Dziewczyny, muszę się troszkę wygadać, bo to niesprawiedliwe (ja to tak odbieram) a do tego demotywujące....
<demotywujące? istnieje w ogóle takie słowo? - jakiego powinnam uzyć, bo zaćmienia dostałam... ;P>
od początku września jestem na diecie, najpierw na rozdzielnej, ale takiej własnej
i zaczęłam też wtedy ćwiczyć, taki zestaw ćwiczeń aerobowych, po kilku dniach przyłączyła się do mnie moja koleżanka, z która jesteśmy blisko już od 19 lat! zawsze obie miałyśmy problem z tuszą, pewnie dlatego się kolegowałyśmy, a potem ta znajomość się utrzymała... z tym, że ona jest ode mnie trochę wyższa no i lżejsza, choć ma inną budowę niż ja... ja od początku września, gdyż jeszcze pod koniec ówczesnego miesiąca byłam na kopenhaskiej. w sumie do dziś zrzuciłam 10 kg, ona też mniej więcej tyle razem ze mną...
ale problem tkwi w tym, że przychodzi do mnie, waży się u mnie, strasznie się szczyci, a najbardziej mnie denerwuje, gdy nawet u mnie, z moim synem zajada się słodyczami, co jakiś czas robi odstępstwa od diety <jest na tej mojej pierwotnej, bo ona prawie nic nie lubi> dzisiaj też zjadła normalnie bułę! z mężem moim ostatnio piwko i fryteczki.... normalnie szok, a ciągle chudnie! ze względu na posturę ona naprawdę już fajnie wygląda, a tak sobie pozwala... to boli...
a ja tak czekam na efekty...
nawet mój mąż ostatnio stwierdził, że cieżka jest do diet, nie potrafi się powstrzymać, no ale cóż z tego, i jak ma sobie nie pozwalać, gdy to nie przeszkadza jej w chudnięciu... i inni ją chwalą, że świetnie wygląda... niech sobie tak mówi, chwali się i ok. ja się cieszę, bo sama ją w to wciągnęłam... mogłam spodziewać się, że szybciej osiągnie lepszy wygląd bo ma mniej do zrzucenia, no ale...
strasznie jest mi przykro, gdy swoje stare ciuchy nazywa ogromnymi, spodnie namiotem! noż kurde, przecież przynosi mi te spodnie, żebym ja wykorzystała podczas chudnięcia, ale ja jeszcze w nie nie wchodzę, wiem, że pewnie też dlatego, bo mam inną figurę, dużą pupę, grube uda i szerokie biodra, a ona przeciwnie, raczej prosta w biodrach a jak tyje to brzuch i ramiona <taka prosta budowa> więc po prostu jej krój spodni na mnie nie pasuje, bo na nogi wchodzą tylko na brzuszku się nie mogę dopiąć, a ja mam straszny brzuch w miejscu macicy <dodam, że ona jest panną a ja mam 6-letniego synka>.
wiem, że zadna nie jest niczemu winna, ale jakieś to takie nieprzyjemne, gdy ktoś nazywa siebie słoniem, zdając sobie sprawę, że rozmawia z osobą z jeszcze większym problemem... nie wiem jak ludzie to robią, ale nieraz tak siebie nazywają, że dla mnie samej brakuje określenia... wiem, że każdy postrzega siebie inaczej, bo każdy troszczy się o siebie, ale ja wciągnęłam ją w to, własciwie zmusiłam ją do diety i ćwiczeń, by wzięła się za siebie, bo jest coraz gorzej <miała problemy, ale to nie znaczy, by się w ten sposób niszczyć> udało mnie się ją przekonać, a ona tak się odpłaca...
to przykre, tylko tyle...
wciąż powtarza, że jeszcze 15 kg jej zostało, a wtedy ja na nią patrzę i mówię: "tak?, no cóż, pomyśl, że jak Ty już zrzucisz te 15 kg, ja będę miała przed sobą jeszcze 10~!!!!!! " rzadko przemawia do niej z jakimś efektem... 
przepraszam, że zaśmiecam forum, ale potzrebowałam tego, bo to trwa już jakiś czas i zaczęłam sobie nie radzić....