Hej, mam 22 lata i od trzech lat jestem w związku. Widzimy się codziennie i mieszkamy bardzo blisko siebie, prawie tak jakbyśmy razem mieszkali.
Od pewnego czasu (koło pół roku, lub więcej) jest coraz więcej problemów, kłótni, niemiłych słów.
Mój chłopak staje się coraz bardziej nieambitny, niezorganizowany, nawet nie napisał obrony w terminie z powodu lenistwa, jego życie to komputer-łóżko, zanikły wspólne wyjścia, spacery, wieczne problemy o moich znajomych, wyzywanie ich od frajerów, brak wsparcia i zainteresowania mną i moimi projektami i rozwijaniem się.
Czasem też jest też jak dawniej, rozmawiamy, mamy swoje przekonanie o byciu "innym niż inni", spędzamy dużo czasu, zachowujemy się jak dobrzy kumple, czasem się mną zaopiekuje, zatroszczy, ale dawno nie czułam się bezpieczna i pewna, że to ma przyszłość.
Ja też zachowuję się źle, robię akcje, podnoszę głos, nie mogę znieść wielu rzeczy, poważne rozmowy zamieniają się we walkę.
Jest jeszcze jeden duży problem. Mianowicie mój dobry kolega, z którym mam dużo projektów i spraw, z którym świetnie się dogaduje i cenię bardzo tę znajomość. Bardzo mu się spodobałam. Znajomość się nie zakończyła, ale , ale wyraźnie powiedziałam, że nic z tego nie będzie i oficjalnie nie ma sprawy. W rzeczywistości dalej mu się podobam, ale ciężko skończyć tę znajomość. Szczerze - nawet bym nie chciała. Mój chłopak go nienawidzi, padają złe słowa, każde moje wyjście do znajomych, gdzie on też będzie kończy się problemami do mnie, krzykami, wyznaczaniem godzin wyjścia i powrotu, wieczna kontrola... zupełny brak zaufania. Nigdy nic nie zrobiłam, no może na początku związku jakieś dziecinne picie i brak odpowiedzialności, ale zawsze byłam fair.
Ostatnio się dowiedziałam, że moje uczucia po nim spływają i ma mnie w d***, że musi się zająć sobą. Doskonale wie, że się pogubił, ale to nie powinno przecież znaczyć, że się nie liczę... Potem mnie przepraszał i cofał to, a potem znowu to samo.
Nie wiem co czuję, czy nadal go kocham czy to przywiązanie. Nie chcę wyrzucać uczucia, o którym tak długo kogoś zapewniałam, chcę być wsparciem i rozwiązać to jakoś, ale jednocześnie już nie mam siły i nie mam wiary... On nie chce ze mną zerwać, wiem, że się boi być sam, ja też.
Wszyscy mówią, że to toksyczne, że lepiej jak to zakończę, ale nawet nie wiem jak. Wydaje mi się, że to nigdy się nie skończy i chyba nawet nie chcę.
Tak jak pisałam, jestem zmęczona i sama nie wiem co chcę, co oczekuję, co robię źle i co czuję. Mnóstwo było rozmów i listów, efekty na krótki okres czasu...
Piszę z prośbą, żeby ktoś obiektywnie na to popatrzył albo opowiedział mi czy był w podobnej sytuacji i jak się to potoczyło.