Secondo1, wiedziałam, że ktoś wyskoczy z tym argumentem o seryjnym mordercy lub innym gwałcicielu, obstawiałam nawet kto ale nie zgadłam 
Nie, patologia nie jest, nie była i nie będzie moim przyjacielem. Nie lubię przytaczania takich skrajności, bo wiadomo, że normalny człowiek odpowie: nie. A ja za takiego się uważam. Problemy małżeńskie typu zdrada cielesna jednak nie zaliczam do takich skrajności. Ludzie mają w związku problemy i różnie im się układa, podejmują różne nie zawsze mądre decyzje, popełniają mniej lub bardziej głupie rzeczy, które na dany moment wydają im się jakimś rozwiązaniem albo po prostu ucieczką od problemów. Trudno wnikać w każdy przypadek. Nie oceniam więc surowo ludzi. Daję im prawo do błędów. Mam przyjaciela, ktory pijany wsiadł za kólko. To nie są moje wartości, jazda po pijaku, ale przecież nie przekreslę go z tego powodu? Nikomu krzwdy nie zrobił, co najwyżej sobie, bo trochę stracił na tym. Tak więc są przewiny a przewiny. Ty wytaczasz ciężkie działa, co by, gdyby i zaraz jakies ekstrema. Oczywiście, że mam swoje zasady, ale przyjaciele sa dla mnie wazniejsi niż zasady, więc gdy o nich chodzi, potrafię zasady naginać a nawet łamać, jeśli im to pomoże a innym większej szkody nie przyniesie. Trzymanie się sztywno zasad uważam za głupie i nieludzkie. Ale co, kto lubi... To jest wybór jak ten pomiędzy literą a duchem prawa, gdzie wsadza się do więzienia chorego człowieka za kradzież batonika. No bo kradzież to przecież kradzież!
Ale wracając do rzeczy. Czasem zdrada nie jest przyczyną a skutkiem i to też trzeba wziąć pod uwagę. Nie akceptuję tylko notorycznych zdrad, gdzie dla kogoś jest to sposobem na rozrywkę i nie ma głębszych refleksji w temacie.
Bezmyślne wpieprzanie się w czyjeś życie i donoszenie, bo zobaczyło się czyjegoś meża czy żonę z kochankiem naprawdę może byc krzywdzące. Pewnie niejedna “życzliwa” menda rozwaliła czyjeś małżeństwo ktore być może mogłoby dalej sobie trwać w zgodzie i szczęściu, (bo nie każdy kto zdradził to bezmyślny ruchacz) ale druga strona nie udźwignęła prawdy... Są tacy, co żałują i sami źle się z tym czują. Prawda nie zawsze czemuś służy, prawda często rani i tyle z tej prawdy korzyści.
Ja nawet nie jestem za tym, aby samemu mówić partnerowi o zdradzie, gdy żalujemy i postrzegamy ją jako totalną głupotę i zaćmienie umysłu a co dopiero żeby inni donosili. Lepiej zachowac to dla siebie niż podwojnie ranić bliską osobę. Bo co mi po tej wiadomości? No ok, mąż mi powie, że był głupi i mnie zdradził i bardzo tego żałuje. I co ja mam zrobić z tą prawdą? Gdzie mam ją schować? W jaką kieszeń? Do jakiej szuflady? Po co mi ona? Przecież nie rozwalę z powodu jednego błędu, naszego malżeństwa, zwlaszcza, że czuję się w nim szczęśliwa. Gdybym to zrobiła to znaczy, że to małżenstwo i tak było do dupy, skoro taki incydent przeważyłby szalę. Ale ta prawda będzie mnie uwierać jak drzazga. Wybaczyć, wybaczę, bo wyżej stawiam wspólne lata i to, co nas łączy niż urażoną dumę własną, że dotykał inną kobietę. Umiem zrobić bilans zysków i strat i nie przekreślę x lat z powodu jednej czy kilku nocy. Ale zapomnę? Pewnie, że nie, demencji nie mam jeszcze. Więc co mi ta prawda konkretnie da i w czym pomoże? On może juz nawet nigdy nie spojrzeć na inną kobietę a ta prawda będzie kładła się cieniem na nasze dalsze wspólne życie. I tak samo jest z prawdą od osób trzecich. Jak chcą zrobić dobry uczynek, to lepiej niech pieski w schronisku nakarmią
Tu przynajmniej mają 100% pewności, że wyjdzie im to na zdrowie
Tak więc może ci nadgorliwi niech się 100 razy zastanowią czy tą swoją prawdą nie zrobią komuś niedzwiedziej przysługi. Nie zawsze wszystko jest takie oczywiste jak się z boku wydaje.
I tyle w temacie. Idę na kolację 