Czy wg was we wchodzeniu w związek lepiej kierować się sercem czy rozumem? Pamiętam okres sprzed 2 lat, kiedy niemal od początku czułam to "coś", spadło to na mnie jak grom z jasnego nie ma, facet podobał mi się prawie od razu. Zauroczenie totalne. Uczucie niemal jak z bajki, trudne do opisania, cudowne. Jednak miałam wtedy 18 lat, a więc same: młodość i szaleństwo.Zastanawia mnie czy w przypadku dorosłych ludzi w budowaniu poważnej dojrzałej relacji początki muszą być takie, jak te opisane przeze mnie powyżej? Czy ja nazbyt nie idealizuje tych emocji i nie sakralizuje uczuć, które wtenczas mi towarzyszyły?
Od roku spotykam się z pewnym mężczyzną. Faceta zakwalifikowałam juz na samym początku do takich "przeciętnych", ogólnie nie w moim typie, jednak nie najbrzydszy. Nie tknęło mnie nic, jednak okazywał mi swoje zainteresowanie, więc dałam nam szanse na bliższe poznanie. Okazał sie dobrym, madrym, inteligentnym, ciepłym człowiekiem. Polubiłam przebywanie z nim. Facet ten stał się moim przyjacielem. Ufam mu jak nikomu. Zawsze kiedy tego potrzebuje, mogę liczyć na jego pomoc. Krótko mówiąc- dobry materiał na związek. Więc czemu nie spróbować? No ale właśnie...On się chyba JUŻ zakochał. Obojgu nam brakowało/ brakuje bliskości i czułości, co jest zrozumiałe jeśli chodzi o osoby samotne, więc obdarowujemy się nią wzajemnie. Pocałunki- zarówno te delikatne jak i namiętne, pieszczoty - owszem- przyjemne, ale dziwnym byłoby gdyby ciała męskie i damskie na siebie nie reagowały. Brak mi w tych gestach czegoś, jakby były niepełne...
Z nostalgią wspominam okres, gdy samo spojrzenie i obecność obiektu westchnień przyprawiały mnie o zawroty głowy, a pod wpływem jego dotyku moje ciało "paliło się".
Co o tym sądzicie?