Witam wszystkich jestem tu depiutantem i szczerze to nie myślałem, że będę szukał pomocy w takim miejscu, a jednak.. Może to, że opiszę swoją historię w jakiś sposób mi pomoże.
Zacznę od tego, że jakieś dwa lata temu rozpado się moje małżeństwo. Kobietą, z którą byłem, byla moją wielką miłością. Poznaliśmy się w liceum, zaczęliśmy być ze sobą na studiach. To był burzliwy związek, rozstawaliśmy się, schodzilismy i tak kilka razy. Zaraz po studiach zdecydowaliśmy się na ślub. W wieku 25 lat byliśmy już małżeństwem i razem przeprowadziliśmy się do Warszawy. Tu zacząły sie kłopoty, kłótnie o wszytko każdy "ciągnął" w swoją stronę. Praca, zabiegania, oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej. Ona próbowała mi sygnalizować klopoty, ale ja uważałem, że wszystko jest ok - nie było. Doszły jeszcze inne problemy - bardzo chcieliśmy mieć dzieci, niestety mimo tego, że byliśmy zdrowi nam się nie udawało. Moja żona bardzo cierpiała, bardzo to przeżywała, bardzo chciała być matką, mnie też to bolało, ale ja jak zwykle udawałem, że nic się nie dzieje, że nam się uda, nie chciałem o tym rozmawiać z nikim. Po 5 latach naszego małżeństwa w końcu przyszedł ten dzień, kiedy dowiedziałem się, że jej kolega z pracy nie jest już tylko kolegą i zdradza mnie już nim jakiś czas. Nie będę opisywał tego co działo się póżniej, myślę że to klasyczna historia. Błaganie o powrót, przekonywanie i tak dalej - było już za późno - odeszła. Mimo moich próśb, starań rozwiedliśmy się jakiś 1.5 temu. Małżensto było fikcją jakieś pół roku wcześniej. Przeżyłem to bardzo, nie mogłem jeść, spać typowe objawy szoku. Myślenie, że moje życie się właśnie skończylo. Starałem się jednak nie dawać, zacząłem się odblokowywać, rozmawiać o tym z ludźmi. Jedną z takich osób była Ona, no właśnie Ona i mimo tego długiego wstępu to o niej jest ten post. Znaliśmy już jakiś czas z pracy. Nigdy wcześniej nic między nami nie było, zwykłe cześć, co słychać przy kawie w pracy. Wiedziałem, że ona też ma podobną historię, że jest świeżo po rozwodzie. Pewnego dnia kiedy siedząc w pracy i nie mogąc się na niczym skupić, po prostu do niej poszedłem. Poszedłem i zacząłem o tym opowiadać...rozmawiliśmy chwilę, zupełnie mi nie pomogła, chyba ze względu na swoje doświadczenia nie chciała, nie potrafiła. Było to jeszcze przed moją rozprawą rozwodową, ale ja już nie miałem nadzieji na uratowanie małżeństwa. Nie było już takiej szansy. Zaczęliśmy się do siebie zbliżać. Chyba obydwoje chcielismy tego samego, potrzebowaliśmy ciepła i miłości drugiej osoby. Ona była juz na innym etapie, pogodziła się z przeszłością była gotowa na coś nowego ja wtedy jeszcze nie. Mimo tego, ciągnęło mnie do niej bardzo. Jest wspaniałą, piękną, ciepłą osobą. Zaczęliśmy flirtować. Pierwsze spotkanie, później poszliśmy potańczyć. Jaki ja byłem wtedy scześliwy. Tańczyliśmy całą noc, wtuleni w siebie. Poczułem, ulgę moje cierpienie się skończyło zacząłem znów w końcu żyć. Zaczęliśmy być ze sobą. Na początku było wspaniale. mimo, że ukrywaliśmy związek i otwarcie nikomu o tym nie mówiliśmy wszyscy w pracy wiedzieli. Czułem się szcześliwy wiem, że ona też. Było nam razem cudowanie, cudownie w łóżku, cudownie kiedy byliśmy razem. Niestety przyszedł czas, że zaczeły dopadać mnie demony rozwodu, który jeszcze nie był za mną. To wszysto trwało. Byłem przed rozprawą. Ona była tego świadkiem, widziała jak to przeżywam. Doszło do tego, że z jednej strony bardzo chciałem z nią być, a z drugiej nie potrafiłem. Miotałem się strasznie. Zdarzało się, że leżąc koło niej, ubierałem się i jechałem do siebie (jak ją to musiało boleć!!!:(. Czułem coś do niej, ale nie byłem gotowy powiedzieć jej kocham, bałem się, uważałem, że nie powienienem. Jak się pewnie domyślacie, związek umarł. Przestaliśmy być razem - ona jednak na mnie czekała, miała jednak nadzieję, że w końcu uporam się z przeszłością i będziemy razem. Wiem od jej koleżanek, że bardzo chciała, bardzo jej na mnie zależało. Wiele razy sygnalizowała, że jej ciężko, ale raczej jest osobą, która cierpiała cierpliwie i w ciszy. Mi wygodnie było, że była obok, że zawsze mogę na nią liczyć, że możemy się spotkać wyjść do kina itp. Ona nie chciała juz czekać. straciła nadzieję. Przyjechała pewnego ranka do mnie dała mi list i wiersz. Wiersz, który napisała do mnie po pierwszym naszym wyjeżdzie, wiersz oraz list. Czegoś tak poruszającego nigdy nie czytałem. Napisala, że straciła nadzieję, że kobietą, ktorą pokocham będzie ze mną bardzo szczęśliwa... Ryyczałem jak to czytałem:( Okazało się, że facetetowi, który ją podrywał w końcu się udało.. facet, który ją nie interesował, wiele razy mówiła, że chce tylko mnie.. udało mu się... odeszła, poddała się, straciłem ją... On dał jej od razu wszystko, zadeklarował się w 100%, od razu poznał z rodziną, znajomymi, chce z nią być a nie tylko bywać tak jak ja:( Kiedy się zorientowałem jak bardzo ją kocham, (zawsze kochałem od samego początku, ale nie potrafiłe bałem się tego powiedzieć) było już za póżno. Ona mi już nie wierzy, mimo walki, nie daje mi już szans. Jest obojętna. Mówi, że jest szcześliwa, że mam jej pozwolić odejść i że nie wybaczy mi jak jej to popsuje. Kiedy była u mnie ostatni raz, czekała, aż powiem zostań, nie odjeżdzaj, zamiast tego odebrałem kopertę i pozwoliłem jej odjechać....Wsiadając do samochodu łamiącym głosem, powiedziała tylko - "długo miałam nadzieję" Myślę, żę wtedy ostatecznie zdecydowała się być z nim. A ja znów nie jem, nie śpię, zawalam pracę. Nie potrafię sobie darować tego, że ją straciłem, że jej wtedy nie zatrzymałem... Kocham ją, ale wiem, że już jej nie odzyskam:(:(:( W momencie, kiedy poczułem, że moje małżenstwo to już przeszłość, kiedy nie mam już w związku z tym żadnych emocji i kiedy mógbym dać jej wszystko co mam najlepszego jej już nie ma:((Nie potrafię się z tym pogodzić....:(:(