Witam,
Chciałbym tutaj zasięgnąć? opinii, albo raczej oceny mojego postępowania. Wiem, że zwracania się od to w byt wirtualny może nie być najlepszym rozwiązaniem, podobnie jak nie jest dobrym rozwiązaniem patrzenie na zdanie innych co do naszych istotnych decyzji, ale tutaj chciałbym ją poznać.
A więc.. w tym roku poznałem wspaniałą dziewczynę. Stało się to w momencie, gdy oswoiłem samotność, byłem szczęśliwym singlem, gdy zerwałem z próbami poszukiwania drugiej połówki ? bo było ok. Ona mnie nieoczekiwania zainteresowała, tak pod względem charakteru i wspólnego języka, jak i atrakcyjności (z czym u mnie ciężko, mało która kobieta mi się podoba). Zawalczyłem, zostaliśmy parą. Było różnie, bo po tym jak minęło oczarowanie chciałem czegoś więcej, a to nie nadchodziło. Bywały między nami sprzeczki wynikające z moich wątpliwości i dużych wymagań, ale szybko je przechodziliśmy i stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. Jakiś miesiąc temu, pomimo, że nie byliśmy przy sobie nagle poczułem się wyjątkowo. Nie było już wątpliwości, nie było uwag, chciałem z nią być, poczułem, że cieszę się z każdego jej uśmiechu. Czy mogę nazwać to miłością? Chyba tak.
Niestety, dla niej los nie był łaskawy. W ostatnim czasie zmarła jej matka, nie mogłem być od razu przy niej ze względu na dzielący nas dystans, moją pracę i szkołę ? mam za to wyrzuty, bo uważam, że to wiele mogło zepsuć. Gdy się zobaczyliśmy, zauważyłem, że znacznie się zmieniła. Już nie tak radosna, nie tak uśmiechnięta jak zazwyczaj. Ale jednak jej serduszko biło, a moje biło dla niej i z całego serca chciałbym wziąć jej ciężar na siebie. Starałem się pomóc, tak jak umiem, choć nie wiem, czy umiem dobrze, bo w kontaktach z ludźmi jestem raczej kiepski?
Ostatnio była u mnie na weekend, albo raczej miała być, ale pobyt się skrócił. Oznajmiła mi, że chce aby jej życie było zgodne z wolą Boga i zasadami kościoła. Rzecz w tym, że to oznaczało też konieczność odejścia od zbliżeń między nami (do pierwszego doszło dosyć szybko, ja tej decyzji nie żałuję, a mimo sporej liczby lat na karku była moją pierwszą partnerką). Tutaj cały problem: poczułem się strasznie. Poczułem się odrzucony, tym bardziej, że to co robiliśmy wcześniej uznała za coś złego, bo zgodnie z kościołem to grzech. Oznajmiła mi, że choć było wspaniale, zawsze czuła jakiś ułamek odzywającego się sumienia, że to było niewłaściwe? To mnie załamało, dla mnie to jakbym przez cały ten czas był okłamywany, bo gdybym wiedział, nie doszłoby do tego, do czego doszło. Nie jestem typem podrywacza, nie jestem kimś, kto korzysta gdy ma okazję? dla mnie to był zawsze temat delikatny i drażliwy, a jej po prostu zaufałem. Sądziłem, że ona mi również.
Co postanowiłem? Po prostu urwać tę relację. Pomimo trudnej sytuacji, pomimo przeciwności losu, po prostu zakończyć z miejsca znajomość ? bez nerwów, po prostu z dyskusją, że tak być dla mnie nie może... Boli mnie to, bo wiem, że odrzucenie jest ostatnią rzeczą, jakiej ona by pragnęła? a zasługuje na wspaniałe życie, bo jest wspaniałą osobą. Rozumiem jej decyzję, każdy ma prawo iść własną drogą, rozumiem jej wiarę ? sam jestem katolikiem, ale zarazem i buntownikiem. Nigdy nie dawałem narzucać sobie zdania innych, nigdy nie skłonię się ku nieżyciowym przepisom i nie uwierzę w dobre intencje kościoła jako organizacji (nie mylić z wspólnotą). Uznałem, że to zbyt duża różnica światopoglądowa, aby nasza relacja mogła to przetrwać: próby wzajemnego wpływania na siebie tylko by nas poróżniły, ja nie mam prawa jej czegokolwiek narzucać, a jednocześnie nie chcę czuć się odtrącony.
Uznałem, że nie ma tu miejsca na kompromis, bo ja też nie mogę zrezygnować w własnej tożsamości, z tego, co pomimo wielu przeciwności zawsze udawało mi się obronić. No po prostu nie... w wielu kwestiach się dzięki niej zmieniłem (i widzę, że na lepsze), ale w tym nie chcę. Czy takie postawienie sprawy to waszym zdaniem czysty egoizm z mojej strony, czy po prostu dylemat nie do rozwiązania?
