Historia jak każda, zaczyna się wielką miłością, wielkimi obietnicami, wspólną przyszłością a kończy się butelką wódki, płaczem i tęsknotą za przeszłością.
Cudowny, stały, wytrwały związek w którym bywały większe i mniejsze kłótnie, ale tak naprawdę o mało istotne rzeczy. Mijały dni miesiące wspólnego życia ze sobą gdzie okazało się pewnego dnia, że kobieta jego życia ma ciężka depresje. Obowiązki które spadły jej na głowę były zbyt ciężkie. Ale widziała w tym wszystkim kochającego mężczyznę jej życia, który dawał jej chęć walki o siebie i udało się wyzdrowiała, miewała czasem większe i mniejsze chwile smutku i cierpienia ale walczyła...
Mijał rok za rokiem, kobieta zaczęła pragnąć czegoś więcej. Zaręczyn. Niestety życie nie jest kolorowe i jej ukachanego nie było stać na porządne zaręczyny, pragnęła byle czego pierścionka z gumy. Ważny był symbol a nie kamień... lecz on nie słuchał uważał że to nie są zaręczyny. Mijało ponad 3,5 roku bycia razem aż pewnego dnia nagle zaczęło być coś nie tak...
Nie dostawała nic od niego, miłości, współczucia, żalu, radości, nic.. był jak zombie. Kobieta uważała że to wina pracy, ciężkiej pracy od 8 do 20. Mówiła sobie że to przemęczenie, może depresja teraz jego dopadła? Z każdym dniem coraz bardziej oddalał się od niej. Im bardziej się starała tym bardziej dostawała od niego w kość. Im bardziej chciała dać mu miłość tym bardziej była odpychana. Dotyk kobiety był dla niego największą karą, spojrzenie na nią mogło wypalić mu oczy a rozmowa z nią była zbrodnią... kobieta zaczęła popadać w paranoję, może ją zdradza? Mężczyzna wynajmował pokój o rok starszej paskudnej blądyny wiec może wlazła mu do łóżka? Cały czas mówił nie, nie mam nikogo, nie chce być z nikim, nie kocham cię już. Mijał miesiąc za miesiącem ale wszystkie błagania stawały na niczym. Ukochany to jest kryzys, jak w każdym długim zwiąsku to minie trzeba tylko walczyć naprawić to. Dla niego były to tylko słowa. Wymyślal a to nowe argumenty, że był przez ten czas samotny, nieszczęśliwy. Bzdura. Kobieta potrafiła poruszyć niebo i ziemię by mu pomóc, błagać każdego by może z nim pogadał i dowiedział się co mu dolega. Ale niestety nic. Mężczyzna wymyślił sobie dni ciszy, samotności, no co ona biedna mogła zrobić godziła się na wszystko by tylko mu coś to pomogło... mijał dniem z dniem ona coraz gorzej radziła sobie ze wszystkim, jej ciało zaczęło umierać i fizycznie i psychicznie. Ale nie zwracała na to uwagi, nie zależało jej na jej tylko na nim, oddała by życie by był szczęśliwy...
Jej życie było coraz cięższe, problemy narastały, chora matka na nie uleczalną chorobę. Zero wsparcia ale nadzieja która dawała chęć życia, że wszystko będzie dobrze. Mijało 20 dni ciszy i rocznica, 4 lata razem. Nadzieja o cudownej rocznicy... mówiła sobie że w końcu się do niego wtulę i zasnę spokojnym snem. Ale? Ale rzeczywistość, w ten weekend się nie spotkamy bo pracuje. Płacz, gorycz, ale wiara no nie ten tydzień to następny...
Kobieta w miedzy czasie zrozumiała że skoro chce być silna i walczyć o związek, musi zadbać o swoje zdrowie. Obawiała się wizyty u lekarza ponieważ jej objawy były takie same jak u jej mamy na początku choroby. Niestety obawy okazały się prawdziwe. Lekarz powiedział, że skoro jestem obciążona genetycznie to mam większe prawdopodobieństwo ze objawy to stwardnienie rozsiane ale też mogę być zdrowa i to że mam odrętwiałe ręce to wina jakiegoś bubla. Świat kobiety się zawalił nie dosyć że problemy z mamą, chłopakiem to jeszcze to? Wiec kobieta zadzwoniła do mężczyzny z płaczem, strachem, oczekiwała od niego wsparcia dostała obojętność kiedy tak bardzo potrzebowała pomocy... kobieta została sama... no ale przecież za weekend spotka się z ukochanym to wszystko mu powie co ja dręczy z czym ma problem, będzie jej lżej na sercu.
Tak w końcu doczekała się spotkania... spotkania które zabrało jej wszystko. Cale jej przyszłe życie. Usłyszała od mężczyzny... ja nie chce być z tobą, nie chce się dłużej męczyć z twą depresją, masz sm, wiem z czym to się wiąże, wiem co to za choroba, sam mogę być obciążony genetycznie, i ty też i nasze dzieci były by chore, nie widzę naszej przyszłości... sm jest gwoździem do trumny i ono przeważyło o jego decyzji.
Człowiek który mówił kobiecie, że jest dla niego wszystkim, który pisał codziennie na dobranoc kocham cie, zargumętował rozstanie tym, że jest chora, już z góry założył że wisi nad nią choroba. Pokazał jej, że 4 lata bycia razem były niczym, była dla niego śmieciem, gdy on chorował wolała żeby to przeszło na nią, a gdy ona potrzebowała wsparcia dostała najlepszy prezent mikołajkowy w świecie od od niego. Nie otrzymała nic nawet rozmowy dlaczego tak wyszło, dlaczego te 4 lata nie dały mu chęci by spróbować to naprawić. Nawet nie pomyślał o niej. Cieszył się tylko tym, że umył ręce. Że jej problemy go nie dotyczą i nie przytłaczają. A ona? A ona chce umrzeć, schować się pod kołdrą i nigdy z niej nie wyjść. Została sama ze swoim chorym życiem, zbyt ciężkim jak na 23 letnia dziewczynę... zastanawiająca się tylko nad jednym co co były te 3 miesiące udręk, nadziei, mącenia, skoro on i tak wiedział, że to koniec?
Podobne tematy
2 2014-12-07 22:39:10 Ostatnio edytowany przez kosmiczny nick (2014-12-07 22:44:19)
Samo życie, tyle, ze u Ciebie w wydaniu hardcor...
Skoro masz tyle lat to i ten "facecik" też nie ma zbyt duzo wiecej. I niestety jest głupiutkim, wygodnym egoistycznym i tchórzliwym gnojkiem, który tylko Cie zwodził, a jak znalazł odpowiedni pretekst - Twoją EWENTUALNĄ chorobę - zmył się jak szczyl...
Przykre, ale cóż, bardzo życiowe.
Mimo wszystko za takim ... aż nie wypada rozpaczać i wpadać w dół. Chwila, dwie i zaczniesz normalnie funkcjonować.
Dasz radę!
A wracając do ...idealistycznych (ale prawdziwych) słów w temacie Twojego wątku: i owszem, związek przetrwa wszystko, ale ...pod warunkiem, ze ten związek tworzą dwie dojrzale myślące osoby, wzajemnie służące sobie wsparciem, darzące się pozytywnymi uczuciami i szacunkiem... Jedna osoba w pojedynkę nie sprawi, że związek będzie trwać pomimo przeciwności losu i problemów... Bo druga podwinie ogon i spie...li w bezpieczne miejsce.
Historia jak każda, zaczyna się wielką miłością, wielkimi obietnicami, wspólną przyszłością a kończy się butelką wódki, płaczem i tęsknotą za przeszłością.
Cudowny, stały, wytrwały związek w którym bywały większe i mniejsze kłótnie, ale tak naprawdę o mało istotne rzeczy. Mijały dni miesiące wspólnego życia ze sobą gdzie okazało się pewnego dnia, że kobieta jego życia ma ciężka depresje. Obowiązki które spadły jej na głowę były zbyt ciężkie. Ale widziała w tym wszystkim kochającego mężczyznę jej życia, który dawał jej chęć walki o siebie i udało się wyzdrowiała, miewała czasem większe i mniejsze chwile smutku i cierpienia ale walczyła...
Mijał rok za rokiem, kobieta zaczęła pragnąć czegoś więcej. Zaręczyn. Niestety życie nie jest kolorowe i jej ukachanego nie było stać na porządne zaręczyny, pragnęła byle czego pierścionka z gumy. Ważny był symbol a nie kamień... lecz on nie słuchał uważał że to nie są zaręczyny. Mijało ponad 3,5 roku bycia razem aż pewnego dnia nagle zaczęło być coś nie tak...
Nie dostawała nic od niego, miłości, współczucia, żalu, radości, nic.. był jak zombie. Kobieta uważała że to wina pracy, ciężkiej pracy od 8 do 20. Mówiła sobie że to przemęczenie, może depresja teraz jego dopadła? Z każdym dniem coraz bardziej oddalał się od niej. Im bardziej się starała tym bardziej dostawała od niego w kość. Im bardziej chciała dać mu miłość tym bardziej była odpychana. Dotyk kobiety był dla niego największą karą, spojrzenie na nią mogło wypalić mu oczy a rozmowa z nią była zbrodnią... kobieta zaczęła popadać w paranoję, może ją zdradza? Mężczyzna wynajmował pokój o rok starszej paskudnej blądyny wiec może wlazła mu do łóżka? Cały czas mówił nie, nie mam nikogo, nie chce być z nikim, nie kocham cię już. Mijał miesiąc za miesiącem ale wszystkie błagania stawały na niczym. Ukochany to jest kryzys, jak w każdym długim zwiąsku to minie trzeba tylko walczyć naprawić to. Dla niego były to tylko słowa. Wymyślal a to nowe argumenty, że był przez ten czas samotny, nieszczęśliwy. Bzdura. Kobieta potrafiła poruszyć niebo i ziemię by mu pomóc, błagać każdego by może z nim pogadał i dowiedział się co mu dolega. Ale niestety nic. Mężczyzna wymyślił sobie dni ciszy, samotności, no co ona biedna mogła zrobić godziła się na wszystko by tylko mu coś to pomogło... mijał dniem z dniem ona coraz gorzej radziła sobie ze wszystkim, jej ciało zaczęło umierać i fizycznie i psychicznie. Ale nie zwracała na to uwagi, nie zależało jej na jej tylko na nim, oddała by życie by był szczęśliwy...
Jej życie było coraz cięższe, problemy narastały, chora matka na nie uleczalną chorobę. Zero wsparcia ale nadzieja która dawała chęć życia, że wszystko będzie dobrze. Mijało 20 dni ciszy i rocznica, 4 lata razem. Nadzieja o cudownej rocznicy... mówiła sobie że w końcu się do niego wtulę i zasnę spokojnym snem. Ale? Ale rzeczywistość, w ten weekend się nie spotkamy bo pracuje. Płacz, gorycz, ale wiara no nie ten tydzień to następny...
Kobieta w miedzy czasie zrozumiała że skoro chce być silna i walczyć o związek, musi zadbać o swoje zdrowie. Obawiała się wizyty u lekarza ponieważ jej objawy były takie same jak u jej mamy na początku choroby. Niestety obawy okazały się prawdziwe. Lekarz powiedział, że skoro jestem obciążona genetycznie to mam większe prawdopodobieństwo ze objawy to stwardnienie rozsiane ale też mogę być zdrowa i to że mam odrętwiałe ręce to wina jakiegoś bubla. Świat kobiety się zawalił nie dosyć że problemy z mamą, chłopakiem to jeszcze to? Wiec kobieta zadzwoniła do mężczyzny z płaczem, strachem, oczekiwała od niego wsparcia dostała obojętność kiedy tak bardzo potrzebowała pomocy... kobieta została sama... no ale przecież za weekend spotka się z ukochanym to wszystko mu powie co ja dręczy z czym ma problem, będzie jej lżej na sercu.
Tak w końcu doczekała się spotkania... spotkania które zabrało jej wszystko. Cale jej przyszłe życie. Usłyszała od mężczyzny... ja nie chce być z tobą, nie chce się dłużej męczyć z twą depresją, masz sm, wiem z czym to się wiąże, wiem co to za choroba, sam mogę być obciążony genetycznie, i ty też i nasze dzieci były by chore, nie widzę naszej przyszłości... sm jest gwoździem do trumny i ono przeważyło o jego decyzji.
Człowiek który mówił kobiecie, że jest dla niego wszystkim, który pisał codziennie na dobranoc kocham cie, zargumętował rozstanie tym, że jest chora, już z góry założył że wisi nad nią choroba. Pokazał jej, że 4 lata bycia razem były niczym, była dla niego śmieciem, gdy on chorował wolała żeby to przeszło na nią, a gdy ona potrzebowała wsparcia dostała najlepszy prezent mikołajkowy w świecie od od niego. Nie otrzymała nic nawet rozmowy dlaczego tak wyszło, dlaczego te 4 lata nie dały mu chęci by spróbować to naprawić. Nawet nie pomyślał o niej. Cieszył się tylko tym, że umył ręce. Że jej problemy go nie dotyczą i nie przytłaczają. A ona? A ona chce umrzeć, schować się pod kołdrą i nigdy z niej nie wyjść. Została sama ze swoim chorym życiem, zbyt ciężkim jak na 23 letnia dziewczynę... zastanawiająca się tylko nad jednym co co były te 3 miesiące udręk, nadziei, mącenia, skoro on i tak wiedział, że to koniec?
Dlaczego piszesz o sobie w trzeciej osobie? Źle ulokowane uczucia nie usprawiedliwiają takiego traktowania najważniejszej dla Ciebie osoby. Tak, teraz Ty Jesteś dla siebie najważniejszą osobą. Najwyraźniej on nie był Ciebie wart. Zrozumiał to i zwrócił Ci to co uznał za najcenniejsze - wolność.
4 2014-12-07 23:32:37 Ostatnio edytowany przez Sponi (2014-12-07 23:33:35)
I... Domyślam się, że nie wie co zrobić z tą swoją wolnością. Tak to bywa, gdy zapomina się o sobie samym. Gdy odstawia się na bok wszystko to, czym się żyło. Co wypełniało życie... Zanim pojawił się On...
A ona chce umrzeć, schować się pod kołdrą i nigdy z niej nie wyjść. Została sama ze swoim chorym życiem, zbyt ciężkim jak na 23 letnia dziewczynę...
Głowa do góry. Ja trafiłam na wózek tuż nim skończyłam 20-te urodziny, w sumie od zupełnie zdrowej osoby na wózek w niespełna trzy miesiące. A mojego męża poznałam już będąc na wózku i wcale mu to nie przeszkadzało. Choroba niczego nie przekreśla. W lipcu nawet udało mi się "zatańczyć" na swoim weselu (podreptałam w miejscu kilka minut w ramionach męża, ale było!). Jeśli partner nie potrafił widzieć Ciebie poza pryzmatem choroby, to krzyżyk mu na drogę, znajdziesz kogoś kto Cię jeszcze pokocha ![]()
Mogę dziś powiedzieć, że moje objawy to objawy niedokrwistości. Ale okazała się rzecz o wiele gorsza. Być może mój ex zaraził mnie wzwB
Czytam, co piszesz i jestem przerażona. Jakim trzeba być kretynem, żeby zostawić dziewczynę, gdy ona najbardziej tego potrzebowała?
Może warto by było skorzystać z pomocy psychologa?
Bu55 chorowałam 3 lata temu na depresje i do chwili obecnej jestem pod opieka psychiatry, aby choroba nie nawróciła. Owszem nie wiem jakim można być człowiekiem by tak zargumentować koniec związku. I jak to możliwe by tak szybko sie zmienic...
9 2014-12-09 09:39:33 Ostatnio edytowany przez leilah (2014-12-09 09:46:09)
Dziś mija 3 dnień. I jestem na skraju załamania. Przede mna nie ma juz nic. Czarna dziura ktora ciagnie mnie z kazda godzina coraz bardziej w dól. Nie man juz nic. Codzienna rutyna. Zrób mamie sniadanie, pozmywaj, nawet juz nie przebieram sie tylko chodze w pidzamie. Nie mam nikogo kto by mnie wspieral. On był kolem ktore nakrecalo moje zycie. Byl jedynym swiatelkiem w tunelu. Nie mam sensu zycia. Mam je tak ciezkie ze nie umiem sobie z nim radic. Musze wspierac matke ojca brata a nie ma kto mnie. Ciezar ktory niosę na swoich barkach coraz bardziej mnie zabija. Siedze i czekam i wiem ze bedzie juz tylko gorzej. Matka przestanie chodzic, mowic, przełykac slinie az sama sie udusi bo miesnie przestana pracowac. Teraz mysle ze smierc jest wybawieniem. Bo po co tak cierpiec. Chlopak ktory z dnia na dzien odwrocil sie ode mnie od mojego zycia. Wiedzac jak jest ciezkie. Nie chce by mnie dalej kochal no bo nie wiem po co komu taki ktos jak ja, z takim zyciem. Poprostu chciala bym azeby wspieral mnie. Nie odwracal sie ode mnie i udawal ze mnie nie zna. A gdy do niego dzis zadzwonil uslyszalam ze on nie zastanawial sie nad tym jak ja sie czuje. Ze nie chce ze mna gadac. Nie zalezy mu juz na moim zyciu. Czy ja umre czy nie kogo to. Przynajmniej jeden problem mniej na swiecie. Wylaczyly mu sie wszelkie uczucia. Nie wiem jak mozna tak podchodzic do czlowieka. Ludzie sie rozstaja ale nadal przeciez ich cos laczy. Uczucie ktore kiedys do siebie darzyli. Sentyment. Nie da sie kogos od tak wymazac. Rozumiem gdybym go skrzywdzila, zdradzila ale ja nic takiego nie zrobilam. Myslalam ze rozstaniemy sie w zgodzie z szacunkiem do drugiej osoby. A teraz zastanawiam sie po co mi to bylo. Po co ktos tako kto byl dla ciebie wszystkim i jest. A ja dla niego nagle umarlam. Kiedy mowie mi ze jestem juz trupem nie wiedze sensu zycia on nie mowi nic... jak by ludzkie zycie bylo dla niego zwykla gra. Gra sie skonczyla to zacznijmy nowa. Gdy gra sie znudzila, wlacze nowa, a gdy jest zbyt trudna wylacze ja.
Nie wiem co bdzie dalej ze mna. Jak dlugo pociagne swoje zycie. Czuje sie jak nic nie znaczaca dla nikogo rzecz. Rzecz ktora trafi do kosza i nikt sie nie przejmie jej losem. Bo skoro najblizsza soba tak cie potraktowala to czego mozna oczekiwac od innych.
10 2014-12-09 10:09:10 Ostatnio edytowany przez kosmiczny nick (2014-12-09 10:13:17)
... Przede mna nie ma juz nic...kto byl dla ciebie wszystkim i jest.
...Gra sie skonczyla to zacznijmy nowa. Gdy gra sie znudzila, wlacze nowa, a gdy jest zbyt trudna wylacze ja.
Nie wiem co bdzie dalej ze mna. Jak dlugo pociagne swoje zycie. Czuje sie jak nic nie znaczaca dla nikogo rzecz. Rzecz ktora trafi do kosza i nikt sie nie przejmie jej losem. Bo skoro najblizsza soba tak cie potraktowala to czego mozna oczekiwac od innych.
Zdziwiłabyś się: często właśnie obcy ludzie potrafią wykazać więcej uczucia i wspierać, a najbliższe (bo tak nam się wydawało...) osoby odwracają się. Nie możesz widzieć w tym ..."człowieku" całego swojego świata. A teraz szczególnie, gdy pokazał jak mało dla niego znaczyłaś. Wiem, że to trudne, ale powinnaś wzbudzić w sobie pokładu gniewu, nienawiści wręcz do niego za to, co zrobił... Owszem, to typowe już: jest problem, coś nie idzie jakby się chciało? To fruuu, zmywam się i szukam nowej zabawki. To nic innego jak obnażenie prawdziwego "ja" takiej osoby... I to "ja" Twego dotychczasowego partnera (partnera?) jest porażające... I wybacz, ale to, że jakiś egoistyczny dupek potraktował Cię jak ...zepsutą zabawkę nie daje Ci żadnych podstaw do uważania się za "nic nie znaczącą dla nikogo rzecz" do jasnej cholery...! To, czy ktoś jest dla nas "najbliższą osobą" bardzo często okazuje się w skrajnych okolicznościach. Przecież wiesz chyba, że bardzo łatwo być z kimś i czuć się szczęśliwym gdy wszystko jest super... Ale gdy zaczynają się schody, dotychczas - naszym zdaniem - "bliska osoba" usuwa się i stajemy sami na krawędzi... Nie pozwól by brak takiego palanta zachwiał Tobą. Nie postrzegaj swojej sytuacji w taki - jak tu przedstawiasz - sposób. Przy odrobinie złej woli w każdym położeniu, każdej życiowej sytuacji można widzieć same złe i dołujące strony... Cała sztuka to to przezwyciężyć i trwać. A Ty to też potrafisz!
Zabawne jest w tym wszystkim to, że właśnie bardzo często spotykamy się w życiu z reakcjami nieadekwatnymi do ewentualnych ...przewinień. Doskonale rozumiem Twoje słowa: "Rozumiem gdybym go skrzywdzila, zdradzila ale ja nic takiego nie zrobilam". Tak bywa, że często najbardziej od życia i tych "bliskich" obrywają osoby najmniej winne...
Najbardziej w tym wszystkim boli mnie to że on sam jest chory.
Ma chore serce i nigdy nie wpadla bym na to ze moze byc to pretekst do zarwania. Wrecz zawsze sie o niego martwilam, chcialalm mu pomóc jak tylko moglam i wspieralam. Nawet jak lezał z goraczka potrafilam przesiedziec cala noc i zmieniac mu kompresy na glowie. Szkoda tylko ze spal, i nie zdawal sobie z tego sprawy. I nie zdaje.
Niektórzy znajomi pytaja mnie czemu nie ratowalismy związku? Bylismy szczesliwi, stali w uczuciach... a tak naprawde to to ja nie wiedzialam... moj partner nie dawal mi zadnych sygnalow ze cos jest nie tak. Żyl ze mna jak gdyby nigdy nic. A gdy banka pekla nagle i kiedy wszystko wyszlo nie wiedzialam co robic. Starałam sie ponad wszystko. Poruszałam niebo i ziemie aby zrozumial ze to kryzys dlugoletniego związku. Ze zawsze beda te lepsze i gorsze chwile, gdzie zastanawisz sie po co to wszystko? Ze tak napeawde zalezy to od nas co z tym zrobimy. Jak odwrocimy to na dobra strone. Wyjasnimy to co bylo zle i naprawimy. Im bardziej sie staralam to naprawic tym on nial mial to gdzies. Nawet nie chcial naprawiac, bo z założenia wychodził ze beda kolejne kryzysy i po co to naprawiac. Teraz wychodzi na to ze 4 lata byly dla niego niczym. Nigdy mu na mnie nie zalezalo i na związku. Bo kazdy probował by cos naprawiac gdy chodź troche widzial by w tym sensu. Pomyslal ze kiedys bylismy razem szczesliwi i ze moze to powrocic. on nawet nie probowal, nie chcial. Z kazdym dniem widze ze jego wielka milosc jaka do mnie czół wielce mnie rani.
Nie wiem, jak to jest, ale Twój Ex ma taki sam system działania jak mój. Wiesz, że nam, kobietom, zawsze się wydaje, że to nagle się stało, a oznaki były już wcześniej? Tylko tak drobne, że nie zwraca się na nie uwagi. I to tak się układa, kamyczek do kamyczka. Masz rację, zostawił Cię z problemami, nie chciało mu się walczyć. Zastanów się, czy chciałabyś być z taką osobą? Nawet jeśliby wrócił, jaką masz gwarancję, że znów nie ucieknie? Ja już to przerabiałam. Były zapewnienia, że już będzie o każdym problemie mówił. Gdy się problem pokazał (dla mnie możliwy dla rozwiązania), uciekł.
Smutno, że piszesz o sobie jak o rzeczy. Nie myśl tak! Teraz jest Ci ciężko, rozmyślasz nad tym i wiesz co? Jeszcze długo będziesz rozmyślać, ale zobaczysz, pewnego dnia się otrząśniesz i pójdziesz dalej. Będą ciężkie chwile przeplatane dobrymi, ale z czasem te dobre zaczną przeważać. Wiem, co mówię. A nie masz znajomych, jakieś koleżanki której mogłabyś się wyżalić? Naprawdę nikogo?
Ściskam Cię mocno.
Mam. Nie chce żeby wracal bo pokazał cale swoje ukryte oblicze. Jeszcze moze wczoraj to tak ale dzis... dzis nie chcial rozmawiac. Jeszcze na fb pokazalo sie zdjecie ze w dniu w ktorym zerwalismy swietnie sie bawil ze swoja paskudna lokatpeka i kumplem. A ja w tym momencie wylewalam morze łez. W tym boli najbardziej to, ze traktuje mnie, tak a nie inaczej. Zawsze mi mowil ze nawet jesli zerwiemy ze soba, ale oczywiacie tak nie bedzie, to zawsze bede mogla na niego liczyc i bedziemy sie spotykac ble ble. A tak naprawde kazde jego slowo bylo nic nie warte. Przez 4 lata kochalam innego czlowieka, ktory ma teraz do mnie pretensje o nie stwozone rzeczy. I w ogóle nie rozumie ze zrywajac ze mna takimi slowami nie urazil tylko mnie, ale i matke, bara, ojca wszystkich. Czyli tak naprawde to wina mamy ze jest chora bo gdyby byla zdrowa bylo by wszystko w porządku...
Boli to ze placzesz za czlowiekiem ktorego juz nie ma bo tak sie zmienil. Zostaje pustka o ktorej on nie ma w ogole pojecia bo cieszy sie wspanialym zyciem.
Mam. Nie chce żeby wracal bo pokazał cale swoje ukryte oblicze. Jeszcze moze wczoraj to tak ale dzis... dzis nie chcial rozmawiac. Jeszcze na fb pokazalo sie zdjecie ze w dniu w ktorym zerwalismy swietnie sie bawil ze swoja paskudna lokatpeka i kumplem. A ja w tym momencie wylewalam morze łez. W tym boli najbardziej to, ze traktuje mnie, tak a nie inaczej. Zawsze mi mowil ze nawet jesli zerwiemy ze soba, ale oczywiacie tak nie bedzie, to zawsze bede mogla na niego liczyc i bedziemy sie spotykac ble ble. A tak naprawde kazde jego slowo bylo nic nie warte. Przez 4 lata kochalam innego czlowieka, ktory ma teraz do mnie pretensje o nie stwozone rzeczy. I w ogóle nie rozumie ze zrywajac ze mna takimi slowami nie urazil tylko mnie, ale i matke, bara, ojca wszystkich. Czyli tak naprawde to wina mamy ze jest chora bo gdyby byla zdrowa bylo by wszystko w porządku...
Boli to ze placzesz za czlowiekiem ktorego juz nie ma bo tak sie zmienil. Zostaje pustka o ktorej on nie ma w ogole pojecia bo cieszy sie wspanialym zyciem.
Wiem, rozumiem Cię doskonale, ale wiesz co? Pomyśl sobie tak, że długo się nie nacieszy. Zobaczysz, że kiedyś ktoś mu zrobi tak samo lub (gorsza wersja dla Ciebie) będzie chciał wrócić. Jego zmiana jest bardzo diametralna ale niestety, możliwa. Czasami tak jest, że dopiero w trakcie największych problemów wychodzi prawdziwe oblicze. Jeśli masz przyjaciół, znajomych, to poproś ich,żeby Ci pomogli, żeby spędzili chociaż troszkę z Tobą czasu i odciągnęli Cię od myśli o nim. Jesteś bardzo na świeżo po rozstaniu i rozumiem Twój stan emocjonalny. Naprawdę warto się chociaż na chwilę od tego odciąć. I jeszcze jedno, nie szukaj z nim kontaktu. Sama widzisz, jak się odzywa i zachowuje. To tylko Ciebie jeszcze bardziej dobija, a nie ma teraz szans, żebyś się z nim dogadała. Co do tego, że zawsze będziesz mogła na niego liczyć po rozstaniu - nawet jeśli by tak było, to lepiej nie zwierzać się z problemów, bo przez to robi się sobie nadzieję i nie ma jak zapomnieć o tej drugiej osobie.
Wlasnie widze ze nie ma sensu... ale tez wiem ze kiedys bedzie żałowal tych slow ktore powedzial. Bo przecież wraca do ciebie ta krzywda jaka wyrządziłeś komus innemu. Teraz tego nie rozumie ale ida swieta, samotne swieta moze zrozumie co to znaczy gdy nie ma sie do kogo napisac, ani zadzwonic. Moze zauważy pustkę którą wybrał sam. A jesli nie teraz to za jakis czas ale napewno...
A ja po prostu przechodze to samo drugi raz, ale ten gorszy raz... 3 miesiace mowil mi ze nie wie, ze mnie nie kocha, ale nie wie czy chce byc ze mna, czy nie, ciagle krecił, dawał złudne nadzieje, kochał sie z toba wkladajac w to milosc a na drugi dzien slyszalam ze sama sie zgwalcilam bo on tego nie chcial. Mowil zebym przychodzila do niego, a potem slyszalam ze sama chcialam przyjsc, szkoda tylko ze na to wszystko sie godzil... przez 3 miesiace sie uspokoiłam nie płakalam. Zaczelam myslec ze moze mu przejdzie, a jesli nie to ze potraktuje mnie godnie, a potem bum!!!! I znowu to samo tylko tysiac razy gorzej...
Jak to czytam, najchętniej bym Cię przytuliła.
On sam jest chory i jak piszesz to jest wiadome i mimo tego go kochałaś, zapewne kochasz, A on cię zostawił bo miałaś tylko podejrzenie? I to w dodatku nie słuszne? Nie wiem nawet co napisać. Sam doskonale zna co to ból choroby i tak traktuje osobę którą napisałaś była dla niego wszystkim? To jest wręcz nieludzkie.
Musisz być silna i nie zadawać sobie jeszcze większego bólu dzwoniąc do niego. Poczekaj z miesiąc aż sam ochłonie. Faceci tak mają dochodzi to po jakimś czasie, to co zrobili i powiedzieli. Czas leczy rany, tyle tylko, że nadchodzą najgorsze chwile dla ciebie, święta, nowy rok, czas spędzany razem. Musisz starać się o tym nie myśleć. Ból minię ochłoniesz, będziesz się jeszcze z tego śmiać na starość.
Wiem, cały czas sobie powtarzam żebym przestała o nim myśleć. Ale nie umiem. Najgorsze nie będą święta, bo wiem jak je będzie spędzać, ale sylwester. Mam zbyt dużo wspomnień z tego dnia aby o nich nie myśleć. Były dla mnie cudowne , a teraz są najbardziej bolesne. Gdyby zostawił mnie wcześniej te 3 miesiące przed nie było by aż tak. A teraz to najchętniej wypiła bym pól litra i poszła spać, obudziła bym się i nic nie czuła ani nie pamiętała. Ale niestety tak się nie da... koleżanka chce abym spędziła z nią sylwestra, i nie była sama. Ale nie wiem czy będę w stanie. Najchętniej zaszyła bym się gdzieś i wyszła po 3 dniach aż ten bum zabawy minie. Nie umiem nawet wyjść z domu bo wszędzie widzę jego. Każde miejsce na jakie spoglądam przypomina mi chwile razem. Nawet jego brat napatoczył się na 2 dnień jak mnie zostawił, a przecież jakie było prawdopodobieństwo że go akurat spotkam. żadne!
Zastanawia mnie tylko jedno jak on sobie teraz żyje...
Cieszy się życiem, czy chodź trochę to odczuwa. Brak mnie. Chociaż jak przypominam sobie, że kiedy płakałam 5 godzin przy nim i za każdym razem kiedy się widzieliśmy w jego oczach nie było nic, żadnego uczucia.
Mimo wszystko powinnaś pójść i się wspaniale bawić. Domyślam się, że skoro spędziliście ze sobą 4 lata to wszytko ci przypomina, ale musisz przede wszystkim pamiętać, że to minię i nie ty pierwsza nie ostatnia jesteś skrzywdzona przez faceta.
Myślę, że trochę to odczuwa może nie jak ty, albo i gorzej tego nikt nie nie wie tylko on sam. Oni nie pokazują uczuć tak jak my.
Wiem o tym wszystkim, ale ja nie umiem sobie w tej chwili z niczym radzić.
Z jednej strony wiem że jest w tym moja wina, ale i jego tak samo, bo on nie pomyślał co ja czuje. Wszystko zakładał z góry.
Zawsze mu mówiłam, że nie chce mieć dzieci, że ich nie lubie itd. Że chce mieć męża dom, ale bez nich. Zawsze go to drażniło i w ogóle nie chciał ze mną poruszać tematu.
I kiedy chciał te ciszy samotności odizolowania się ode mnie kiedy on zastanawiał się nad związkiem ja robiłam to samo.
Wtedy zrozumiałam, że to właśnie ten facet, że na pewno chce zaręczyn, ślubu, wspólnej przyszłości. Im dużej się zastanawiałam tym bardziej dojrzewałam. Poczułam nawet, że tak chce mieć to dziecko, tak właśnie z nim i nikim innym. Im więcej dni spędzałam bez niego, tym bardziej uświadamiałam sobie jak bardzo go kocham i jak bardzo jest mi bliski. Że mimo kryzysu który nastąpił przetrwamy. Że będziemy się z tego jeszcze śmiać.
A teraz im więcej myślę, tym bardziej mam za złe sobie i jemu. Po co ja się na to godziłam przecież wiedziałam, że mi to na dobre nie wyjdzie. Sama powinnam odejść. A on? On nie pomyślał, że może też mam pewne przemyślenia. Nawet nie chciał rozmawiać, nie chciał nic wiedzieć. I nie wie. Nie dowie się już tego, no bo i po co? Teraz to już tylko moje marzenia nie do spełnienia. Tak bardzo chciałam wszystko naprawić, tak bardzo chciałam mieć jego i teraz już nie mam nic. Tak naprawdę on to zepsuł. Mogę iść ulicą z podniesioną głową że próbowałam. I gdyby nie powiedział mi tych słów co powiedział nadal bym próbowała. Wierzyłam, że trzeba walczyć o miłość, związek, o szczęście a teraz pozbawił mnie wszystkiego. Nie wierzę już w nic. Żadne love story do końca życia.
I kiedy chciał te ciszy samotności odizolowania się ode mnie kiedy on zastanawiał się nad związkiem ja robiłam to samo.
Wtedy zrozumiałam, że to właśnie ten facet, że na pewno chce zaręczyn, ślubu, wspólnej przyszłości. Im dużej się zastanawiałam tym bardziej dojrzewałam. Poczułam nawet, że tak chce mieć to dziecko, tak właśnie z nim i nikim innym. Im więcej dni spędzałam bez niego, tym bardziej uświadamiałam sobie jak bardzo go kocham i jak bardzo jest mi bliski. Że mimo kryzysu który nastąpił przetrwamy. Że będziemy się z tego jeszcze śmiać.
A teraz im więcej myślę, tym bardziej mam za złe sobie i jemu. Po co ja się na to godziłam przecież wiedziałam, że mi to na dobre nie wyjdzie. Sama powinnam odejść. A on? On nie pomyślał, że może też mam pewne przemyślenia. Nawet nie chciał rozmawiać, nie chciał nic wiedzieć. I nie wie. Nie dowie się już tego, no bo i po co? Teraz to już tylko moje marzenia nie do spełnienia. Tak bardzo chciałam wszystko naprawić, tak bardzo chciałam mieć jego i teraz już nie mam nic. Tak naprawdę on to zepsuł. Mogę iść ulicą z podniesioną głową że próbowałam. I gdyby nie powiedział mi tych słów co powiedział nadal bym próbowała. Wierzyłam, że trzeba walczyć o miłość, związek, o szczęście a teraz pozbawił mnie wszystkiego. Nie wierzę już w nic. Żadne love story do końca życia.
Dokładnie, walczyłaś możesz być dumna, że jesteś taka a nie inna. A on niech żałuję że stracił tak oddaną mu osobę jak ty. To nic dziwnego, że dojrzałaś do takich decyzji, to normalne że oczekujesz czegoś więcej od drugiej połówki po pewnym okresie. Szkoda tylko, że ta połówka okazała się tak niedojrzała. Masz rację niech nie wie, skoro piszesz że zachowywał się tak ozięble to wyznanie twoich marzeń nic by u nie dało, a jeszcze bardziej raniło twoje uczucia.
Trzeba w coś wierzyć. Musisz wierzyć że istnieje ktoś na świecie kto będzie tak samo kochał jak ty teraz kochasz swojego ex.
Jestem tak bardzo dwubiegunowa.
W jednej chwili najchętniej bym go uderzyła za to co mi zrobił i kazała się przytulić. Usłyszeć od niego słowo przepraszam. Usłyszeć ze żałuje. Że będę mogła założyć swoją wymarzoną suknie ślubną, że wszystko się ułoży.
A w innej tak bardzo go nienawidzę za to co zrobił mi, za słowa, za gesty,
Najlepszym ukojeniem jest dla mnie alkohol. Jestem własnym cieniem. Wiem ze to absurd żeby tak się katować, żeby on był godzien tego wszystkiego, tych wszystkich łez, tego głodzenia się, tego, do jakiego stanu mnie doprowadził. Ale nie umiem. Katuje swoje ciało, by dusza miała lżej. Nie umiem sobie z tym radzić inaczej. Nie umiem nie myśleć...
Jestem tak bardzo dwubiegunowa.
W jednej chwili najchętniej bym go uderzyła za to co mi zrobił i kazała się przytulić. Usłyszeć od niego słowo przepraszam. Usłyszeć ze żałuje. Że będę mogła założyć swoją wymarzoną suknie ślubną, że wszystko się ułoży.
A w innej tak bardzo go nienawidzę za to co zrobił mi, za słowa, za gesty,
Najlepszym ukojeniem jest dla mnie alkohol. Jestem własnym cieniem. Wiem ze to absurd żeby tak się katować, żeby on był godzien tego wszystkiego, tych wszystkich łez, tego głodzenia się, tego, do jakiego stanu mnie doprowadził. Ale nie umiem. Katuje swoje ciało, by dusza miała lżej. Nie umiem sobie z tym radzić inaczej. Nie umiem nie myśleć...
To, co robisz, nie jest dobre, ale każdy musi przeżyć tę żałobę na swój sposób. Ty wybrałaś taki. Problem w tym, aby ona nie trwała zbyt długo. Na razie jesteś na świeżo i miejmy nadzieję, że za tydzień, dwa, zaczniesz lepiej funkcjonować. I wiesz co? Nie pielęgnuj w sobie wspomnień. Spróbuj je zastępować czymś innym. Ani dobre ani złe wspomnienia nic nie dadzą. Nienawiść też nie jest rozwiązaniem. Najlepsza jest obojętność.
Ale ja nie umiem być obojętna, zawsze byłam zbyt sentymentalna. i nawet staram się zastąpić myśli czymś innym, ale ja nawet nie mam czym. Zawaliłam studia, nie mam pracy, nie mam co robić ze sobą. Wyrzuciłam już wszystko co miałam od niego, aby nic mi w domu mi go nie przypominało, ale to nic nie ulżyło.
Ale ja nie umiem być obojętna, zawsze byłam zbyt sentymentalna. i nawet staram się zastąpić myśli czymś innym, ale ja nawet nie mam czym. Zawaliłam studia, nie mam pracy, nie mam co robić ze sobą. Wyrzuciłam już wszystko co miałam od niego, aby nic mi w domu mi go nie przypominało, ale to nic nie ulżyło.
No akurat moja odpowiedź była do Leilah....
Leilah, masz 2 konta czy to jakieś nieporozumienie?
NIE, NIE! Jestem u kolezanki i chciałam odpisać z jej komputera i nawet nie spojrzałam że to nie moje konto. I teraz wyszła taka głupota. I to są moje słowa. Bo jak się przyjrzeć to wyglądało że pisze sama ze sobą... ale jak ja teraz nawet nie myśle to gdzie wymagać ode mnie sprawdzania czy to moje konto.
Po prostu kilka osób pomaga mi w każdy możliwy sposób. Abym wzięła się w garść i zapomniała o nim.
Najgorsze w tym jest to ze wszelkie starania nic nie pomagaja... napisałam juz nawet do moderatora ze to pomyłka ale byłaś szybsza.
I dobrze, że pomagają
Tutaj też zawsze możesz napisać i na pewno ktoś Ci udzieli wsparcia ![]()
Wiem i bardzo wszystkim dziękuje. Ludzie którzy mnie mnie znają dają więcej ciepłych słów i wsparcia niż on.
I dzięki wam wiem, że jutro do niego nie zadzwonię a miałam to zrobić. Nawet on się zgodził na rozmowę ale nie. Nie będzie nic z rozmowy.
Jutro ide do lekarza dowiedzieć się co z moją anemią i czemu mam tak złe próby wątrobowe. Jego i tak to nie będzie obchodzić chociaż akurat powinno, bo może tyczyć i jego. Ale co ja mogę zrobić, bezsilność.
Nie nam już siły. Moje ciało nie gra z umysłem. Dokonują oddzielnego samo zniszczenia. Nie jestem w stanie jeść, chociaż wiem że muszę, ale nie mogę, od razu wszystko laduje w toalecie. Nie mam anoreksji, ani bulimi, po prostu nie mogę. Nie jestem w stanie patrzeć na siebie, jak mogłam doprowadzić siebie do takiego wygladu. Jak dożyje do konca roku w takim stanie? będzie to jakimś cudem. Wieczorami to nawet jakaś gorączka sie pojawia. Nie umiem spac, ale gdy zasne juz nikt nie jest w stanie mnie obudzić, tak twardy sen że można po mnie skakać. Wiem, ze to wina umysłu, mojego chorego umysłu.
Nie nawidze swojej codzienności każdy dzien jest taki sam, i ta nie odporna chęć zostania sememu by nikt nie zawracał ci głowy, aby spedzic caly dzien w łóżku. Ale nawet tego nie mam, trzeba jeszcze opiekować się matka. A tak naprawde to ja potrzebuje pomocy. Nikt nie jest mi w stanie chyba jej dac, nawet psychiatra, skoro ja się już poddałam.
Wszyscy się pytają czy on sie odezwał. Oczywiście że nie. To jest juz moje zycie, gdzie on wie że najchętniej bym sie zabiła. No ale jak on to ujmował, szantażowałam go tym, aby czuł sie winny i mnie nie zostawiał. Szkoda tylko, ze to nie szantaż, nie mowiłam mu tego specjalnie, mowiłam co czuje. Teraz jestem w najgorszym stanie jakim byłam kiedykolwiek. Przechodziłam depresje i wiem jak to jest. Ale to co dzieje sie teraz jest nie do zniesienia dla mnie.
Wiem, ze powoinnam zyć, ze sie nie poddawac ble ble... ale juz nie umiem nie potrafie.
Z jednej strony nie moge go obwiniać, że mnie zostawił, ale jesli wiedział ze mam ze sobą takie problemy to jak mogł i może sie tak zachowywac.
leilah, dopóki będziesz w swojej świadomości biedną, porzuconą przez faceta kobietą - będziesz dokładnie nią. Ciągłe myślenie, wracanie do wspomnień do przybliża Cię do poprawy Twojego nastroju.
Człowiek jest z natury leniwy i wiem, że łatwiej jest zakopać się pod kocem i płakać cały dzień. Ale czy o to w życiu chodzi? Czy może lepiej jest podjąć się procesowi świadomego myślenia i nie oddawać się całkowicie emocjom, a podejść trochę do sprawy na zasadzie rozumu.
Podczas gdy Ty dokonujesz samobiczowania, świat ucieka. Jesteś młoda, ta młodość Ci właśnie ucieka bezpowrotnie. Nie szkoda Ci tego?
Nie masz pracy, nie masz szkoły, więc hobbystycznie zajęłaś się cierpieniem. Wcześniej Twoim hobby był Twój ex. A może warto stanąć na nogi i wziąć w ręce swoje życie?
Nie masz pracy, nie masz szkoły, więc hobbystycznie zajęłaś się cierpieniem. Wcześniej Twoim hobby był Twój ex. A może warto stanąć na nogi i wziąć w ręce swoje życie?
Czyli mam rozumieć, ze marzenia o wspólnej przyszłości, o dzieciach, rodzinie to było hobby? On zajmował mi czas, miałam zabawę, przyjemności...
Otóż nie. Nie mam 16 lat by bawić się, traktowałam go bardzo poważnie. Olałam studia ponieważ, nie mogłam ogarnąć myśli na zajęciach, próbowałam ale nie dawałam rady, a teraz już nie mam szans. Cały czas szukam pracy, nie ze nie chce. Ale nie ma jej dla mnie.
Nie wiem jak można nazywać hobby cierpieniem. Cierpienie to ból, strata, a nie zabawa. Nie robie tego dla zabawy. Gdybym mogła i była wstanie zaczęła bym żyć. Ale nie umiem. Nie przynosi mi to żadnej przyjemności to użalanie się nad sobą.
Dla mnie strata bliskiej osoby w taki sposób to nie machnięcie ręką i powiedzenie sobie mówi sie trudno i żyje sie dalej.
Ja tutaj innej rady nie widzę, jak porządna terapia. Ty się po prostu od niego tak bardzo uzależniłaś, że w tym wieku to chyba aż nieprawdopodobne. Uwierz, ja też miałam plany związane z moim ex- dom, dzieci itd. Też mi wszystko odebrał, ale wzięłam sobie za punkt honoru,że mu jeszcze pokażę, jak mi świetnie bez niego idzie. Dopóki rozmyślasz nad tym, nic z tego nie będzie. On się stał teraz Twoją obsesją. Wiesz, że takim zachowaniem tylko mu pokazujesz, że w tym związku by się męczył? Chyba lepiej pokazać, co stracił?
Co do studiów. To nic,że je przerwałaś. Zawsze możesz wrócić od nowa. Są też różnego rodzaju kursy. Wiem, wiem, nie masz teraz do tego głowy, ale to tak na przyszłość, gdy już lepiej będzie.
Żałoba po stracie bliskiej osoby zawsze jest, ale ważne, żeby nie przekształciła się w depresję. A tego na pewno nie chcesz, skoro już przechodziłaś to raz. Pomyśl o mamie, o rodzinie, przyjaciołach. Dla nich musisz się podnieść.
Nie byłam uzależniona. Nie widywalismy sie codziennie. Nawet jak był taki okres to nawet mowiłam ze mam go dosc! Dziwne ze tak mozna popadac w tym wieku w paranoje a jadnak moza. Moze urodzilam sie nie w tych czasach.
On tak napraede nie wie ze go tak kochałam. Zawsze byłam wobec niego oziebła i ani wylewna. Poprostu taka juz jestem. On wychodzi z założenia ze miesiac bede z kims nowym. Znajde sobie zawsze kogos.
Chciała bym się leczyć, ale nie wiem czy dam radę. Potrzebuję wsparcia, kogoś do kogo zawszele mogłam zadzwonić z każdym bublem. Mam koleżanki na których zawsze mogę liczyć, ale one przecież też mają swoje życie, nie zastąpią mi takiego kogoś. I myślę, że nie mogę im tak ciągle zawracać głowy. Nie są wstanie mi pomóc nawet jak by chciały.
A terapia? Przecież wiem, że nie mogę być sama. Bo co z tego, że dostanę leki, jak będę skazana praktycznie na siebie. Nie liczy się tylko to abym ja chciał się leczyć, ale całe otoczenie. A tak skończy się to na poważnych psychotropach, bo lekkie leczenie nic nie da.
A rodzice? Sama mama się leczy psychiatrycznie, bo padła jej psychika przez chorobę. Więc czego tu oczekiwać?
A ludzie? Otoczenie? Tak różnie maja reakcje na tą chorobę. Kiedy mówię, że nie chce mi sie żyć, że miałam myśli samobójcze to słyszę, że jestem głupia, nieogarnięta, że powinnam jebnąć się w głowę.
Przecież to tak powszechna choroba, choroba naszego wieku, a tak bardzo niezrozumiała.
Nawet mój chłopak, wtedy jeszcze chłopak, miał do mnie pretensje. Nie rozumiał tego dlaczego taka jestem, czemu tak się zachowuję. Potrafiłam przyjść do niego i płakać bez powodu, po prostu coś mi mówiło, żebym płakała. A kiedy pytał co mi? Nie umiałam odpowiedzieć, i to jeszcze bardziej go denerwowało. Choroba zabiera ci wszelkie logiczne myślenie. Wiesz, że powoli cie to zabija, ale nie umiesz nic z tym zrobić. Ciągle pytał i pytał, no a ja nie umiałam nic powiedzieć. Nie rozumiał, że zamykam się w sobie. Nie rozumiał, że po po prostu powinien przy mnie być. Żyć ze mną i wspierać, nie naciskać. Kiedyś kiedy mu powiedziałam, przełamałm się, że chce umrzeć, że nie ogarniam skończyło się płaczem na środku ulicy, i jego rozwalonymi piąstkami. Jego złością, bezsilnością? Nie mam pojęcia. Czasem i jemu bałam się mówić co mam w głowie aż przestałam.
Mówiłam mu żeby poczytał o chorobie na internecie, będzie mu na pewno łatwiej, ale zawsze słyszałam że internet kłamie. Może kiedy poszedł by do mojego psychiatry było by wszystko prostsze ale on nie chciał. Nawet o tym nie pomyślał. Przecież to nie jest przeziębienie i nie potrwa 5 dni ale może trwać i 5 miesięcy i rok i dwa... może minąć na zawsze, i powrócić tak jak u mnie teraz, to zależy nie tylko ode mnie ale od wszystkiego co dzieje się dookoła. Teraz tylko muszę walczyć praktycznie sama i to jest przerażające.
A teraz? Myślę, że może rozmowa z nim by mi pomogła, mogła bym jakoś poukładać sobie to wszystko i żyć bardziej spokojnie. A tak mam same pytania dlaczego? A nie mam odpowiedzi. Przez to tak bardzo się zadręczam. Nawet nie mogę do niego zadzwonić, i prosić o rozmowę o trochę pomocy, bo on i tak nie będzie wiedział co mi powiedzieć. Nawet jeśli dojdzie do niego za jakiś tydzień, dwa, żeby może z nią pogadać w końcu się odezwać i wyjaśnić wszystko, w co i tak nie wierzę, to po tym wszystkim co się teraz ze mną dzieje nie będzie wiedział co mówić. Bo nawet nie wie, że teraz tak moje życie wygląda.
Z jednej strony trochę go obwiniam, bo doskonale wiedział, że choruje, przecież sam odszedł ode mnie z tego powodu, i powinien wiedzieć, że takie traktowanie mnie może się skończyć źle. Ale powinien też wiedzieć ze to choroba, i to że tak się zachowywałam przez 3 miesiące kiedy on się zastanawiał to nie byłam ja, i nie jestem nadal sobą. A z drugiej jest mną zmęczony ile można użerać się z taką wariatką jak ja. I po prostu chce żyć normalnie.
Ale po co z nim rozmawiać? O czym? On nie chce rozmawiać, a sprawi Ci tylko ból.
Co do Twojej choroby, to niestety ludzie jeszcze nie są w pelni świadomi i stąd te glupie teksty. Musisz się na nie uodpornić i naprawdę zadbać o siebie.
No niestety, ja mam mu wiele do powiedzenia... on nic. Dwa końce sznurka, które nie mogą się złączyć.
Kiedyś jak coś się psuło ludzie to naprawiali, teraz wyrzucają i kupują nowe.
Świat jest zepsuty i ludzie odbiegający od normy są tłamszeni. Choroba, niepełnosprawność, biedota powoduje u społeczeństwa wstręt. Nie liczy się nic, ani nikt. Tak mało pozostaje ludzi na świecie pomagających, współczujących. Większość patrzy tylko na siebie, na to by było im jak najlepiej. Człowiek staje się pozytywką gdzie bogatsi, lepsi nakręcają życie. Zero wsparcia, współczucia od innych.
Dziś mija moja mała rocznica. Pierwszy tydzień samotności.
Ale ma się nijak do tego dnia. Gdzie stałam gdzieś na środku ulicy, rozmazana, zaryczana, a nad miastem multum fajerwerków. Niczym mój osobisty nowy rok!
Szkoda tylko, że ten rok jest tak chu**wy Już nie nikt nie wie jak mi pomóc. Brat chce mnie karmić, a ja i tak nie umiem jeść. A jak się wmuszam to daje gorsze skutki.
Chciała bym być tak obojętna wobec niego, jak on do mnie. Ale nie umiem! Nie wiem jak! On w swojej obojętności jest wręcz boski.
Witaj!
Dzisiaj mijają dwa tygodnie mojej samotności, która o tyle łatwiej mi znieść, ze tak naprawdę przez całe małżeństwo byłam sama.
Już po tygodniu zaczęłam być głodna, teraz sobie gotuje pyszne rzeczy, robię zakupy, chodzę do pracy.
Wiem, co to depresja, leczę sie na nią od dawna.
Musisz wsiąć sie w garść, jesteś taka młoda, dziewczyno, zycie przed Tobą!
Nie daj się stłamsić!
I idź do psychiatry, pomoże, od tego jest.
A ze jesteś sama? No cóż, takie jest zycie.
I w każdej chwili moze sie odmienić.
Wiem, co piszę. Nie podawaj się!
Powodzenia !
Wiem, ze życie przede mną, ale musiałam bardzo szybko dorosnąć, mimo iż mam te 23 lata emocjonalnie czuje się na 30.
Z dnia na moje życie się zmieniło. Kiedyś wiodłam sielskie życie, jak teraz na nie patrzę. Trochę nauki, zakupy, koleżanki koledzy i nic więcej. Nie musiałam martwić sie niczym, ani nikim. Nie byłam w tym wszystkim samolubna, wręcz odwrotnie mimo mojego charakteru każdy mógł na mnie liczyć...
Aż mija lat 18 i no najlepsze momenty życia tak mi się zdawało, niedługo studia, zabawa...
Ale nie, matka zaczyna chorować na sm i babcia na alzheimera. I nie ma juz nic, trzeba zajmować się wszystkim. Domem i dwiema osobami niepełnosprawnymi. Nie miałam wyboru, byłam już przed faktem dokonanym.
Dlatego też jest mi tak ciężko we wszystkim, patrząc na ludzi w moim wieku widzę w nich nie dojrzałe dzieci. Jestem tak styrana przez los, że nie umiem się odnaleść w życiu.
Postanowiłam iść do psychologa i walczyć o siebie.
Co ma myc to będzie.
Postanowiłam iść do psychologa i walczyć o siebie.
Co ma myc to będzie.
Dobra decyzja! ;-) walcz o siebie.
Życie mamy jedno, a czas ucieka bezpowrotnie.
Trzymam kciuki! ;-)
i dawaj znać co u Ciebie ![]()
Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłam, gdy przeczytałam Twój ostatni wpis!
Powodzenia ![]()
Dziękuje wszystkim.
Przede mną ciężkie chwile. Mam nadzieję, że wyleczę z depresji i ona nigdy do mnie nie powróci. Każdy uczy się na własnych błędach. Im więcej czasu mija, tym widzę ile popełniłam. Nie da się już cofnąć czasu, ale można pokierować swoją przyszłością.
Leilah, co u Ciebie? Jak się trzymasz? Mam nadzieję, że jest chociaż ciut lepiej ![]()
Wesołych Świąt ![]()
Nawet nie sadziłam że tak się ogarnę. Chodzę na terapie, żyję własnym życiem bez niego, nie tęsknie tak mocno jak to wcześniej sądziłam. Znajomi mnie w tym wszystkim wspierają, pokazują że w ciężkich chwilach można zawsze na nich liczyć.
Niestety święta są w tym roku smutne bez wigili bo mama jest w kiepskim stanie...
Ale mimo wszystko życzę tobie i innym z całego serca wesołych i pełnych miłości świąt <3
Wczoraj gadałam ze swoim ex przez telefon. Chciałam się z nim umówić by oddać mu jego rzeczy i odebrać swoje. Rozmowa przebiegała najnormalniej w świecie jak z kolegą... do czasu. Usłyszałam, że powiedział mi specjalnie że nie chce być ze mną z powodu choroby, bo gdyby powiedział ze tak po prostu nie układa nam się to bym się od niego nie odwaliła. Rozłączyłam się i poryczałam. Jak można coś takiego powiedzieć?
Po chwili zadzwonił i powiedział ze źle to interpretuje, przeprasza i po co mi to wszystko. No fajnie a jak można to inaczej zrozumieć? Ma do mnie pretensje ze przedstawiam go jako bezdusznego faceta, a przecież ma uczucia. Powiedział ze jest zwykłym facetem ze znajdę sobie lepszego fajniejszego i po co mi on, jak w nim nic nie ma specjalnego. Czy faceci naprawdę są tak durni? Jak się kogoś kocha to nie zależnie czy ktoś jest gruby, chudy, bez ręki, ślepy, głuchy po prostu się kocha i nie widzi się innych bo ten ktoś jest idealny i jedyny nie zależnie jaki jest.
1. Nikt nie jest idealny.
2. Nie ge0neralizuj.
3. Skup sie na swoim zyciu, zostaw go za swoimi plecami.
4. Rozmowa nie byla dobrym pomyslem, spotkanie bedzie jeszcze gorszym.
Taaa, teraz się będzie wybielał i jeszcze może wmówi, że to Ty z niego zrobiłaś potwora, a on ma po prostu niską samoocenę? Za te teksty typu: "zasługujesz na kogoś lepszego", "zostańmy przyjaciółmi" itd., powinno się karać ciężkimi robotami w kamieniołomach.
Wiem, że pewnie teraz nad tym rozmyślasz. Nie warto. Uwierz mi. Do mnie mój ex dziś próbował zadzwonić, więc aby obeszło się od zapychania mi skrzynki, że jakiś zablokowany numer wydzwania - napisałam smsa, konkretnego, że w sprawie reszty rzeczy i łóżka ma się umawiać z moim rodzicami. Nic więcej nie dodałam. Co uzyskałam w zamian? Smsa z treścią, że znów wyszedł na czarną owcę. Nie odpisałam nic. Nie będę się wdawać w głupie dyskusje. Spróbuj i Ty. Inaczej i Ty, i ja, będziemy znowu manipulowane, a po co nam to? Nie lepiej wejść w Nowy Rok silniejszymi?
48 2014-12-29 20:54:11 Ostatnio edytowany przez leilah (2014-12-29 21:31:59)
I co? I nic. Spotkałam się z nim dziś. Nie czuję ani smutku, ani żalu, ani nie paczę ani się nie cieszę, taka pustka.
Jest ktoś kogo kochasz i nie umiesz tego zmienić.
Dwie osoby gdzie jedna jest bardziej uparta od drugiej. Jedna chce, a druga nie, żadna nie odpuści. Kompromis? Istnieje w takiej sytuacji? Może trzeba znaleźć złotą radę? Wiem odpuść tego kwiatu jest pół światu... no i co z tego? Takie gadanie.
Byłam z nim szczęśliwa i to jest aż głupie rozstawać się z kimś po 4 latach z byle czego. Tak wiem i po 20 latach się rozstają, ale są tacy co żyją ze sobą do śmierci. Ale my po prostu oddaliliśmy się od siebie z powodu jego pracy, kiedyś nawet jak nie widywaliśmy się codziennie to i tak był kontakt, był problem, ale byliśmy razem. A jak pracował po 12 godzin? Nawet nie miałam co mu pisać smsa, bo odpisywał po 2h o ile odpisywał. Jak się nie pielęgnuje, to się sypie, ale jak ja miałam coś z tym robić? Nawet nie miałam okazji. Bo kiedy się widzieliśmy, to był nie przytomny i spał. Im bardziej mu trułam i chciałam czegoś, to bardziej to go irytowało. Usypiał, a ja go budziłam z krzykiem nie śpij, a jak chcesz spać to idź chociaż pod prysznic. Jedna lawina napędzała kolejną.
Usłyszałam, że nie zastanawiał się nad tym czy mu żal tego wszystkiego. No bo się nie układało to za 2 lata będzie to samo i po co to, przecież inni wracają do siebie żałują. Każdy sznurek ma dwa końce inni żałują a inni planują ślub i cieszą się że nie odpuścili, że jedna osoba walczyła o drugą. Każdy związek jest inny i zakładanie czegoś jest głupie jak się nie sprawdzi.
I najlepsze z dzisiejszego dnia, nie poznał mnie. Po jakimś czasie to do mnie doszło, nie poznał mnie, no co jest? I napisałam sms, ale tam olałam nie czekałam na odpowiedź. Ale? Ale odpisał że zmarniałam. Nie wiem czego oczekiwał. Wiedział, że jest mi bardzo ciężko to raczej nie będę tryskać energią, tylko zlecę z kilogramów.
A na koniec mistrzostwo. Ja od niego odeszłam. Pewnie znowu źle to zrozumiałam i miał co innego na myśli. Zabrałam dwa razy swoje rzeczy i odeszłam.
A prawda. Kiedy usłyszałam, że mnie nie kocha to po płaczu, histerii wpadłam w złość zaczęłam pakować swoje rzeczy. Przy tym zapytałam go z milion razy czy naprawdę tego chce. Odpowiedz była nie wiem, aż w końcu powiedział, że łatwiej jest je zabrać a potem przynieść niż zabierać w płaczu bo się nie udało. Zabrałam je a po tygodniu i tak wróciłam z nimi bo powiedziałam, że nie odpuszczę i będę walczyć. A jaki był drugi raz kiedy odeszłam i zabrałam rzeczy? W mikołajki kiedy powiedział że nie widzi naszej przyszłości. Miałam mu je zostawić czy siedzieć z nim i popadać w jeszcze większą histerię?
Nic na siłę. Znam te gadania, że po co wracać, skoro ludzie się rozstają i co będzie za parę lat itd. Mój ex mówił dokładnie to samo (może to jakaś rodzina?
). Popatrz na to, tak jak ja patrzę, chciałabyś być z tak zapracowanym człowiekiem, który nie ma na nic czasu, którego nie interesuje Twoje życie, problemy? Chciałabyś namiastki związku, czy pełnej relacji? Ja sobie zawsze zadaje takie pytania, gdy nachodzą mnie myśli o chęci powrotu. I zawsze odpowiadam sobie, że bym nie chciała. Nie można nikogo do niczego zmusić. On musi sam zrozumieć, co by wypadało zmienić, żeby odbudować Wasz związek. Pytanie jest jedno, czy Ty byś jeszcze chciała z nim być, gdyby on w końcu to zrozumiał?
Ale to nie było tak nigdy. Pracuje każdego roku przez sezon w magazynie i teraz np. jest już bez pracy. Pamiętam jak rok temu chodziłam do niego do pracy z drugim śniadaniem piciem z innymi rzeczami. Mogłam z nim siedzieć i pół godziny a czasem 3 min ale mogłam, pisałam dzwoniłam i było w porządku. Nawet jak było jakieś spięcie to i tak był kontakt. Łagodziło się to, samym byciem ze sobą. A teraz nie było w ogóle o tym mowy, jak chciałam do niego przyjść to nawet nie umiałam trafić, i do tego syf był w robocie. A kiedy był w końcu jakiś kontakt to kończył się dąsami. Spięcie które normalnie kończyło się po dniu, w jego trybie życia trwało tydzień i dłużej.
Teraz było by wszystko ok załagodziło by się to gdyby nie zaczął świrować. A jak słyszę od niego, że on nawet nie zastanawiał się nad tym czy to rozstanie jest warte? Kłótnie o przysłowiowy kolor papieru toaletowego zniszczyły mi życie. Bzdety o mało istotne rzeczy w życiu, rozwaliły mi wszystkie marzenia. Ale niestety jego myślenie ostatnio bardzo ciężko idzie i nawet nie wiem co zrobić by coś ruszyć w jego głowie.
I tak chciała bym z nim być nadal, mogłam na niego liczyć a on na mnie. Pracy już nie ma, i nasze życie było by takie samo i nawet lepsze, bo każdy uczy się na własnych błędach. Na pewno byli byśmy szczęśliwsi.
...Kłótnie o przysłowiowy kolor papieru toaletowego zniszczyły mi życie. Bzdety o mało istotne rzeczy w życiu, rozwaliły mi wszystkie marzenia. Ale niestety jego myślenie ostatnio bardzo ciężko idzie i nawet nie wiem co zrobić by coś ruszyć w jego głowie.
I tak chciała bym z nim być nadal, mogłam na niego liczyć a on na mnie. Pracy już nie ma, i nasze życie było by takie samo i nawet lepsze, bo każdy uczy się na własnych błędach. Na pewno byli byśmy szczęśliwsi.
Ale to byłoby zbyt piekne, by mogło byc prawdziwe... Pozostaje to w większosci w sferze życzeniowej. Zazwyczaj, choć nie zawsze, uczymy się na własnych błedach. I owszem, ta nauka nas zmienia. Bywa, ze stajemy sie lepsi, bo swiadomi błedów, jakich już nie powinnismy popełniać. I często takie - jak Twoje, moje i innych - bez sensu rozstania, zerwania pod wpływem infantylnych emocji, nieporozumień "w sprawie papieru toaletowego" (czy kupionego pierd...nego "nie takiego chleba"
) - zmieniają nawet i naszych partnerów/partnerki. Oczywiście o ile ich coś olśni, zaczną myśleć, dana im jest autorefleksja...
I faktycznie bywa, ze zmieniają sie na skutek tego w lepsze osoby: bardziej ciepłe, bardziej wyrozumiałe, mniej czepliwe i kłótliwe, zmieniaja swoje priorytety, oczekiwania od zwiazku itp ...utopijne marzenia.
Jest tylko mały problem - a to istne szyderstwo losu - stają sie lepszymi partnerami ...ale już dla kogoś innego.
Bo uczyli się zasad związku na żywej tkance...
Na nas.
Dokładnie tak jest, dlatego niektóre związki są sto razy szczęśliwsze po rozstaniu, niż przed gdy widzą błędy, kiedy w końcu siadają przy stole i mówią to i to było złe nie róbmy tego.
Ale są takie gdzie nic do nich nie dociera, ranią siebie tak samo jak przed rozstaniem jak i po powrocie.
Każdy jest inny, każdy inaczej patrzy na świat, i nie można czegoś zakładać z góry, że od razu będzie źle, albo dobrze jak się nie spróbuje. On nie wie jak będzie i ja też nie. Dlatego nie mogę słuchać swojego ex kiedy mówi o naszych znajomych kiedy to byli 7 lat ze sobą rozstawali się i wracali a i tak z tego nic nie wyszło i jest definitywny koniec. Ale ma też inny wzór, parę która się rozstała, wróciła po pewnym czasie a teraz są szczęśliwym małżeństwem.