Witajcie,
mam dosc nietypowy problem. Rejestrujac sie, i piszac tego posta licze na Was drogie Panie, ze poradzicie mi w sprawie z jedna dziewczyna.
Jestem na emigracji. Kto byl, ten wie, ze najlepszym i najtanszym sposobem na zamieszkanie jako singiel jest po prostu wynajecie sobie pokoju w domku z innymi wspollokatorami.
Moja historia tez tak wlasnie wyglada. Nie tak dawno wprowadzila sie do nas pewna dziewczyna. Ladna, skromna, cicha. Spodobala mi sie. Mieszkamy jednak obok siebie. To jest problem, no bo jak drogie Panie mam ja "poderwac"?
Ja jestem tego zdania, ze ewentualne zwiazki powinny miec taki przebieg:
Poznanie sie na imprezie, przez znajomych, w parku itd, potem wymiana numerow, nastepny krok to randki, kino, kolacja, spacer. I po tych krokach powstaje jakas tam relacja, ktora moze sie zakonczyc zwiazkiem. Pozniej wspolne plany, wyjazdy, zamieszkanie razem, slub itd itd.
W moim przypadku sprawia sie utrudnia, bo jak sobie wyobrazacie schemat, ze mialbym ja zaprosic gdzies na kolacje, a potem odprowadzic ja do domu, w ktorym sam mieszkam? Dziwne, co nie?
A pozniej nastepnego ranka, zamiast napisac jej smsa z czyms milym, widzialbym ja w szlafroku w salonie przy sniadaniu...
Jak zatem poradzic sobie z tym?
Czy zwiazek w takich okolicznosciach ma w ogole prawo bytu?
Prosze Was o pomoc. Jak Wy chcialybyscie, aby mezczyzna ktory Wam sie podoba (a mieszkacie razem) to rozplanowal i z tego wybrnal?
Pozdrawiam,
zagubiony i zrospaczony