Witam was serdecznie drogie Forumowiczki i oczywiście Forumowiczów jeśli takowi się znajdą!
Zarejestrowałem się tutaj tylko z jednego powodu - potrzebuję rady, a właściwie to świeżego spojrzenia na sprawę. Ale do rzeczy, ostrzegam jednak, że to ściana tekstu i bez naświetlenia sprawy nie da się zrozumieć całej sytuacji.
Jestem dość stały w uczuciach i praktycznie od 13 roku życia (mam 25 lat), zawsze miałem partnerkę (a dokładnie dwie). Z pierwszą dziewczyną byłem prawie 6 lat i niestety, bądź stety posypało się. Głównie to z jej winy, bo z miłej, inteligentnej dziewczynki co zawsze przynosiła świadectwo z paskiem zmieniła się w osobę, która liceum ledwo na dwójach przechodziła, stała się wulgarna i grubiańska. W ciągu ostatniego roku tego związku zbliżyłem się do jednej z koleżanek z klasy (nazwijmy ją Ula), która oczarowała mnie swoim podejściem do życia, poczuciem humoru i wnętrzem - delikatnym, a zarazem stanowczym. Tak się poskładało, że zerwawszy z pierwszą dziewczyną stworzyliśmy z Ulą parę i jesteśmy aż do dziś, prawie 6 lat. Nie kłócimy się, nie sprzeczamy (sporadycznie, więc nie wliczam tego) - para idealna. Ale czy na pewno? Znam Ulę na pamięć, potrawie przez telefon zwrócić jej uwagę, że robi coś czego nie powinna, dokładnie wiem jak się zachowa w danej sytuacji i czego by nigdy niezaakceptowana. Ula wyjechała. Wyjechała na staż zagraniczny, który potrwa aż do wiosny. W sumie w tym roku to już jej drugi wyjazd i z 10 pełnych miesięcy, które minęły może 6 spędziliśmy razem - razem, czyli żyjąc wspólnie w mieszkaniu.
Te Jej wyjazdy zbliżyły mnie do pewnej dziewczyny (nazwijmy ją Magda), którą znam ze studiów czyli ponad 5 lat - miała wzloty i upadki, kilka nieudanych związków i załamania kariery naukowej - zawsze mi się z tego zwierzała i szukała wsparcia, pocieszenia ponieważ jestem jej przyjacielem.
Z czym do Was piszę już chyba nie muszę wyjaśniać.
To nie jest tak, że moje uczucie do Magdy ewoluowało i że zawsze była dla mnie kimś więcej niż tylko przyjaciółką. Nie. Do czerwca/lipca tego roku nie patrzyłem na nią jak na kobietę, ale jak na dobrego kumpla, z którym i wyjdę na piwo, i pomarudzę na to i owo. Zawsze mogłem i mogę na nią liczyć. Jest to kobieta bardzo inteligentna, bystra, spostrzegawcza, świetnie gotuje i jest osobą, która lubi dbać o ognisko domowe. (Nie mogę powiedzieć, że tych cech nie posiada Ula - posiada, tylko w mniejszym, lub dużo mniejszym stopniu.)
Podczas jednego z wakacyjnych wyjazdów Uli spotkałem się z Magdą (oczywiście nie za plecami Uli, wiedział o spotkaniu) i dostałem młotem w łeb. Magda przestała być dla mnie tylko przyjaciółką i stała się kimś więcej. Jak to zrobiła? Nie wiem. To coś na kształt "miłości od pierwszego wejrzenia". Nie mogłem przestać o niej myśleć - dosłownie jak nie ja. Z twardo stąpającego po ziemi faceta stałem się... no właśnie kim? Po prostu oszalałem na jej punkcie. Nie chcąc niszczyć tego co już mam wziąłem na wstrzymanie, nie spotykałem się z Magdą przez ponad miesiąc, wymienialiśmy sporadyczne, jałowe maile - chciałem się trochę odseparować, aby to zauroczenie wywietrzało mi z głowy. Niestety...
Rozłąka nie pomogła, a ja w większym lub mniejszym stopniu cały czas myślałem o Magdzie. Ula zdążyła wrócić, wyjechaliśmy na wakacje, jakieś wycieczki jednodniowe, kino, rowery, spacer... Dlaczego nie mogłem przestać myśleć o Magdzie?!
W październiku Ula wyjechała za granicę a ja zostałem sam. Przestałem się alienować i spotkałem się z Magdą. Spędziliśmy ze sobą cudowny weekend, czuliśmy się w swoim towarzystwie dobrze, dotykaliśmy się, łaskotali, przytulali... Pomimo tego, że spędziliśmy ze sobą noc do niczego nie doszło, po prostu gadaliśmy pół nocy i potem poszliśmy spać - jak przyjaciele. Jednak w jeden z wieczorów Magda wykonała pewien gest - nie ważne jaki, który wzmożył we mnie uczucie do niej i dał nadzieję, że Ona czuje to samo - choć wiem, że nie da tego po sobie poznać.
Od weekendu minęły 3 dni a ja wciąż nie mogę przestać o niej myśleć. Nie wydzieliliśmy się od tego czasu, tylko wymieniliśmy kilkanaście maili.
I co ja mam biedny począć... Z jednej strony jestem z dziewczyną, której nie jeden by pozazdrościł lecz nie czuję już do Uli tego co kiedyś. Jak już wspominałem znam Ulę na pamięć nie mam już co poznawać, stała się trochę nudna. Boję się, że za kilka lat będzie przeze mnie cierpieć, a wtedy, kiedy pojawią się dzieci w tym cierpieniu trzeba będzie trwać (nasze problemu to nie problemu dzieci, więc rozwód nie wchodzi w grę) i liczyć, że jakaś iskra znów rozpali ten związek. Czy ją kocham? Nie wiem... to raczej taki rodzaj miłosnego przywiązania, bez romantyzmu jaki był na początku.
Z drugiej zaś strony jest Magda, która jest dla mnie ideałem. I nie mówię tego na wyrost. Pomimo tego, że znam ją bardzo dobrze, to wciąż jest dla mnie tajemnicza, ekscytuje mnie. Jednak nie jestem pewien jej uczuć. Mogę tylko przypuszczać, że coś do mnie czuję, ale na tę chwilę pewny nie jestem.
Czy powinienem porozmawiać z którąś z Pań? Którą najpierw? Taka rozmowa nie będzie łatwa dla nikogo i żaden ze scenariuszy nie jest dobrym rozwiązaniem, bo zawsze ktoś cierpi. Czy powinienem najpierw porozmawiać z Magdą, upewnić się co do jej uczuć do mnie i dopiero z tą wiedzą porozmawiać z Ulą? A może na odwrót? Może z żadną z Pań nie pogadać i tłumić po prostu to w sobie i liczyć, aż przejdzie?
Co wy byście zrobiły/zrobili w mojej sytuacji?
Pozdrawiam
A