Cześć Kobietki,
piszę tutaj, bo bardzo chciałabym się komuś wygadać o tym, co mi leży na sercu. Obecnie nie mam z kim o tym pogadać i bardzo liczę na Wasze świeże spojrzenie na sprawę. W tym roku skończyłam studia pedagogiczne, a że po drodze miałam różne zawirowania kończę je dopiero w wieku 28 lat. Właściwie poszłam na te studia, bo poszłam, bez jakiegoś wielkiego zamiłowania do pracy z dziećmi. Ciągle miałam wpajane do głowy, że studia trzeba skończyć i już, bo każdy teraz je robi. Nie byłam wtedy jeszcze zdecydowana co chcę w życiu robić, nie wiedziałam co mnie kręci, ale studia zaczęłam i to był błąd. Dopiero do mnie teraz dotarło, że to nie jest to, czym chcę się w życiu zajmować. Od 3 miesięcy szukam pracy w tym moim nietrafionym zawodzie, nie mogę nic znaleźć. Siedzę w domu i mam strasznego doła. Dopadła mnie jakaś depresja, mam poczucie, że zmarnowałam sobie życie, że nic już z tym nie można zrobić. Dopiero teraz, kiedy studia się skończyły i przyszedł ten realny czas na szukanie pracy pojęłam, ze popełniłam ogromny błąd. Tak to jest jak traktuje się studia jako cel sam w sobie, a nie myśli się o tym, co będzie przez resztę życia. Ja przez całe 5 lat się oszukiwałam, wmawiałam sobie, że "jakoś" to będzie, jakaś praca się znajdzie. Możecie powiedzieć, że co dopiero teraz się kapnęłaś, że to nie dla ciebie? Ja to gdzieś w głębi siebie wiedziałam już dawno, ale spychałam te myśli na tył głowy, wmawiając sobie, że jakoś się ułoży, coś w stylu mechanizmu wyparcia. Nie miałam odwagi zebrać się w sobie i to zmienić. Jak wysyłam CV do przedszkoli i żłobków to ryczeć mi się chce, bo coś we mnie krzyczy głęboko, że to nie jest dla mnie. Nie mam też ani świeżości, werwy do zapału szukania pracy, bo mój wewnętrzny głos powtarza, że to błąd.
Ja dopiero teraz zrozumiałam jak ważne w życiu jest to, żeby robić to co się kocha, to do czego ma się zapał i chęci, bo marnowanie życia na chodzenie dzień w dzień do znienawidzonej pracy jest katowaniem siebie samego. Dziś wiem, jak chciałabym żeby wyglądało moje życie zawodowe. Chciałabym być higienistką/asystentką stomatologiczną. Zrozumiałam, że to wychodzenie codziennie rano do przychodni stomatologicznej dawałoby mi szczęście i spełnienie a nie wychodzenie do przedszkola. Ten pomysł nie pojawił się teraz. Kiełkował we mnie od 2 roku licencjatu i dopiero teraz jak pojawiła się pustka po skończonych, kompletnie nietrafionych studiach, uderzył we mnie ze zwielokrotnioną siłą. Myśli o tym zawodzie wracały do mnie jeszcze kilkakrotnie w ciągu studiów i sama nie wiem dlaczego je wtedy zagłuszyłam i nie miałam odwagi, żeby zmienić coś w życiu.
Poradźcie mi proszę, co zrobiłybyście na moim miejscu. Ja wiem, że bardzo bym chciała, tylko czy ja nie jestem już za stara na zmianę zawodu?Na zaczynanie od nowa? Bo wiem, że chcę, ale w głowie ciągle mam, że już jest za późno. Moi znajomi rówieśnicy już dawno mają stabilizację zawodową, są szczęśliwi, a ja... no właśnie... Ciągle się do nich porównuję i łapię przez to jeszcze większy dołek:( Mój problem też tkwi w tym, że mam bardzo niskie poczucie wartości, moja głowa mówi mi, że jestem nikim, jestem beznadziejna, bo nie potrafię pokierować swoim życiem. Wszystkie nawet najmniejsze problemy urastają w mojej głowie do ogromnych problemów bez wyjścia. W mojej rodzinie są osoby chorujące na depresję i zauważyłam, że ja też mam do niej skłonności. Ciągłe pesymistyczne myśli, obniżony nastrój, poczucie beznadziei. Może dlatego nie potrafię się za siebie wziąć i walczyć o siebie, o swoje marzenia, o swoje szczęście. No bo jak to mnie ma się kiedyś udać i mam być szczęśliwa? Inni tak, mnie nigdy się to nie przydarzy. Mam teraz ogromne poczucie zmarnowanego życia, żal do samej siebie. Od tego siedzenia w domu mi się nie poprawia, wprost przeciwnie. Jestem płaczliwa, mam kłopoty ze snem, apetytem. Wszyscy rano jak wstają to idą pracy a ja stoję w miejscu. Nie potrafię sobie z tym poradzić. Odkąd pamiętam byłam bardzo wstydliwym, nieśmiałym, wycofanym, nie wierzącym w siebie dzieckiem. Byłam też dość długo otyła, inne dzieci się ze mnie śmiały, co potęgowało te wszystkie moje odczucia. Wstydziłam się nawet pójść na pocztę, do banku czy gdziekolwiek, bałam się kontaktu z ludźmi. Teraz jest już dużo lepiej, ale coś we mnie z tego dziecka zostało. Może dlatego tak trudno walczyć mi o marzenia, o samą siebie, zaryzykować, coś zmienić.
Dziewczyny co mam zrobić? Zawalczyć o siebie, nie przejmować się swoim wiekiem i dążyć do zmiany zawodu, który chciałabym wykonywać? Czy dać sobie spokój. Bo ja widzę siebie w tym zawodzie, tylko jakaś zewnętrzna siła mnie blokuje.
Od siebie chcę Wam powiedzieć żebyście absolutnie nie szły na jakieś tam studia, bo tak trzeba, bo każdy idzie, bo co inni powiedzą itp.,itd. Ważne jest żeby wsłuchać się w samego siebie, zrobić wizualizację swojej osoby za 10 lat i odpowiedzieć sobie na pytanie czy ja faktycznie chcę pracować w danym zawodzie. Bo 5 lat szybko mija, a potem przychodzi gorzkie rozczarowanie, jeśli poszło się na coś z braku laku.
Dziękuję wszystkim, które wytrwały do końca moich wywodów, ale musiałam, bo duszę to w sobie i jestem sama ze sobą z moimi rozterkami. Powiedzcie proszę co myślicie, dziękuję z góry za każde słowo