Dzień dobry : ) Przychodzę po radę, bo samodzielne rozważania nie przynoszą rezultatu.
Półtora roku jestem w związku. Idealnym, wydawałoby się. Przeżyliśmy etap pierwszego zakochania, facet jest troskliwy, czuły, pokazuje, że mu zależy. Naprawdę bardzo mnie kocha. Ma szerokie horyzonty intelektualne, zainteresowania, potrafimy godzinami ze sobą rozmawiać. Było cudownie, ciekawie i sielankowo... dopóki nie zaczęliśmy rozmawiać na tematy światopoglądowe.
Ja jestem ateistką, feministką z liberalnymi poglądami. On twierdzi, że ma poglądy "umiarkowane", co w naszym pięknym kraju oznacza np. zachowanie aktualnego kompromisu aborcyjnego i zakaz małżeństw homoseksualnych (bo stąd już "prosta droga do adopcji"). Dla mnie takie poglądy są nie do przyjęcia, bo świadczą o różnych nieciekawych cechach - lęku przed ludźmi, którzy są w jakiś sposób "inni", braku empatii. O lęku przed światem zresztą też, bo chłopak w ogóle ma skłonność do widzenia świata jako zbioru zagrożeń, zarazków i bógwieczego jeszcze (ja przeciwnie - staram się ufać ludziom i jakoś mierzyć ze światem).
Dużo o tym rozmawialiśmy, ale te rozmowy tylko doprowadzają mnie do płaczu. On szuka rozwiązań "kompromisowych", a dla mnie w tym akurat względzie nie ma możliwości kompromisu, bo zwyczajnie nie akceptuję ludzi, którzy np. uważają, że mają prawo dyktować kobietom cokolwiek w kwestii aborcji. Tzn. oczywiście mogę sobie z nimi iść na kawę czy na imprezę, ale nie budować związek i iść razem przez życie. Trochę mnie przeraża, że jestem z człowiekiem, który jest w stanie na poważnie używać słowa "homopropaganda". Kompromis z homofobem?... (On oczywiście się za takiego nie uważa.) Długo się łudziłam, że da się mu pewne rzeczy wytłumaczyć, ale on nie zmieni zdania - mimo że już wielokrotnie w dyskusji na tematy światopoglądowe zwyczajnie brakło mu argumentów. Kończy się na jego stwierdzeniu, że on "nie wie", "czuje, że coś z tym jest nie tak" albo "sobie przemyśli" (po czym w następnej dyskusji wracamy do punktu wyjścia). Dla mnie to jest oznaka słabości - oznaka, że nie ma nawet na tyle odwagi, żeby określić swoje poglądy (i dlatego opowiada się za stroną umiarkowaną, po prostu aktualnie najpopularniejszą w kraju, w którym żyje).
Dużo się naczytałam o tym, że przy wzajemnym szacunku wszystko da się pogodzić, ale... ja chyba nie jestem na tyle dojrzała, żeby szanować poglądy, których nie rozumiem i którym się ostro sprzeciwiam? Niemniej jednak - głupio się rozchodzić przez poglądy. Głupio odrzucać czyjąś miłość i fajny związek. Dalej ciekawie mi się z nim rozmawia - problem w tym, że przez to wszystko zaczęło mnie od niego czasem odrzucać także fizycznie, po prostu trudniej poczuć bliskość. Jesteśmy teraz w związku na odległość (jeszcze trzy miesiące), gdy do mnie przyjechał w odwiedziny, ta trudność dała o sobie znać. Łatwiej się też irytowałam, robiłam problemy z niczego - bo każda drobna sprawa jest dla mnie teraz symptomatyczna.
Strasznie się rozpisałam. Przepraszam, bardzo-bardzo musiałam się wygadać. Boli mnie to wszystko, bo poza tym aspektem z tym chłopakiem układa mi się naprawdę dobrze i miałam nadzieję, że to może już na stałe? Powiedzcie, istnieją jakieś sposoby, żeby zaakceptować takie różnice światopoglądowe? Czy raczej nie widzi wam się, że ten związek przetrwa?
Macie podobne doświadczenia?