Cześć wszystkim.
Piszę ponieważ chcę się was poradzić czy jeszcze jest sens i nadzieja.
Byłem w związku pół roku (wcześniej też znaliśmy się pół roku). Po 3 miesiącach powiedziałem jej, że była tylko zabawką i ją zostawiłem bo nie chciałem, żeby za mną płakała tylko znienawidziła, a powodem tego zachowania był mój kolega, który z nią był wcześniej, a ja trzymałem się zasady, że dziewczyny po kumplu się nie rusza (durna zasada skoro nie wiedziałem od samego początku). Już po kilku dniach żałowałem decyzjii i walczyłem o nią i udało się, dała mi PIERSZĄ szanse, znowu byliśmy razem ...
W naszym związku było dużo kłótni (oba trudne charaktery), z mojej winy większość ... w złości wybuchałem i poniżałem ją ... tyle razy dawała mi szansę, a ja obiecywałem poprawę, że tak nie będę mówić więcej. Ciągle żyłem w stresie ale o tym niżej.
Twierdzi, że nie okazywałem jej szacunku, traktowałem jak śmiecia a nie było tak ..
Ja jestem typem śmieszka i lubię pożartować, ale też znam granicę.
Do sedna. 3 Tygodnie temu, może więcej się rozstaliśmy znowu z mojego powodu i znowu jej nawtykałem pod wpływem furii, że leci na kasę itp. (a wiem, że tak nie jest ale o tym też niżej).
Przed tym weekendem kolega uprosił ją o ostatnią szansę bo mnie nie chciała słuchać i zastanawia mnie czy przyszła z litości. Moje proszenie olewała skąd wziął się ciągły stres,lęk przez to wszystko, niepokój, który rósł z dnia na dzień do dnia spotkania (środa). I dobra, na spotkaniu od razu, że nie chce mi dawać nadziei i że idzie z kolegą na wesele ... i z automatu inne do niej nastawienie, że jak to się świetnie bez niej nie bawiłem, czego nie robiłem i powiedziała, że musi już uciekać i poszła. Była taka zimna. Nie dawało mi spokoju to, że idzie z kimś na wesele i ciągle w głowie najgorsze myśli, bo ja też byłem na weselach z koleżankami ... Może iść z przyjacielem na piwo, pogadać, przejść się do klubu, ale na wesele z "kolegą" z którym nie ma reguralnego kontaktu ? Narastający jeszcze gorszy stres wyprowadzał mnie z równowagi, jej olewanie było przykre, dla "Kolegi" miała czas żeby się spotkać bo niby wesele, a dla mnie po weselu dopiero .
PIĄTEK dzień sądu . Zdesperowany i zagubiony zadzwoniłem do niej i powiedziałem, że jeśli mnie kocha to da mi 10 minut, olewała i mówiła, że już nie chce bo ciągle mieszam .
Wpadłem w szał... pojechałem tam, w furii nie pamiętam potem co robiłem, poniżyłem ją na maksa ... potem przepraszałem, napisała ,że we że ją kocham do szaleństwa, ale ona nie zapomni tych słów ...gdy do mnie dotarło na drugi, dzień dostałem depresji ... nie spałem 3 dni... powiedziałem sobie STOP.
W poprzednich związkach nie zachowywałem się tak a miałem sporo dziewczyn, relacje mam z nimi dobre do tej pory prócz jednego, ale to był toksyczny związek. We wtorek Poszedłem do psychologa i "Nerwica".
Nie radzę sobie z emocjami w wyniku rozładowuje je na najbliższych, dodatkowo ciągly stres i lek przed tym, że nie dam rady usilnił to wszystko. Każdy wcześniejszy mój wybuch był taki, że nie pamiętałem słów które mówię, nie byłem sobą. Ona jeszcze ciągle mówiła, że ja się nigdy nie zmienię i olewała .. Gdy powiedziałem to rodzicom, plują sobie teraz w brodę, że nie powiedzieli tego wcześniej, bo zauważyli to gdy miałem 20 lat, ale myśleli, że ten typ tak ma ...
Od razu powiedziałem jej, zapytała "czego oczekuje". Tłumaczyłem co mi lekarz mówił, ale ona tylko, że musi uciekać, że potrzebuje czasu ...
Ja szanuję ludzi, szanuję kobiety bo to piękne stworzenia, ja czuję się odpowiedzialny, że zepsułem jej te pół roku, bo ona jest inna niż wszystkie... i wiem, że teraz dam jej dużo więcej, tylko tyle szans i nic nie zrobiłem z tym, a kobieta ma pamięć jak słoń.. . Co robić ?