak końca ich znajomości.  On zdziwiony (pyta: "czyli co, już nigdy się nie spotkamy?") kończy palić papierosa przed wejściem do firmy i wrzuca resztki karty do kosza. W międzyczasie żona wreszcie spełnia obietnicę sprzed ślubu i składa wypowiedzenie. Od sierpnia będzie bezrobotna i mocno ją to obciąża psychicznie. Mam wyrzuty sumienia, że to na niej wymusiłem, ale po takiej spirali kłamstw nie wyobrażam sobie, że dalej miałaby siedzieć w jednym pokoju z tym facetem. Jednocześnie zaczęła dostrzegać, że on też manipuluje, okłamuje własną żonę. Przyznała, że rzeczywiście powinien skupić się na własnej rodzinie (jest to nawet napisane w jednej z tych wiadomości, których zdjęcia przesłała mi żona tamtego). Nie wiem jednak, czy to promyk opamiętania, czy kolejna (jeszcze bardziej wymyślna) manipulacja?

Akt 5: kilka dni temu poświęciłem noc na odzyskanie skasowanych smsów z lewego telefonu mojej żony. Mam tylko kilka wiadomości z kwietnia, maja lub czerwca, ale w jednej wprost pisze ona, że "kocha" tamtego i że jest jej z nim cudownie. Postawiona przed tym faktem przyznała, że się w tamtym zakochała, że " nie wie" czy mnie jeszcze kocha, ale te 3 miesiące temu myślała tak i chciała za mnie wyjść (czyli co, kobieta rzeczywiście z miesiąca na miesiąc może kochać innego? kłamie, czy faktycznie jest strasznie pogubiona?). Mówi mi, że jest zagubiona. Że czuje wewnętrzną pustkę i nawet nie wie, czy kocha własnych rodziców. W to jej akurat wierzę i wrócę tu na moment do własnego "wyskoku", o którym piszę na początku postu. Pamiętam, że gdy zauroczyłem się w mojej licealnej miłości, to czułem coś bardzo podobnego. Przy czym na Boga! To było parę lat temu, gdy byłem jeszcze nastolatkiem, a nie świeżo upieczoną żoną na 3 lata przed trzydziestką!
Zgodziła się też pójść na terapię dla par. Z tego co wiem od żony tamtego, on łkał pod drzwiami i błagał o wybaczenie. Miał stwierdzić, że dziecko jest dla niego najważniejsze. U nich na razie rozwodu nie będzie. U nas chyba też nie, ale ja staram się być zawsze przezorny i zgromadziłem około 50 plików poświadczających opisaną tu historię (na wypadek konieczności unieważnienia małżeństwa). Moja żona nie ma nic na mnie, poza własnym słowem.

Epilog:
Nasza terapia miałaby się zacząć w sierpniu, bo za tydzień wylatujemy na 2 tygodnie do Grecji. To ma być nasza spóźniona podróż poślubna. Czas "dla nas". Teraz jestem w kropce. Nie wiem jak do tego podejść? Czy ten wyjazd może być początkiem procesu naprawy, a może ostatnim "podrygiem" konającego związku? Ja ją kocham.  Wybaczyłem jej i jestem gotów znów jej zaufać, bo ona przez lata znosiła opisane przeze mnie wybryki, a także poświęcała się dla mnie. Dwa dni temu zwierzyła się mi (dawno tego nie robiła!), że ma... myśli samobójcze od dłuższego czasu. sad Dziś napisała, że zależy jej na mnie i naszych rodzinach, że nie poczuła niczego szczególnego, gdy zobaczyła tego faceta w poniedziałek w pracy. Przy czym nie chce mi mówić na razie, że mnie "kocha", bo mogłaby mnie narazić na kolejne cierpienie. Po prostu nie jest pewna swoich uczuć. Widać też, że cierpi fizycznie i psychicznie. Ogarnął ją stan apatii, często nagle i bez wyraźnego powodu płacze. Jest bardzo przemęczona i marzy głównie o tym, żeby pójść spać. Okropnie się o nią martwię.

Drodzy, co mam robić? Spędzić możliwie blisko siebie te 2 tygodnie w Grecji? Wrócić i udać się na tę terapię? Stosować metodę 34 kroków? A może wnieść od razu o unieważnienie małżeństwa. W końcu jesteśmy młodzi i mamy jeszcze całe życie przed sobą. Kocham ją, chcę z nią mieć rodzinę i dzieci. Chcę naprawiać błędy z przeszłości i stawać się lepszym człowiekiem. Nie mam jednak zamiaru trzymać jej przy sobie na siłę. To nie ma sensu, tym bardziej, że nie mamy jeszcze dzieci czy kredytów.

Jak Wy to widzicie?

Uff... ale długo wyszło. Ciekawe, czy ktoś to przeczyta do końca? Za rady serdecznie dziękuję!


Przeczytałam całość. To jest niestety historia małżeństwa, do którego nigdy, ale to absolutni nigdy nie powinno dojść. Ty ją zdradzałeś (niefizycznie też się liczy), ona zdradzała Ciebie. Nie ufaliście sobie. Sprawdzanie telefonu jako warunek ślubny jest już po prostu chore. Może jesteście do siebie przyzwyczajeni po tylu latach, ale na pewno się nie kochacie. To nie jest miłość. To męka. Wasz związek od samego początku jest chory. Twoja żona parła do ślubu za wszelką cenę, w sumie nie rozumiem dlaczego. Może po prostu chciała za kogoś wyjść i mieć ten ślub? Ty masz duży bałagan w głowie i zapewne nie wiesz, jak powinien wyglądać dobry związek, dlatego tego nie zakończyłeś przed ślubem, choć miałeś sygnały, że powinieneś. Ślub powinien być wynikiem miłości, a nie szarpania się, płaczów i stawiania warunków. Możecie spróbować terapii, ale moim zdaniem i tak się rozstaniecie. Tu nie ma na czym budować. Więc o jedno Cię tylko proszę, Autorze, nie róbcie sobie dzieci. W takich warunkach wychowacie tylko człowieka skrzywdzonego emocjonalnie, prawdopodobnie z rozbitej rodziny, który też nie będzie potem w życiu dorosłym wiedział, jak wygląda dobry związek.

293

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Zastanawia mnie jeszcze to ich uporczywe twierdzenie (a szczególnie żony), że nie doszło do niczego poza przytulaniem.
Ona w sumie nigdy nie była mocno zainteresowana seksem.
Twierdzi, że u tego faceta ważne dla niej było wsparcie, możliwość rozmowy, pobycia ze sobą.
Ostatecznie ze mną ciągle jest w stanie wejść w relację seksualną.

Czy to może świadczyć, że słowa o przytulaniu są prawdziwe?

A co to za roznica czy bylo tylko przytulanie?
Mysl chlopaku co ona czuje do niego, a co do Ciebie.
Nie mysl seksem, u kobiet (wiekszosci) nie stoi on na miejscu nr 1.

Seks bez milosci z Toba moze nie byc dla niej problemem, moze jej pomoc rozladowac emocje.
I w koncu Ciebie zna, nie jestes calkiem obcy.
Ten seks moze byc z Wami tez pozniej, beda I uczucia, ale obawiam sie, ze nie takie jakbys chcial.

294

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Tytuł wątku został zmieniony na moją prośbę, bo żadnego wyjazdu "ratunkowego" nie będzie.

Poza tym, łatwo Wam formułować mocne sądy: "nie masz nic w spodniach", "pantoflarz", "ratownik", "na pewno się nie kochacie".

Może nie byliśmy do siebie dopasowani, może nie umieliśmy stworzyć dobrego związku, może zabrakło dobrych wzorców i sił. Może i tak.

Natomiast ja wiem, co teraz czuję i przeżywam. Jestem pewien, że to jest duchowe, psychiczne i fizyczne cierpienie człowieka kochającego.
Co mogę z tym zrobić?
Jak się zachować?

Rozstać się? Tylko jak to zrobić z godnością i wzajemnym szacunkiem? Nie chcę się mścić i nie chciałbym, aby ona mściła się na mnie.

Moja żona mi napisała dziś tylko tyle, że bardzo chce się spotkać i że nie może mi napisać, że mnie kocha.
Za parę dni minie miesiąc od momentu, gdy jej relacja z tamtym została kolejny raz zdemaskowana.

Tak sobie teraz myślę, że ta terapia - jeśli w ogóle będzie - to pomysł spóźniony o jakieś 5-6 lat. sad

295

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Prawnie będziesz rozwodnikiem.

Bardziej mi zależy na tym, żebym kiedyś mógł jeszcze wziąć ślub kościelny.

Drugi ślub kościelny dostaniesz jeśli dostaniesz rozwód z pierwszego,a to nie jest takie proste,na każde widzimisię nikt nie dostaje rozwodu, zresztą oboje nie jesteście bez winy,a Ty sam nie wiesz czego chcesz.

296

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Tytuł wątku został zmieniony na moją prośbę, bo żadnego wyjazdu "ratunkowego" nie będzie.

Poza tym, łatwo Wam formułować mocne sądy: "nie masz nic w spodniach", "pantoflarz", "ratownik", "na pewno się nie kochacie".

Może nie byliśmy do siebie dopasowani, może nie umieliśmy stworzyć dobrego związku, może zabrakło dobrych wzorców i sił. Może i tak.

Natomiast ja wiem, co teraz czuję i przeżywam. Jestem pewien, że to jest duchowe, psychiczne i fizyczne cierpienie człowieka kochającego.
Co mogę z tym zrobić?
Jak się zachować?

Rozstać się? Tylko jak to zrobić z godnością i wzajemnym szacunkiem? Nie chcę się mścić i nie chciałbym, aby ona mściła się na mnie.

Moja żona mi napisała dziś tylko tyle, że bardzo chce się spotkać i że nie może mi napisać, że mnie kocha.
Za parę dni minie miesiąc od momentu, gdy jej relacja z tamtym została kolejny raz zdemaskowana.

Tak sobie teraz myślę, że ta terapia - jeśli w ogóle będzie - to pomysł spóźniony o jakieś 5-6 lat. sad

Nikt nie odmawia Ci prawa do cierpienia. Byliście ze sobą tyle lat, że naprawdę trudno by było lekko coś takiego przejść. Po prostu Wasza relacja z Twojego opisu już od lat wygląda bardzo, bardzo źle.

297 Ostatnio edytowany przez ACoMiTam91 (2018-07-12 13:39:45)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
natolinka napisał/a:
ACoMiTam91 napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Prawnie będziesz rozwodnikiem.

Bardziej mi zależy na tym, żebym kiedyś mógł jeszcze wziąć ślub kościelny.

Drugi ślub kościelny dostaniesz jeśli dostaniesz rozwód z pierwszego,a to nie jest takie proste,na każde widzimisię nikt nie dostaje rozwodu, zresztą oboje nie jesteście bez winy,a Ty sam nie wiesz czego chcesz.

Ja nie mam widzimisię. Małżeństwo jest nieważne, jeśli jedna ze stron zataiła jakąś istotną informację.
Trwający romans jest taką informacją.
Mam dowody.
Nie jestem bez winy - zgadzam się, ale moja narzeczona o wszystkim wiedziała. Wiedziała, za kogo wychodzi. Nie to, co ja.
Ja jej mówiłem przed ślubem: nie kochasz mnie, to zakończę to wszystko. Płakała i błagała o ten ślub, przysięgając, ze mnie kocha i że z tamtym to już skończone.
To co ja mogłem lepszego zrobić, jak jej uwierzyć i się zgodzić? W końcu ja ją kocham i chciałem tego małżeństwa szczerze.

Poza tym mi nie zależy na winie. Możemy się rozejść bez jej orzekania.

Chcę być z kobietą, która jest szczera i mnie kocha, a moja żona... no właśnie.

298

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Entropia napisał/a:

Nikt nie odmawia Ci prawa do cierpienia. Byliście ze sobą tyle lat, że naprawdę trudno by było lekko coś takiego przejść. Po prostu Wasza relacja z Twojego opisu już od lat wygląda bardzo, bardzo źle.

Zgadzam się, dlatego napisałem, że ta terapia to parę lat spóźniona.

Poza tym ja coś próbowałem robić ze swoimi przywarami. Poszedłem 3 razy na wizytę do psychologa.
Miałem regularnego spowiednika i często się spowiadałem.
Chciałem z nią rozmawiać i prosiłem o te rozmowy.

Ona z własnej woli to nawet wyjścia do kina nigdy nie zainicjowała. sad

299

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:
natolinka napisał/a:
ACoMiTam91 napisał/a:

Bardziej mi zależy na tym, żebym kiedyś mógł jeszcze wziąć ślub kościelny.

Drugi ślub kościelny dostaniesz jeśli dostaniesz rozwód z pierwszego,a to nie jest takie proste,na każde widzimisię nikt nie dostaje rozwodu, zresztą oboje nie jesteście bez winy,a Ty sam nie wiesz czego chcesz.

Ja nie mam widzimisię. Małżeństwo jest nieważne, jeśli jedna ze stron zataiła jakąś istotną informację.
Trwający romans jest taką informacją.
Mam dowody.
Nie jestem bez winy - zgadzam się, ale moja narzeczona o wszystkim wiedziała. Wiedziała, za kogo wychodzi. Nie to, co ja.

Poza tym mi nie zależy na winie. Możemy się rozejść bez jej orzekania.

Chcę być z kobietą, która jest szczera i mnie kocha, a moja żona... no właśnie.

Naprawdę chcesz prać brudy? Warto?

300

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Pomyślałem też sobie teraz, że jej praca mogła mieć (pewien) wpływ na zmianę jej zachowania.
Ona wylądowała w firmie, gdzie od niemal 3 lat siedzi w jednym pomieszczeniu z grupą facetów.
Wiadomo jak to jest między nimi. Niewybredne żarty, typowo męskie spojrzenie na (często poruszane) tematy relacji damsko-męskich.
Ona była ich "rodzynkiem". Częste "końskie zaloty" (przyznała się do tego).
Wyobraźcie sobie, że taka w sumie zahukana, dobra "córeczka mamusi" ze wsi ląduje na parę lat w środowisku typowo męskim.

Przez kilka miesięcy tej pracy utrzymywała relacje z koleżankami z innych działów. Wychodziła z nimi na piwo czy coś zjeść, ale systematycznie ten kontakt z kobietami z pracy się wyciszał.
Od dłuższego czasu nie spotyka się z nimi, a sam ją często zachęcałem do takich wyjść.
Ciekawe dlaczego...

301

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Przez kilka miesięcy tej pracy utrzymywała relacje z koleżankami z innych działów. Wychodziła z nimi na piwo czy coś zjeść, ale systematycznie ten kontakt z kobietami z pracy się wyciszał.
Od dłuższego czasu nie spotyka się z nimi, a sam ją często zachęcałem do takich wyjść.
Ciekawe dlaczego...

Bo to co było tajemnicą dla Ciebie nie było tajemnicą dla współpracowników Twojej żony. I mogła spotkać się z krytyką.

302 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2018-07-12 14:29:11)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Pomyślałem też sobie teraz, że jej praca mogła mieć (pewien) wpływ na zmianę jej zachowania.
Ona wylądowała w firmie, gdzie od niemal 3 lat siedzi w jednym pomieszczeniu z grupą facetów.
Wiadomo jak to jest między nimi. Niewybredne żarty, typowo męskie spojrzenie na (często poruszane) tematy relacji damsko-męskich.
Ona była ich "rodzynkiem". Częste "końskie zaloty" (przyznała się do tego).
Wyobraźcie sobie, że taka w sumie zahukana, dobra "córeczka mamusi" ze wsi ląduje na parę lat w środowisku typowo męskim.

Przez kilka miesięcy tej pracy utrzymywała relacje z koleżankami z innych działów. Wychodziła z nimi na piwo czy coś zjeść, ale systematycznie ten kontakt z kobietami z pracy się wyciszał.
Od dłuższego czasu nie spotyka się z nimi, a sam ją często zachęcałem do takich wyjść.
Ciekawe dlaczego...

Praca nie ma znaczenia. Ja pracuję w męskiej branży od lat. I kobieta nie rozgląda się za innymi jak jej w głowie mąż. A mężczyźni podrywają. cały czas.
Nawet w "babskiej" firmie ją znajdą.. nie szukaj na zewnątrz. Chcesz zaklinać rzeczywistość, że to przypadek.. ta zdrada.
I tak, Maku ma rację. Nikt tak bardzo nie potępia zdrady jak koleżanki z pracy.

303 Ostatnio edytowany przez Entropia (2018-07-12 15:28:31)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Pomyślałem też sobie teraz, że jej praca mogła mieć (pewien) wpływ na zmianę jej zachowania.
Ona wylądowała w firmie, gdzie od niemal 3 lat siedzi w jednym pomieszczeniu z grupą facetów.
Wiadomo jak to jest między nimi. Niewybredne żarty, typowo męskie spojrzenie na (często poruszane) tematy relacji damsko-męskich.
Ona była ich "rodzynkiem". Częste "końskie zaloty" (przyznała się do tego).
Wyobraźcie sobie, że taka w sumie zahukana, dobra "córeczka mamusi" ze wsi ląduje na parę lat w środowisku typowo męskim.

Teraz to już wymyślasz. Twoja żona nie jest piórkiem na wietrze, ale świadomą dorosłą osobą. Ogólnie jest tak, że kobiety i mężczyźni mają w społeczeństwie kontakt i to nijak zdrady nie usprawiedliwia. Przez sam fakt, że się z kimś siedzi w pokoju nie trzeba chodzić z nim do łóżka ani jeździć na jakieś wycieczki.

Oboje macie bałagan w głowach i powinniście iść na terapię dawno temu, jeszcze przed ślubem. Brutalnie z boku to wygląda tak: Ty jesteś kolesiem, który wali gruchę przy kamerkach z jakąś koleżanką i piszę jej sprośne teksty, ale jednocześnie chce mieć z jakiegoś powodu żonę. Ona z jednej strony wchodzi dobrowolnie w rolę cierpiącej Matki Polski, która pierze, sprząta, akceptuje wirtualne zdrady jeszcze nie męża i się nie uskarża, a z drugiej najwyraźniej stwierdza, że jak jemu wolno, to jej też i umawia się z kolegą z pracy. I też z jakiegoś niezrozumiałego powodu dąży do ślubu (strach przed staropanieństwem? diabli wiedzą). Tak naprawdę oboje jesteście siebie warci, ale Wasza postawa obraża instytucję małżeństwa. Można pisać o miłości i nawet płakać, ale człowieka poznaje się po czynach. A w waszych czynach nie widać ani miłości, ani wierności, ani uczciwości małżeńskiej.

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Rozstać się? Tylko jak to zrobić z godnością i wzajemnym szacunkiem?

Przepraszam, ale z tego co piszesz, to przez lata nie mieliście do siebie szacunku, a godność gdzieś uciekła.
Teraz zależy Ci na tym żeby na końcu trzymać się jakiegoś dobrego wizerunku?
Jakaś hipokryzja.

Myślę, że w tym wątku nie mam już nic do powiedzenia. Życzę Ci abyś podjął najlepszą dla siebie decyzję, bo jak widzimy Twoja żona nie potrafi.
Pamiętaj, życie ma się jedno.

305

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Tak, uświadomiliście mi, że jesteśmy siebie warci.
Ale ja próbowałem do niej dotrzeć.
Nawet przed ślubem zapewniałem, że damy sobie radę z krytyką otoczenia.
Że możemy przesunąć ten ślub.
Że zapłacę rodzicom za poniesione koszta.

Nie byłoby ślubu. Byłoby teraz sporo łatwiej. Mielibyśmy większe pole manewru.
Nie byłoby fałszywej przysięgi przed ołtarzem.

Ja już nie wiem, co mam robić... może najlepiej uciec od tego wszystkiego i skończyć ze sobą.

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Zacząć życie od nowa.

307

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Skoro jesteśmy siebie warci, to może powinniśmy dalej być ze sobą i pokutować w tym związku za własne grzechy?

Po co mamy narażać innych na związki z nami?

Poza tym, ja nie wiem chyba, co to znaczy zacząć od nowa.
Nawet nie mam pomysłu, jak się do tego zabrać.

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Nawet nie mam pomysłu, jak się do tego zabrać.

Jak? Normalnie.
Jedno z Was się pakuje i wyprowadza.
Składasz pozew o rozwód, czekasz kilka miesięcy i jesteście wolnymi ludźmi, którzy mogą robić co chcą, z kim chcą i kiedy chcą.

Jesteście młodzi, związaliście się ze sobą jako nastolatkowie, teraz jesteście zupełnie innymi ludźmi, bo jak wiadomo, ludzie się zmieniają!
Macie szansę poznać nowych, ciekawych ludzi, w których każde z Was się zakocha i stworzy zdrowy związek.

Bardzo lubię tekst, który wprawdzie dot. facetów, ale nic to: " Pierwszy mąż jest jak naleśnik - trzeba go wypie$%ić"

309

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Pokręcona Owieczka napisał/a:

Bardzo lubię tekst, który wprawdzie dot. facetów, ale nic to: " Pierwszy mąż jest jak naleśnik - trzeba go wypie$%ić"

big_smile-- dobry tekst- chociaż dwuznaczny  smile

310

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Jesteśmy małżeństwem od 3 miesięcy.

ACoMiTam91 napisał/a:

Po paru latach (dokładnie w ubiegłym roku, na paręnaście miesięcy przed naszym ślubem): pozwoliłem sobie na seks-czat z koleżanką ze studiów. Ja się jej nie pokazywałem, ale dziewczyna tak - dwa razy. Było mi z tym tak źle i czułem do siebie takie obrzydzenie, że i tym razem się przyznałem mojej narzeczonej. Oczywiście był płacz, kłótnie (zaznaczę, że NIGDY jej nie uderzyłem, nigdy jej nie przekląłem), pretensje, ale i tym razem nie odeszła. Ja natomiast dość szybko urwałem znajomość z tamtą koleżanką.

ACoMiTam91 napisał/a:

Na rok przed ślubem wiedziała, że oglądałem inne nago czy z nimi pisałem. Mimo tego nie odeszła. Okazało się jednak, że jej cierpliwość skończyła się na "ostatniej prostej" przed naszym ślubem.

Vs

ACoMiTam91 napisał/a:

(Jeśli dobrze pamiętam to listopad ubiegłego roku, a wszystko się zaczęło od września). Tak więc to wtedy nie był etap pisania w smsach "kocham cię" czy "nie mogę bez ciebie wytrzymać

Czy tak mówi facet, który kocha?
On jak pisze „pozwolił” sobie na seks-czat. Żona natomiast ”ZDRADZIŁA”. Brak słow hmm
Ale do konkretów: on zdradził na początku ub roku „wirtualnie” po czym zaczęli planować ślub... pomimo jej płaczów, kłótni... Poza tym z tego co pisze, to nie było raz z tą koleżanką o czym świadczy choćby: „Ja się jej nie pokazywałem, ale dziewczyna tak - dwa razy”. To że on traktuje to jako jeden trzeci raz to już szczegół... no i po takim „szoku” tzn dla obecnej żony, bo w końcu on się przyznał.. a ona pomimo płaczu nie odeszła... planują ten ślub.
W ogóle czyj to był pomysł? Skoro od jego zdrady do ślubu minął nieco ponad rok... Jego ‘zdrada’ miała miejsce na początku ub roku, jej ok pół roku później... mimo wszystko wzieli ten ślub, bo obecna żona chciała, bo żona tamtego też... być może wszyscy myśleli, że ślub to takie panaceum na wszelkie problemy, że jak go wezmą to wszystko się ułoży...
Bardzo celnie podumowała to Entropia

Entropia napisał/a:

Brutalnie z boku to wygląda tak: Ty jesteś kolesiem, który wali gruchę przy kamerkach z jakąś koleżanką i piszę jej sprośne teksty, ale jednocześnie chce mieć z jakiegoś powodu żonę. Ona z jednej strony wchodzi dobrowolnie w rolę cierpiącej Matki Polski, która pierze, sprząta, akceptuje wirtualne zdrady jeszcze nie męża i się nie uskarża, a z drugiej najwyraźniej stwierdza, że jak jemu wolno, to jej też i umawia się z kolegą z pracy. I też z jakiegoś niezrozumiałego powodu dąży do ślubu (strach przed staropanieństwem? diabli wiedzą). Tak naprawdę oboje jesteście siebie warci, ale Wasza postawa obraża instytucję małżeństwa. Można pisać o miłości i nawet płakać, ale człowieka poznaje się po czynach. A w waszych czynach nie widać ani miłości, ani wierności, ani uczciwości małżeńskiej.

Wcześniej sama próbowałam to pokazać, ale Autor się wielce obrażał, twierdząc, że jestem arogancka, przemawia przeze mnie pycha i w ogóle jestem wredną babą wink Ok, niech i tak będzie, ale mnie taka HIPOKRYZJA po prostu wkurza.
Ja już nie chcę kontunować wątku trollowania, ale... po pierwsze nick Autora „AcoMiTam”... czyli, no to jedziemy z tym koksem... Poza tym ta dbałość o szczególy opowieści o czym wspomniała Summerka...

summerka88 napisał/a:

Zmienił się tytuł tego wątku, czy mi się wydaje?
Autor przejawia zbyt dużą dbałość do formy a zbyt małą do treści pojawiających się w wątku komentarzy. Co najmniej dziwne w obliczu sytuacji, w której się znalazł.

Już nie ma nawet w tytule wycieczki, tylko jest dramat...
A w ogóle to tragegia, myśli samobójcze już nie tylko jej ale i jego:

ACoMiTam91 napisał/a:

Ja już nie wiem, co mam robić... może najlepiej uciec od tego wszystkiego i skończyć ze sobą.

A już najlepszy ostatni post:

ACoMiTam91 napisał/a:

Skoro jesteśmy siebie warci, to może powinniśmy dalej być ze sobą i pokutować w tym związku za własne grzechy?
Po co mamy narażać innych na związki z nami?
Poza tym, ja nie wiem chyba, co to znaczy zacząć od nowa.
Nawet nie mam pomysłu, jak się do tego zabrać.

Nasz ‘bohater’ nagle nie wie co począć, nie wie jak ma żyć... i temat dalej kręci smile
Ciekawe, że po opinii, że tu już nie ma nic do dodania, w tym wątku.
W końcu tyle pytań bez odpowiedzi... wink

PS. Dalej leć na skargi do moderatorów, że znów piszę w Twoim wątku, no śmiało smile
Może uda Ci się przekonać, żeby mnie zbanowano, bo tylko przeszkadzam Ci w dyskusji... Mogą mnie zablokować, no problem... ale satysfakcję mi sprawia obnażanie hipokryzji, jaką tu prezentujesz. I tyle...

311

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

A ja rozumiem Twoją żonę. Też bym miała serdecznie dość męża, który ogląda pornografię i gołe baby na necie. Taki facet to dla mnie kompletne zero i to też jest zdrada i bardzo rani żonę. Dlatego też bym sobie szukała kochanka, bo skoro mąż mnie nie szanuje i ogląda jakieś szmaty na necie to z jakiej racji ja mam go szanować i być wierna? Nie kochales jej nigdy, bo jak się kocha to się nie krzywdzi kobiety i nie ma potrzeby oglądania nagich szmat ani porno.
Poza tym twój tekst o tym że kobiety starzeją się szybciej jest żałosny. To nieprawda. Spójrz na przeciętnych panów po 40 jak wyglądają (zakola, wielki brzuch, zmarszczki). Tylko wyjątki dobrze wyglądają, tak wiec bawi mnie to poniżanie kobiet. Ale czego spodziewać się po pornofilu?

312 Ostatnio edytowany przez ACoMiTam91 (2018-07-12 16:48:57)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Też nie wiem, dlaczego moja żona błagała mnie o ślub, wiedząc jakim jestem zerem i to w momencie, kiedy już kochała innego.
Nie wiem, dlaczego skomplikowała życie swoje, moje i naszych rodzin.
Nie wiem, dlaczego dalej w tym tkwi i nie kończy tej tragedii.
Może to syndrom sztokholmski?

No i do tego jeszcze mi mówi, że bardzo chce, abym był obecny w jej życiu... masochistka.

313 Ostatnio edytowany przez Roxann (2018-07-12 16:56:23)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:

Też nie wiem, dlaczego moja żona błagała mnie o ślub, wiedząc jakim jestem zerem i to w momencie, kiedy już kochała innego.
Nie wiem, dlaczego skomplikowała życie swoje, moje i naszych rodzin.
Nie wiem, dlaczego dalej w tym tkwi i nie kończy tej tragedii.
Może to syndrom sztokholmski?

No i do tego jeszcze mi mówi, że bardzo chce, abym był obecny w jej życiu... masochistka.

Ale odpowiedz na jedno podstawowe pytanie, czyim pomysłem był ślub? Pomijając to, że go cię o niego 'błagała' kiedy pewnie już wszystko było przygotowane, popłacone... Tylko sam pomysł po twojej zdradzie?
Bo ją wtedy mogę zrozumieć, choć nie pochwalam... po prostu za daleko zaszło z przygotowaniami, wydatkami i bała już wycofać... stąd to weźmy ten (cholerny) ślub proszę...
Bo nie uwierzę, że błagała Cię o ślub w momencie kiedy przyznałeś do zdrad i ona z tego powodu cierpiała, płakała... przecież ślub planuje się wcześniej niż 3-4 msc przed.

314

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Roxann napisał/a:

Ale odpowiedz na jedno podstawowe pytanie, czyim pomysłem był ślub? Pomijając to, że go cię o niego 'błagała' kiedy pewnie już wszystko było przygotowane, popłacone... Tylko sam pomysł po twojej zdradzie?
Bo ją wtedy mogę zrozumieć, choć nie pochwalam... po prostu za daleko zaszło z przygotowaniami, wydatkami i bała już wycofać... stąd to weźmy ten (cholerny) ślub proszę...

Ech, my byliśmy zaręczeni już z 2,5 roku. Ślub był wspólnym pomysłem. Inaczej tego nie pamiętam. Taka naturalna konsekwencja zaręczyn. W sumie ona miała mi po zaręczynach trochę za złe, że to tak późno i wcześniej się tego pierścionka spodziewała... zajęło mi to parę lat, fakt, ale ona nigdy o ten pierścionek jakoś specjalnie nie zabiegała.
Nasz problem od zawsze był taki, że ona oczekiwała ode mnie zdolności czytania w myślach. Ile razy jej powtarzałem, że nie jestem duchem świętym i nie wyłapie tego, co ona trzyma w sobie, a o czym nie mówi. No i mogłem sobie ten banał tak powtarzać, bo bardzo rzadko się otwierała i dzieliła swoimi przemyśleniami.

Czy było za daleko z przygotowaniami? Nie pamiętam i nie chce wymyślać. Musiałbym zobaczyć na umowę z restauracją, bo do jakiegoś momentu mogliśmy zrezygnować ze wszystkiego i koszt tego to byłoby 500 zł. Wydaje mi się, że pół roku, ale nie jestem pewien, a umowa jest w mieszkaniu, gdzie obecnie nie przebywam.
Do mojej ostatniej zdrady przyznałem się na 8-9 miesięcy przed ślubem, ona zaczęła relację z tamtym mniej więcej w tym samym czasie. Do ślubu zdążyła mnie kilka razy w tej sprawie okłamać, a błagała mnie na tydzień (może półtora) przed imprezą - ale to dokładnie opisuję w pierwszym poście.

Co więcej, ja przed ślubem mówiłem, że zapłacę za to wszystko, tylko niech mi powie, czego ona chce i czy mnie kocha, a może tamtego. Zaklinała się, że mnie, a z gościem rzecz jest skończona.
Oszukiwała kilka razy w tej sprawie i to z premedytacją.
Cholera, przecież ja jej w głowie nie siedzę!

315

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Wybacz, ale (znów?) kręcisz.

ACoMiTam91 napisał/a:

Ech, my byliśmy zaręczeni już z 2,5 roku. Ślub był wspólnym pomysłem. Inaczej tego nie pamiętam. Taka naturalna konsekwencja zaręczyn.

Czyli 2,5 roku temu wyznaczyliście datę, nie wierzę.
Zaręczyny zaręczynami... chodzi mi o tą decyzję co do daty itd.
To zwykle się robi ok rok przed ślubem czyli po Twojej zdradzie... tak by wypadało...

ACoMiTam91 napisał/a:

Do mojej ostatniej zdrady przyznałem się na 8-9 miesięcy przed ślubem, ona zaczęła relację z tamtym mniej więcej w tym samym czasie.

Czyli nie przyznałeś od razu, tylko kilka msc po 'fakcie' kiedy ślub był już przygotowywany??

Pamiętasz różne szczegóły, ale kiedy ustaliliście datę ślubu już nie? Ciekawe?
Czyli co? Zdradzasz, w przypływie wyrzutów sumienia wyznaczacie datę ślubu, przygotowania ruszają, Ciebie wyrzuty sumienia zjadają, wyznajesz jej prawdę o seks-randkach wirtualnych z koleżanką, ona się załamuje... szuka pocieszenia u kolegi z pracy, na nieszczęście żonatego i z małym dzieckiem... oboje gubicie się w tym, choć chyba bardziej ona, ale dla "świętego spokoju" chce tego (cholernego) ślubu...który w końcu bierzecie... a sprzątanie bigosu, który sobie nawarzyliście zostawiacie po... No tak to wygląda...
Słabe, bardzo słabe ... sad

316 Ostatnio edytowany przez ACoMiTam91 (2018-07-12 18:05:05)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Roxann napisał/a:

Pamiętasz różne szczegóły, ale kiedy ustaliliście datę ślubu już nie? Ciekawe?
Czyli co? Zdradzasz, w przypływie wyrzutów sumienia wyznaczacie datę ślubu, przygotowania ruszają, Ciebie wyrzuty sumienia zjadają, wyznajesz jej prawdę o seks-randkach wirtualnych z koleżanką, ona się załamuje... szuka pocieszenia u kolegi z pracy, na nieszczęście żonatego i z małym dzieckiem... oboje gubicie się w tym, choć chyba bardziej ona, ale dla "świętego spokoju" chce tego (cholernego) ślubu...który w końcu bierzecie... a sprzątanie bigosu, który sobie nawarzyliście zostawiacie po... No tak to wygląda...
Słabe, bardzo słabe ... sad

Boże, nie pamiętam. Były zaręczyny no i potem gdzieś naturalnie temat ślubu (rodzice to od razu zaczęli to sobie układać).
Data była wyznaczona mniej więcej na rok po zaręczynach, czyli na 1,5 roku przed ślubem.
Chcieliśmy mieć więcej czasu na przygotowania.
Wiadomo było, kiedy będzie ślub, a ja już po ustaleniu daty popełniłem te dwa błędy z koleżanką.
Tak, powiedziałem jej po 2-3 miesiącach, bo się bałem, że mnie zostawi.
Ale pisałem już, że nie mogłem patrzeć w lustro, złamałem się i przyznałem.
Podobnie jak dwukrotnie wcześniej.

Wydaje mi się, że po tym, jak się przyznałem, był jeszcze czas na względnie bezkosztowe odkręcenie ślubu.
Może ona mówiła, że go nie będzie jak się przyznałem. Był płacz itd. Może moje błagania ją przekonały.
Tylko, że już miesiąc, może dwa, po moim przyznaniu się do wyskoku to ona zaczęła relację z kolegą, a resztę już znacie...

317 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2018-07-12 18:14:15)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Ja tu nie widzę żadnych przypadków w tych zdarzeniach.
Znająca się od dzieciństwa, nie do końca dobrana w wielu aspektach para - postanawia- pewnie też pod jakimiś nawet niewypowiedzianymi naciskami rodziny pobrać  się. smile
Ale podświadomość ma wielką moc-- autora ciągnie do koleżanki ( to kluczowa sprawa, mniejsza o ten cybersex. wtedy jest pierwszy znak, którego nie czyta..
Koleżanka żona też ma znak jak dzwon- zakochuje się w innym.. tuż przed ślubem, ale też to olewa i błaga o ślub..

A i tak mają szczęście, bo mogli do tego dojść 10 , 20 lat po ślubie..  I przysięgamy dożywotnio się męczyć nawzajem...
Więc?

318

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:
Roxann napisał/a:

Pamiętasz różne szczegóły, ale kiedy ustaliliście datę ślubu już nie? Ciekawe?
Czyli co? Zdradzasz, w przypływie wyrzutów sumienia wyznaczacie datę ślubu, przygotowania ruszają, Ciebie wyrzuty sumienia zjadają, wyznajesz jej prawdę o seks-randkach wirtualnych z koleżanką, ona się załamuje... szuka pocieszenia u kolegi z pracy, na nieszczęście żonatego i z małym dzieckiem... oboje gubicie się w tym, choć chyba bardziej ona, ale dla "świętego spokoju" chce tego (cholernego) ślubu...który w końcu bierzecie... a sprzątanie bigosu, który sobie nawarzyliście zostawiacie po... No tak to wygląda...
Słabe, bardzo słabe ... sad

Boże, nie pamiętam. Były zaręczyny no i potem gdzieś naturalnie temat ślubu (rodzice to od razu zaczęli to sobie układać).
Data była wyznaczona mniej więcej na rok po zaręczynach, czyli na 1,5 roku przed ślubem.
Chcieliśmy mieć więcej czasu na przygotowania.
Wiadomo było, kiedy będzie ślub, a ja już po ustaleniu daty popełniłem te dwa błędy z koleżanką.
Tak, powiedziałem jej po 2-3 miesiącach, bo się bałem, że mnie zostawi.
Ale pisałem już, że nie mogłem patrzeć w lustro, złamałem się i przyznałem.
Podobnie jak dwukrotnie wcześniej.

Wydaje mi się, że po tym, jak się przyznałem, był jeszcze czas na względnie bezkosztowe odkręcenie ślubu.
Może ona mówiła, że go nie będzie jak się przyznałem. Był płacz itd. Może moje błagania ją przekonały.
Tylko, że już miesiąc, może dwa, po moim wyskoku to ona zaczęła relację z kolegą, a resztę już znacie...

Ojej, jak Cię irytuje wytykanie faktów, ale jak mówiłam, to moje zboczenie zawodowe, bo jestem analitykiem i nie ruszają mnie twoje mantry typu 'kocham ją, zawsze byłem z nią szczery' wink
Tak bardzo miałeś jej za złe że zdradziła tuż przed ślubem.. kiedy Ty na sex z czat z koleżanką umawiałeś zaraz po ustaleniu daty ślubu... ona z tego co piszesz poszła w 'tango' po tym jak jej o swoich ekscesach przyznałeś, jak już trwały przygotowania do ślubu. Skoro miała mały kontakt z koleżankami, a tak zareagowała... wiadomo, że znalazła pocieszyciela w osobie kolegi z pracy, który ją wspierał, rozumiał...itd. Może ona nawet w nim nie zakochała tylko ta cała sytuacja ją przerosła... Bynajmniej jej nie bronię, ale jestem w stanie wyobrazić sobie szok jaki przeżyła, kiedy jej o tym mówiłeś.. Sam zresztą napisałeś, że płakała itd. No jak... ślub już w przygotowaniu a facet coś takiego odwala... myślę, że jechała i jedzie na adrenalinie, i nie dziwię się, że jej już wszystko jedno..
Sorry, to Ty pierwszy dałeś ciała, reszta to odwetowe działanie w amoku.
Ja przynajmniej tak to widzę.

319

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Roxann.. naprawdę wierzysz, że ludzie z zemsty wchodzą w romans?

320 Ostatnio edytowany przez ACoMiTam91 (2018-07-12 18:22:04)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Roxann napisał/a:

Sorry, to Ty pierwszy dałeś ciała, reszta to odwetowe działanie w amoku.
Ja przynajmniej tak to widzę.

Tak, zaraz jeszcze napiszesz, że moja żona przez ostatnie 10 miesięcy jest niepoczytalna i za nic nie odpowiada.
Słuchaj kobieto, ja jestem świadom swoich błędów i od razu je szczegółowo opisałem.
Moja żona też była ich świadoma i miała możliwość podjęcia decyzji.

Właśnie ta świadomość własnych błędów sprawiła, że dwa razy przed ślubem dałem jej kolejną szansę i nie zwróciłem dostatecznej uwagi na sygnały.
Może jakbym był rzeczywiście takich c*jem, na jakiego mnie robisz, to bym zerwał te zaręczyny, odwołał imprezę za pięć dwunasta i tym samym zrobił najlepszą rzecz dla siebie i mojej partnerki, jaką tylko mogłem.

Ja się z nią ożeniłem z miłości i wiary w to samo po drugiej stronie.

321

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Ela210 napisał/a:

Roxann.. naprawdę wierzysz, że ludzie z zemsty wchodzą w romans?

Przecież Roxann nic nie napisała, że to z zemsty? Tu akurat się z nią zgodzę - żona Autora szukała pocieszenia po wyskokach Autora i je znalazła - to nie musiała wcale być zemsta...

322 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2018-07-12 18:30:49)

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
santapietruszka napisał/a:
Ela210 napisał/a:

Roxann.. naprawdę wierzysz, że ludzie z zemsty wchodzą w romans?

Przecież Roxann nic nie napisała, że to z zemsty? Tu akurat się z nią zgodzę - żona Autora szukała pocieszenia po wyskokach Autora i je znalazła - to nie musiała wcale być zemsta...

ODWETOWE działanie w AMOKU...to dla mnie zemsta. tak napisała Roxann.
Jak dla mnie szukała zrozumienia- nie pocieszenia i znalazła- dlatego to poważna sprawa, nie żaden Amok, po którym się ocknie i wróci do męża..
I nie chodziło o jego "zdrady" ale o całokształt związku..

323

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
Ela210 napisał/a:
santapietruszka napisał/a:
Ela210 napisał/a:

Roxann.. naprawdę wierzysz, że ludzie z zemsty wchodzą w romans?

Przecież Roxann nic nie napisała, że to z zemsty? Tu akurat się z nią zgodzę - żona Autora szukała pocieszenia po wyskokach Autora i je znalazła - to nie musiała wcale być zemsta...

ODWETOWE działanie w AMOKU...to dla mnie zemsta. tak napisała Roxann.
Jak dla mnie szukała zrozumienia- nie pocieszenia i znalazła- dlatego to poważna sprawa, nie żaden Amok, po którym się ocknie i wróci do męża..

No, ok, różnie można zrozumieć ten odwet smile Zrozumienie czy pocieszenie, nie ma to wielkiego znaczenia tu akurat, szukała tego, czego nie dawał jej Autor, a co się nagle szokowo okazało... stąd może być i w pierwszej chwili amok, pierwszy lepszy człowiek, który daje to, czego brakuje - a potem już poleciało... ale to jedynie żona Autora mogłaby nam powiedzieć smile

324

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
santapietruszka napisał/a:
Ela210 napisał/a:

Roxann.. naprawdę wierzysz, że ludzie z zemsty wchodzą w romans?

Przecież Roxann nic nie napisała, że to z zemsty? Tu akurat się z nią zgodzę - żona Autora szukała pocieszenia po wyskokach Autora i je znalazła - to nie musiała wcale być zemsta...

Dokładnie, znalazła powiernika który ją wysłuchał.. może i naprawdę nie spali ze sobą.. tylko chcieli pogadać, bo ona nie mogła wytrzymać w domu (takie też słowa padły). A wtedy kobiecie trudno oddzielić przyjaźń od miłości... kiedy ma 'nóż na gardle' bo ślub już w przygotowaniach a ona nie wie co robić.. a że jak autor pisze nigdy nie była decyzyjna, to chciała by kolega jej pomógł. W końcu pomogła jego żona ale to nic nie rozwiązało.
Ślub wzięli w najgorszym możliwym momencie, oboje siebie zdradzając.

325

Odp: Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc
ACoMiTam91 napisał/a:
Roxann napisał/a:

Sorry, to Ty pierwszy dałeś ciała, reszta to odwetowe działanie w amoku.
Ja przynajmniej tak to widzę.

Tak, zaraz jeszcze napiszesz.

Nic nie napiszę.. bo dla mnie Twoja zdrada po tym jak już wyznaczyliście datę ślubu 1,5 roku przed i w domyśle kiedy już zdradzałeś były jakieś przygotowania, a na pewno w momencie kiedy do nich przyznałeś... no sorry..

Posty [ 261 do 325 z 531 ]

Strony Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Tragedia w pięciu aktach. Prośba o pomoc

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024