Witam wszystkich.
Mam 36 lat.
Na wiosnę w biurze w firmie gdzie pracuje, pojawiła się nowa pracownica, z którą miałem regularny comiesięczny kontakt, z racji dostarczania jej dokumentów firmowych.
Sympatyczna, młoda 25 letnia dziewczyna, przykuła od razu moją uwagę swoim uśmiechem, pozytywną energią życiową ale przede wszystkim radością życia, która wręcz biła od niej blaskiem, aż miło było spędzić chwile w jej towarzystwie, wychodziłem od niej pełen energii i w lepszym nastroju niż przychodziłem. Jako osoba 11 lat starsza, ani razu nie spojrzałem na nią jako na potencjalną partnerkę... lub osobę mną zainteresowaną.
Z każdą comiesięczną wizytą w jej biurze, łapałem się na tym, że ona pamięta wszystko, co jej powiedziałem o sobie poprzednio, podtrzymuje rozmowę, pytaja o moje prywatne sprawy, o których towarzysko wspomniałem ostatnim razem, o moje zainteresowania nie związane z pracą. Rozmawialiśmy więc coraz więcej i coraz bardziej wychodziliśmy poza ramy spraw firmowych. Rozmawiało nam się na tyle dobrze, że po 3 miesiącach takich rozmów, łapałem się na tym, że rozmyślam o niej jeszcze kilka dni po naszym ostatnim służbowym spotkaniu. W pewnym momencie po prostu nie umiałem wyrzucić jej ze swojej głowy i wręcz czekałem na kolejną okazję spotkania, na kolejne dokumenty jej do dostarczenia.
Któregoś razu wymieniliśmy się mailami i nasza znajomość weszła na nowy poziom, okazało się że mamy o czym rozmawiać i idzie nam to tak dobrze, że wymienialiśmy tygodniowo setkę wiadomości a po miesiącu było ich już grubo ponad pięćset. Trudno było się wręcz zatrzymać i nasza relacja sama się nakręcała i metodą ewolucji w końcu wymieniliśmy się numerami telefonów.
Kiedy zaprosiłem ją na piwo, na wspólne wyjście by mieć możliwość porozmawiać bardziej na luzie i w cztery oczy, poza środowiskiem firmowym - dowiedziałem się , że nie bardzo może oraz spytała, czy uwadze mojej umknęła obrączka na jej palcu.
Rzeczywiście nie zwróciłem uwagi, byłą mężatką.
Mało tego także mamą rocznego dziecka, do tej pory w trakcie rozmów patrzałem jej raczej w oczy niż na dłonie a mailowo nie da się zauważyć obrączki.
Doznałem szoku ale z drugiej strony nie była to przecież przeszkoda, by dalej utrzymywać naszą koleżeńską relację. Tak czy tak cieszyłem się, że poznałem tak fajną i pozytywną osobę i od czasu do czasu mogę dać się oczarować jej towarzystwem.
Na piwo oczywiście nie poszliśmy bo uznała, że nie jest to na miejscu w sytuacji kiedy ma męża. Dalej jednak dużo rozmawialiśmy poprzez e-mail.
Mijały tygodnie a my dalej pisaliśmy i rozmawialiśmy, do tego stopnia, że spotkanie na mieście stało się wręcz czymś naturalnym i doszło jednak do skutku...
Okazało się, że poza firmą spędza nam się czas we dwoje wspaniale, że rozmowa na żywo nakręca się sama i lepiej niż zwykle, po piwie poszliśmy na dyskotekę. Nie jestem zwolennikiem tańca i klubów jednak z nią tam bawiłem się jak nigdy dotąd, wspaniale. Tańczyliśmy, piliśmy piwo, rozmawialiśmy to były wspaniale spędzone chwile a mi nadal nie przeszkadzało, że jest mężatką, wiedziałem, że rano obudzę się i będę miło wspominał wspaniale spędzony czas, a że jako mężatka jest mi niedostępna to nic, jako koleżanka sprawdza się wspaniale i to mi wystarcza.
Ani razu nie uderzałem do niej, nie podrywałem, nie flirtowałem, nie zachowywałem się niestosownie do jej stanu cywilnego. Nie w głowie był mi seks ani nawet pocałunek. Byłem oczarowany nią jako człowiekiem, tym jaką jest osobą, jaki wspaniale spędza się z nią czas i jak pozytywnie wpływa na ludzi wokół siebie oraz mnie.
Sytuacja się skomplikowała kiedy po kilku piwach w czasie tańca ona pocałowała mnie, (nie w policzek...) to był namiętny gorący pocałunek. Zaskoczył mnie jednak i nie umiałem powstrzymać się by go nie odwzajemnić. I tak się zaczęło...
To był punkt kuliminacyjny, potem nakręcało się bardziej i bardziej, więcej spotkań na żywo, więcej pocałunków po jakimś czasie (kilka tygodni) naturalną konsekwencją był fakt, że wylądowaliśmy w łóżku. Seks był wspaniały. Nasza relacja była wspaniała. Wszystko niczym sielanka, nakręcało się z naturalną lekkością a ja nie byłem w stanie oprzeć się tym postępom i odmówić sobie ciągu dalszego. Wiedziałem, że to co się dzieje nie jest na miejscu ale było zbyt piękne by zatrzymać się i nie brać więcej i więcej...
Po 3 miesiącach od pierwszego wyjścia razem na piwo, byłem już zakochany na zabój... Co było dla mnie nowe i ciekawe, nie pociągała mnie jako przysłowiowa "fajna dupa", nie postrzegałem jej jako kawał mięcha z długimi nogami i boskimi pośladkami, ja widziałem w niej wspaniałą osobowość, człowieka, niezłomny i pozytywny charakter, żywioł pełen energii, osobę inteligentną i błyskotliwą, byłem z nią szczęśliwy siedząc, rozmawiając, żartując z nią, patrząc na jej u śmiech, a seks i doznania łóżkowe to był zaledwie mało znaczący dodatek, choć i tu wszystko było jak należy i niczego nie brakowało, chcę tu tylko zaznaczyć, że to nie jedna z tych sytuacji, kiedy 36 latek (czyli ja) poznaję 25 latkę, młodą fajną laskę i urzeka go jej ciało, fizyczność, sex i jędrne cycki. Ja byłem (nadal jestem) prawdziwie zakochany, świadomie i w pełnym słowa znaczeniu w niej, w jej osobowości na wszystkich możliwych płaszczyznach.
Krótki czas potem i ja doczekałem się od niej wyznania miłości oraz dowiedziałem się, że od kiedy się spotykamy ona nie traktuje mnie jako zabawki czy odskoczni, do tego nie współżyje z mężem już długie miesiące, że jest mi wierna pomimo swojego małżeństwa.
Taka sielanka nie mogła trwać długo z samego założenia. I tym razem było podobnie. Mąż dostał się do jej skrzynki mailowej i odkrył nasz romans.
Powiedziała mężowi, że kocha mnie i chce ze mną być, sprawy wymknęły się spod kontroli, zaczełem myśleć że to może się udać i że możemy być razem, nigdy wcześniej nie patrzałem tak na nas, od początku mówiłem, by się zastanowiła bo sytuacja nasza może zniszczyć jej małżeństwo. Deklarowałem, że nie chce być kłopotem ani przyczyną rozpadu jej związku z mężem i jak tylko będzie chciała odejdę z dnia na dzień.
Jej mąż wysłał mi nawet zaproszenie na rozmowę w 4 oczy, na którą poszedłem. Zapytał dlaczego mu to robię, dlaczego rozbijam mu rodzinę. Odpowiedziałem, że nie robię nic wbrew jego żonie, i że skoro zrobiło się miejsce na uczucie, na miłość i na mnie w ich małżeństwie to coś musiało być tego powodem. Oświadczyłem, że w pewnym momencie i mi zaczęło zależeć i że od początku obiecałem jego żonie, że nie bede jej utrudniał, gdyby chciała abym zniknął z jej życia... Facet przyjął to z dziwną wyrozumiałością i przejęciem jednak ucieszył sie z mojej deklaracji odejścia na prośbę jego małżonki...
Wiem, że budowanie związku na gruzach innego związku nie jest nigdy dobrym wyjściem ale też nie byłem osobą która naciska, szantażuje, manipuluje, stałem raczej z boku jako obserwator, czekając raczej na sygnał do odwrotu. Taki jednak nie dotarł, za to deklaracja od Niej, że może będziemy razem, tylko mam dać jej miesiąc czasu na podjęcie tej decyzji i uporządkowanie swoich spraw.
Po miesiącu dostałem maila w którym ona pisze, że nie da jednak rady odejść od męża, że przerosło ją to wszystko, presja rodziny, wyrzuty sumienia, presja znajomych, że nie potrafi odebrać ojcu dziecka i prosić go o wyprowadzenie się z jej domu, że próbowała, chciała tylko nie dała rady... przerosło ją to i stchórzyła.
Zaakceptowałem taki stan rzeczy choć nie było łatwo, wpadłem w taką depresję, że nie wychodziłem z domu 4 tygodnie a co rano wstając zastanawiałem się jaki jest sens wstawiania z łóżka, skoro nie ma jej ze mną, skoro nie mogę z nią być, nie ma sensu nawet zaczynać dnia. To były dla mnie cholernie ciężkie 4 tygodnie. Moje serce pękło na pół.
Nie chciałem tak tego zostawić, jakkolwiek szanowałem jej decyzje i tak jak obiecałem usunąć się w kąt w razie takiej sytuacji, co zamierzałem zrobić, poprosiłem ją o spotkanie na żywo, by dostać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, co jak, skąd dlaczego i co było głównym czynnikiem takiej jej decyzji. To były rzeczy których nieświadomość nie dawała mi spokoju.
Do naszej rozmowy doszło po 3 tygodniach od mojej prośby. Spotkaliśmy się. Spytałem czy kocha męża do którego wróciła, Zdecydowanie odpowiedziała, że nie.
Są razem bo pojawiło się nie planowane dziecko, byli przyjaciółmi na studiach, rodzice zagorzali katolicy wymusili wręcz ten ślub i małżeństwo, bo jak to wygląda, że dziecko i córka bez męża.
Spytałem czy kocha nadal mnie, zdecydowanie odpowiedziała, że tak. Spytałem więc dlaczego taka jej decyzja, po co ma spędzać życie z facetem którego nie kocha. Powiedziała, że nie wie ale jest coś co nie pozwala jej odejść od męża i zamierza się dowiedzieć co to jest.
Spytałem czy mam na nią czekać, czy jest na co. Odpowiedziała bym nie czekał bo nie wie ile to potrwa i czy w ogóle kiedykolwiek odejdzie od męża...
Wiem, że spadnie tu na mnie fala krytyki, prosiłbym jednak hejterów i sadystów forumowych o powstrzymanie się od zbytniej krytyki.
W życiu spotykają nas różne sytuacje, Mnie spotkała taka, zakochałem się nieszczęśliwie i nikt nie pytał mnie o zdanie czy chce czy nie chce. Od samego początku starałem się być fair, owszem brnąłem w to wiedząc, że ona już jest mężatką i to akurat mogę sobie zarzucić, że w odpowiedniej chwili nie ochłonęłem i nie wycofałem się, jednak nie potrafiłem, zanim zdążyłem zauważyć powagę sytuacji byłem już w różowych okularach i mocno zaangażowany emocjonalnie.
Nadal ją kocham i nie potrafię pozbierać się do kupy oraz zaakceptować faktów.
Nie pomogła mi także informacja, że ona nadal mnie kocha i że nie czuje nic głębokiego do swojego męża nic poza uczuciem, że mieszka z przyjacielem i ojcem swojego dziecka.
Czasami widujemy się nadal w pracy, nie poruszamy już tematów prywatnych, patrzę w jej oczy i nadal widzę w nich miłość do mnie, tylko już teraz patrzy na mnie wypalona i smutna, nie ma w niej już tej pozytywnej energii co kiedyś, uśmiech owszem jest ale juz nie taki naturalny, raczej smutny i służbowy niż prawdziwy, i te oczy... w nich najłatwiej dostrzec wielki smutek.
Wiem, że moja sytuacja jest jakich wiele... wiem, że wątki tego typu powtarzały się już, dlaczego jednak jest tak, że ludzie tkwią w związkach, w małżeństwach pomimo, że nie kochają współmałżonków, pomimo, że ich serce jest przy innej osobie, jaki jest sens bycia w małżeństwie w którym nie kocha się partnera ? Dla dziecka ? Przecież dziecko tak czy tak patrzy i widzi swoje i wie najlepiej, czy rodzice szczęśliwi razem czy nie.
Czy ktoś z Was przeżył coś podobnego i może podzielić się ze mną czymś wartościowym w tym temacie ? Jest mi w tej chwili cholernie trudno. Łąpię się na tym, że mimo wszystko ja nadal na nią podświadomie czekam.