Cześć. Postanowiłam tu napisać, bo niestety nie mam z kim pogadać...
A więc jesteśmy małżeństwem od 2 lat. Razem jesteśmy prawie 6. To jest dobra relacja, chociaż wiele razy bardzo mnie zawiódł. Jednak, nie wiem... Jestem uodporniona, nie czuła?? Moje rodzice wychowywali mnie twardą ręką - znęcanie psychiczne na porządku dziennym. Przeprowadziłam się do niego po niecałym roku znajomości. Przy nim odżyłam. W pełni.
Przed moją wyprowadzką moja kochana babcia miała udar mózgu. Gdy przywieźli ją do szpitala już nie mówiła i była w połowie sparaliżowana. Bardzo odbiło się to na moim zdrowiu psychicznym. Odwiedzałam ją codziennie. On nigdy nie poszedł ze mną. Mówił, że nie wiedziałby co powiedzieć, jak się zachować. A ja chodziłam i chodziłam i pieprzyłam jej o pogodzie na polu - nawet nie wiedziałam czy mnie rozumie. Zmarła po roku wegetowania. On nie był na pogrzebie, bo poszedł do pracy - nawet nie zapytał czy dostałby wolne, po prostu stwierdził, że nie dostanie i już. Już wtedy chciałam się spakować i po prostu odejść. Ale dokąd?? Nie miałam gdzie - nie chciałam wracać do domu. On przeprosił. Wybaczyłam. Później nie pojechał na jej grób w pierwszą rocznicę, bo dzień wcześniej zapił. Tak samo było rok później.
Mieszkaliśmy z jego matką - wdowa, nałogowa pijaczka - wielokrotnie mu to mówiłam, żeby zobaczył co ona robi, że to jego matka, żeby jej pomógł, ale on nie chciał tego widzieć. Miał swojego kochanego brata i kolegów, a ja musiałam wysłuchiwać jej pijackich bełkotów niemal codziennie. Nie chciałam jej zwracać uwagi - to nie moja rodzina, nie mam prawa. Byłam wykończona psychicznie. Później było tylko gorzej. Okazało się, że ona przez swoje pijaństwo zadłużyła całe mieszkanie, nie płaciła kredytu, chociaż my wszyscy nie płaciliśmy jej mało za mieszkanie i to każdy od łebka. Wtedy on wziął się w końcu w garść, zaczął z nią rozmawiać, chcieli rozwiązać jej problemy w rodzinie. Obeszłam to, że tak powiem szerokim łukiem.
Zaczęliśmy życie na swoim - wzięliśmy kredyt na mieszkanie. Jakoś się układało - on miał dobrze płatną pracę, ja w sumie też. Nigdy nie żyliśmy od miesiąca do miesiąca. Wesele - w całości opłacone przez moich rodziców - jego matka nie dała złamanego grosza. W niczym nam nawet nie pomogła. Ale nie obchodziło mnie to - to był nasz dzień i nie zepsuła mi go nawet pytaniem o godzinie 22, czy musi tu jeszcze siedzieć. Ehh...
Bardzo cieszyło mnie nasze życie. Nie obchodziło mnie, że miesiąc spaliśmy na materacach, ani, że drzwi się nie domykają. To był nasz dom, nasze miejsce. Nie było nas co prawda stać na remont, wszystko robiliśmy bardzo powoli, ale on miał wiecznie niedosyt. Chciał pieniędzy, remontu na raz, samochodu... A nas nie było na to stać. Pobąkiwał coś o wyjeździe za granicę, a ja mówiłam mu żeby cieszył się z tego co ma, że nie żyje nam się źle, ale jemu było mało. Dodatkowo jego brat wyjechał - chciał jechać do niego.
I wtedy straciłam pracę... Przepłakałam cały dzień, ale trudno. Trzeba wsiąść się w garść, żyć dalej. Wiadoma kolej rzeczy - CV leciało wszędzie gdzie się da, ale stawki... Hmm - kiepsko. I wtedy zadzwonił jego brat, że jest dla nas praca za granicą. Bardzo się łamałam - nie znam języka, nie chciałam zostawiać Polski, rodziny przyjaciół... Ale jemu świeciła się już tylko lampka w głowie - PIENIĄDZE. Nalegał byśmy spróbowali, że jak nam się nie spodoba, to wrócimy. Uległam.
Jesteśmy tutaj już prawie pół roku. Ogólnie to pracujemy osobno (kobiety same i mężczyźni sami). Mamy 3 współlokatorów, w tym jego brata. Wiecie co?? Nie podoba mi się tu. Praca jest ciężka, ale o dziwo tylko dla kobiet. Wykańczająca psychicznie i fizycznie. Miało być 8 h dziennie, a jest nawet i 14 h dziennie. Miała być kwota X, jest kwota o jakieś 300 euro mniejsza. Miała być zielona wyspa, a jest mały obóz. I mówię tu tylko p pracy dla kobiet, bo on ma całkowicie inne warunki. Dodatkowo nie radzę sobie w ogóle z językiem. Obcokrajowcy ze mną nie rozmawiają, z brygadzistami włącznie. Zawsze ktoś mi coś tłumaczy. Strasznie męczy mnie to psychicznie. Nie umiem sama zagadać, zresztą oni omijają mnie szerokim łukiem.
On dobrze wie jak się tu czuję. Obiecał, że będzie rozglądał się za czymś innym. Jego brat dzisiaj szyderczo zagadał, czy zmieniam pracę, bo przecież mi się nie podoba, a ja mówię, że tak, że tu nie zostanę. On mnie wyśmiał. Po prostu wyśmiał. Że nie wiem co mówię, że na jaką niby pracę, że nie ma pracy, że tu jest super. A mój mąż stanął po jego stronie. Powiedział mi, że sama nie wiem czego chcę w życiu, że nic mi się nie podoba. Przytaczał mi dawne nasze rozmowy, że w poprzedniej pracy też mi się coś nie podobało. I to wszystko przy swoim bracie.. Poszłam do swojego pokoju. On przyszedł i dalej na mnie z mordą. Że ja ciągle narzekam, że nic mi się nie podoba, że mam mu powiedzieć czego chcę w życiu. Że ciągle najeżdżam na jego brata, na jego matkę. Że jak chce to mogę wracać do Polski. I ja mu mówię, że rozumiem, że on zostaje, że to koniec, a on, że tego nie powiedział. nie o to mu chodzi. To były ostatnie słowa jakie dzisiaj zamieniliśmy.
Co ja mam robić?? Mam już dosyć - nie mam tutaj nikogo. On ma brata, a ja jestem sama. Po prostu sama.