Witajcie, mam na imie Aśka i mam wielki problem. Wysiadam psychicznie. jezeli coś jest ze mną nie tak to śmiało możecie mnie zjechać.
Mam 23 lata, mój partner 24. z pozoru jesteśmy bardzo młodymi ludzmi. jestesmy ze sobą rok i kilka miesięcy. Co tydzien są regularne sprzeczki i kłotnie dotyczące... ślubu. Nie wiem czy mój partner jest aż tak we mnie zakochany że chce mnie sobie "zaklepać", czy on myśli ze nigdy już z nikim nie będzie? bardzo Go kocham ale niestety nie jestem w stanie po tak krótkim czasie zadecydować czy chce spędzić z nim reszte zycia. On dzień w dzień oczekuje ode mnie deklaracji, z tego powodu strasznie mnie zniechęca. Dla mnie ślub to pewnego rodzaju formalność, jezeli ludzie sa szczeęsliwi przed, będą szczesliwi również po ślubie. Mówi mi ciągle ze jestem bardzo dziwna, bo każda kobieta marzy o rodzinie, o ślubie a ja tego tematu unikam jak ognia. Ja jemu nigdy nie dałam do zrozumienia ze nagle przestane z nim być. Owszem, jeżeli będzie sie układało to pomysle o ślubie ale nie teraz. w kłotni twierdzi, że mam rozum dzieciaka i zapewne chce sie jeszcze "pobawić", że inna dziewczyna by sie cieszyła, ze facet myśli tak poważnie o związku. Twierdzi ze on nie jest "samochodem na jeździe próbnej"
Jeszcze chwila, a ja wyląduje w psychiatryku, aż mi się płakać chce. Słowa ze chce z nim być nie dają zadnego rezultatu. Ja nie lubie nic obiecać a poźniej sie z tej obietnicy nie wywiązać. Mam ślepo go zapewnić ze wyjde za niego? ja nie wiem co będzie kiedyś, a facet który non stop gada o ślubie powoduje we mnie ucieczke. Wszystko w swoim czasie ale nie dla niego. Pomocy