Witajcie
Jestem tutaj nowa. Mam nadzieję, że mi pomożecie.
Od razu przejdę do rzeczy. Od roku spotykam się z pewnym chłopakiem. Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych. Szybko złapaliśmy kontakt i zaczęliśmy się spotykać, mimo że na początku naszej znajomości mieszkałam w innym mieście. Ale udało się jakoś utrzymać tę znajomość i teraz, kiedy wróciłam do mojego rodzinnego miasta, w którym on mieszka i pracuje, widujemy się mniej więcej 3 razy w tygodniu. Codziennie mamy ze sobą kontakt przez smsy lub na fb, piszemy sobie co u nas słychać, jakie mamy plany itd. Na spotkaniach jest zawsze miło, siedzimy u niego w mieszkaniu i gotujemy razem, oglądamy filmy albo idziemy do kina, na spacer, na rower itd. Jest dla mnie miły, nigdy mi złego słowa nie powiedział ani nawet nie podniósł głosu, każde nieporozumienie stara się ze mną przegadać na spokojnie. Ja jestem osobą dość emocjonalną i z moimi poprzednimi facetami bardzo ostro się kłóciłam, a przy nim spotulniałam, bo jak można krzyczeć na kogoś, kto Cię przytula i spokojnym głosem stara się wytłumaczyć swoje racje? Często mnie przytula i całuje lub po prostu na mnie patrzy i się uśmiecha kiedy jestem czymś zajęta. Jeżeli mi coś obieca to dotrzymuje słowa. Pamięta o urodzinach, walentynkach itd i zawsze daje mi z tej okazji jakiś drobiazg. Ja jemu też kupuję prezenty albo piekę dla niego ciasta, bo on bardzo lubi słodycze. Jest między nami chemia i lubimy ze sobą rozmawiać.
Niby wszystko jest idealnie, ale ja ciągle jestem smutna i płaczę. Problem polega na tym, że mój chłopak jest bardzo powściągliwy w mówieniu o uczuciach. Wychodzi z założenia, że słowa nic nie znaczą i to czyny się liczą. Kiedyś wręcz powiedział mi wprost, że on się wstydzi mówić o uczuciach i że nie czuje się komfortowo rozmawiając o takich sprawach. Przyjęłam to do wiadomości, więc go nie naciskam, chociaż jest mi bardzo smutno, bo zaczynam się bać, że nigdy nie usłyszę od niego, że mnie kocha, że jestem najważniejsza na świecie, że chce ze mną być już na zawsze itp. Co do jego czynów, to owszem, jest dobry, ale mam wrażenie, że to taki "program minimum". Brzmi to być może podle, ale kiedy słucham opowieści koleżanek, co ich faceci dla nich robią, że kupują im kwiaty bez okazji, że ciągle im mówią jakie są wspaniałe i cudowne, że spędzają z nimi każdą wolną chwilę, że nawet piszą dla nich wiersze, to jest mi trochę smutno, że mój Maciek taki nie jest. Moi poprzedni faceci byli zupełnie inni niż on - biegali za mną, byli wściekle zazdrośni, ciągle mi wyznawali swoje uczucia. Byli na każde skinienie palca. Nigdy się nie zdarzyło, żeby nie odpisywali mi na smsa przez kilka godzin. Natomiast Maciek, kiedy siedzi w pracy, na porannego smsa potrafi nie odpisywać do wieczora, dopóki nie wróci do domu. On w ogóle nie przepada za elektroniczną formą komunikacji, nigdy nie pisaliśmy ze sobą godzinami na facebooku, zawsze wolał się spotkać i porozmawiać na żywo. Ja rozumiem, że ma ciężką pracę, która czasami wyczerpuje psychicznie, ale kiedy tak milczy to czuje się po prostu ignorowana. Kiedyś takie długie nieodpisywanie zdarzało się też w dni wolne, ale na szczęście zmienił to sam z siebie. Kolejna sprawa jest taka, że czasami mam wrażenie, że on woli spędzać czas beze mnie niż ze mną. Owszem, sam proponuje spotkania i rzadko zdarza się, żeby je przełożył lub odwołał. Jeśli tak się dzieje, to przeprasza i proponuje jakiś inny termin. Jednak brakuje mi takiego "życia" ze sobą - nasze spotkania ciągle przypominają randki z początku znajomości, kiedy to jest się zawsze wystrojonym i robi się określone rzeczy, zamiast po prostu ze sobą być. Ja chciałabym się spotykać częściej niż te 3 razy w tygodniu, spędzić ze sobą cały dzień np. w weekend. Ale on potrzebuje mieć dużo czasu dla siebie, na sport i jak sam mówi - na siedzenie i gapienie się w ścianę, bo jest typem samotnika i w tylko w ten sposób ładuje baterie. Jeżeli siedzimy w domu to zawsze u niego, bo ja mieszkam z rodzicami i jeszcze się nie zdecydowałam na to, żeby przedstawić im Maćka. Kolejny problem dotyczy tego, że nie wychodzimy razem na imprezy. On nie imprezuje dużo, a jeśli gdzieś wychodzi to w męskim gronie jego kolegów z pracy. Albo idą na piwo, albo grać w piłkę nożną. Znam kilku jego kolegów, on zna kilkoro moich znajomych, ale to tylko dlatego, że pracujemy w dość hermetycznej branży, w której wszyscy się znają. On nie wychodzi ze mną na spotkania z moimi znajomymi. Byliśmy razem na sylwestrze u jego kolegi i raz zaproponował mi wyjście, bo jego znajomy coś organizował, ale później stwierdził, że jest zmęczony i jeżeli nie mam nic przeciwko to wolałby żebyśmy posiedzieli w domu. Czasami sobie myślę, że może on ukrywa przed nimi moje istnienie, zwłaszcza że nie lubi też okazywać uczuć w miejscach publicznych - nawet nie trzyma mnie za rękę kiedy spacerujemy. Kiedy się go zapytałam dlaczego to powiedział, że jest to dla niego niewygodne, ale jeżeli to dla mnie takie ważne, to może to robić. Oczywiście odmówiłam bo źle bym się czuła zmuszając go do czegokolwiek. Za to kiedy już siedzimy w kinie to trzyma mnie za rękę przez cały seans. Wszystkie decyzje podejmuje sam - np. ostatnio poinformował mnie, że jedzie z kolegą na kilka dni za granicę na jakiś mecz. Trochę mi się przykro zrobiło, że nie zapytał co ja o tym myślę, zwłaszcza że nam się jeszcze nie udało nigdzie razem wyjechać. Ale może przesadzam, bo ja też wyjechałam na 3 tygodnie bardzo daleko i nie pytałam się go o zdanie, chociaż to była inna sytuacja, bo był to wyjazd rodzinny. Nie przepada też za wspólnym spaniem w jednym łóżku, bo się nie wysypia. Fakt - ja też nie, ale uważam że to kwestia przyzwyczajenia. Martwię się jednak, że on nie chce tej kwestii zmienić i mówi, że taki już po prostu jest, że woli spać sam. Na mój argument, że wspólne spanie to element budowania bliskości odpowiada, że to bzdura, bo przecież i tak jest się wtedy nieświadomym, a on woli się porządnie wyspać i spędzić ze mną czas będąc wypoczętym. Także śpimy razem bardzo rzadko, bo ja nie mam ochoty czuć, że w jakiś sposób mu się narzucam.
Kiedyś jeden naszych kolegów powiedział mi, że to dobry chłopak, ale "upośledzony emocjonalnie" i żebym dała mu szansę. Teraz już i tak dogadujemy się lepiej niż na początku, on też zmienił swoje nastawienie i widzę że powoli się otwiera, ale dla mnie to żółwie tempo jest po prostu nie do wytrzymania. Po prostu nie wiem czy ta znajomość rokuje na przyszłość, zwłaszcza że ja jestem BARDZO uczuciowa i najchętniej na każdym kroku pokazywałabym mu jaki jest dla mnie ważny i jak bardzo go kocham. Niestety tego nie robię, bo boję się, że on się tego wystraszy i ucieknie. Wiem, że mu na mnie zależy, bo pokazał to w różnych sytuacjach, ale nie wiem czy mu zależy na mnie bo jest dobrym człowiekiem i mnie bardzo lubi, czy dlatego, że czuje do mnie coś więcej... Powiem wprost - boję się, że on mnie po prostu nie kocha, że jest ze mną, bo lubi po prostu moje towarzystwo. Dodam, że kiedyś żaliłam się mu, że czuję się "niedopieszczona", a on wtedy powiedział - no ale jak to, przecież spotykamy się ciągle, przytulam cię cały czas, gotuję ci obiadki... To mało? Niestety dla mnie chyba za mało...
Ciekawa jestem jakie macie doświadczenia z takimi osobami? Może macie jakieś rady jak do niego dotrzeć? A może uważacie, że związek dwóch tak różnych osób nie ma sensu? Będę bardzo wdzięczna za wszystkie odpowiedzi.