Witam,
od 1,5 roku jestem w związku. Różnie między nami bywało, głównym moim problemem z którym chce się do Was zgłosić jest mój paniczny lęk przed porzuceniem, szaleńcza miłość i chyba osaczanie w jednym. Bardzo potrzebuję wsparcia a przyjaciółka nie ma już do mnie siły.
Ostatnio miałam z partnerem pewna nieprzyjemna rozmowe której meritum było to, iż nie mam własnego życia. Delikatnie mi zasugerował, że gdy sie poznalismy byłam zajęta pracą plus pracą dodatkową, wychodziłam do znajomych a teraz głównie to pisze do niego od rana kiedy przyjedzie i czekam na niego. Ż czasem czuje się przymuszany przeze mnie do pewnych rzeczy i że to nie jest dobre... Mielismy kilka kryzysów kiedy mówił mi że on już nie wie co czuje, że nie wyrabia by mi dać to czego ja oczekuję. Ale nigdy się nie rozstaliśmy. Po kiku dniach sytuacja wracała do normy.
Ale właśnie. Jesli o mnie chodzi jestem niereformowalna. Obecnie sytuacja wyglada tak, ze ja NIE UMIEM o niczym innym mysleć i niczym innym się zająć. Zamiast koncentrować się na sobie to ja od momentu gdy otworze oczy zastanawiam się co on robi, czemu nie napisał, czy napisze i czy przyjedzie do mnie. Mam w głowie milion scenariuszy, milion mysli i tak bezczynnie potrafie przesiedzieć az przychodzi ta gdz 15:00/16:00 kiedy najczęściej on sie pyta gdzie jestem bo jedzie.
Widujemy się bardzo często średnio codziennie - on śpi u mnie bo mam mieszkanie. Ale czasem zdarzaja nam sie dzien czy dwa dni przerwy, ktore zamiast wykorzystać z pożytkiem dla siebie to je marnuje na rozkminy ze ja bardziej go kocham niz on mnie bo mnie go brakuje a jemu nie...
Zdarzyła sie nawet sytuacja kiedy pisałam do niego juz od gdz 13:00 a on mnie ochrzanił, ze on ma duzo rzeczy na głowie i jak powiedział ze przyjedzie na kolacje koło 19 to przyjedzie...
Jestem okropna- wiem o tym. W tym tygodniu ma do skonczenia ważny projekt. Napisał mi w pn. W zeszłym tygodniu widzielismy sie praktycznie codziennie a teraz od pn do dzisiaj nie. Mamy kontakt smsowy (chociaz on pismienny nie jest za bardzo) ale mnie ciągle jest za mało... Bo chce wiecej czułosci, wiecej słów, bo smsmy są zbyt suche i oficjalne. Zawsze coś. Nawet gdy odpisał o 2 w nocy ze jeszcze pracuje i ze sie martwi bo jest w czarnej... oraz dobranoc to też, że jest za mało bo mógł zadzwonić.
Oczywiście powstrzymuje się i nic mu nie mówię (pewnie nie jest nawet świadomy moich myśli) ale sama ze sobą się męczę. NIE CHCE TAK :-(
Czy to normlane w tej sytuacji ze 4 dni się nie widzieliśmy i mamy kontakt ale rzadszy ? Ja wpadam w jakas totalna paranoję. Wiem, że jak tylko mu sie zwolni i odda projekt to pewnie zadzwoni i sie spotkamy ale moja głowa rodzi takie scenariusze że az mi siebie żal. Ja bym ciagle dzwoniła...
Do tego dochodzi kompletna apatia i brak checi wstania z łózka. Nigdy czegos takiego nei miałam, byłam w jednym długim zwiazku (toksycznym bardzo niestety - facet okazał się psychopatą) ale wiem ze potrafiłam sie skoncentrować na sobie. Skonczyłam dwa ciezkie kierunki, miałam pasje, podróżowałam.
O sobie dodam, że nie jestem bezrobotna, pracuje i narobiłam sobie koszmarnych zaległości przez mój stan....
A i związek za chwile runie jak tak dalej pójdzie bo ja chyba go osaczam tą miłością :-( Nie zrywajac chyba daje nam szanse, ale nie wiem czy mnie kocha.
Brak mi naturalnego luzu i dystansu do relacji.
Co robić? Czasem mam poczucie, że wariuję... Pomocy....