Witajcie ![]()
Piszę, ponieważ potrzebuję świeżego spojrzenia na sytuację w jakiej się znalazłam.
Otóż chodzi, a jakże, o związek. A właściwie początki początków związku, ponieważ spotykamy się zaledwie od kilku tygodni (tak gdzieś może około 3 miesiące). Od początku wszystko układało się lepiej niż dobrze. Mimo, że oboje sporo pracujemy i nie mamy zbyt wiele czasu na jakiekolwiek życie towarzyskie, to jednak udało nam się znaleźć wspólny wolny czas na te kilka randek, na jakie poszliśmy. Spotkania udane, długie, ciężko było się po nich rozstać. Facet bardzo zaangażowany, może nawet aż za bardzo, bo momentami czułam się nieco onieśmielona tym jak mnie adorował: kwiaty, czekoladki, nigdy nie pozwolił mi zapłacić za rachunek w kawiarni czy bilety gdziekolwiek szliśmy (zaledwie 2 razy i to małym fortelem udało mi się dorzucić do rachunku). Zasypywał mnie smsami i telefonami (kontakt mieliśmy właściwie codzienny, lub co drugi dzień). Początkowo nawet trochę mi to przeszkadzało, ale z czasem jakoś tak naturalnie się to wyrównało i było już ok. Ogólnie bajka.
Niestety jak to w bajkach bywa, musiało o sobie dać znać złe licho. Jakiś miesiąc temu zmarła osoba z mojej bardzo bliskiej rodziny. Musiałam wyjechać na prawie dwa tygodnie w rodzinne strony. Nie powiem, mój książę wspierał mnie na odległość jak mógł, choć nie narzucał mi się, jakby rozumiejąc, że w tamtych chwilach byłam potrzebna rodzinie i potrzebowałam też chwili dla siebie. Ale zawsze oddzwonił, gdy chciałam pogadać, albo napisał z pytaniem jak się miewam. Ledwie burza w moim życiu przycichła, a jego spotkała podobna przykrość - odszedł jego przyjaciel. Poinformował mnie o tym w rozmowie telefonicznej. Słyszałam, że był wyraźnie tym przybity, dlatego też kiedy opowiedział mi co się stało nie wypytywałam już o szczegóły, nie chcąc go dodatkowo męczyć, zapewniłam jednak, że gdyby czegoś potrzebował, może na mnie liczyć. Podziękował i powiedział, że odezwie się, jak tylko trochę to "przetrawi" i sobie poukłada. Wiem z własnego doświadczenia, jak bardzo może irytować w takich sytuacjach zbytnie narzucanie się z pomocą, dlatego usunęłam się w cień. Na trzeci dzień od naszej ostatniej rozmowy, napisałam do niego z pytaniem, jak się trzyma. Odpisał, że samopoczucie i nastrój ma kiepskie, ale zawsze może być gorzej. Życzył mi dobrej nocy (pisał wieczorem). Ponieważ już spałam odpowiedziałam dopiero następnego dnia, że martwię się o niego i jeszcze raz zapewniłam, że gdyby mnie potrzebował to jestem do dyspozycji. Nawet nie sądziłam, że coś na to odpowie, ale odpisał po chwili, że ok i uśmiech. Więcej już od wczoraj nie pisaliśmy. Wiem że pogrzeb jeszcze przed nim. No i właśnie tu zaczyna się mój problem.
Może obrałam złą drogę i powinnam okazać mu bardziej swoje wsparcie. Nie chcę być nachalna, co zresztą też mu napisałam, ale może takie czuwanie na odległość jest niewystarczające... Z drugiej strony, gdyby potrzebował, wie że zawsze może zadzwonić, wygadać się, możemy się spotkać. Sama nie wiem. Gryzie mnie, że od tych kilku dni mamy taki sporadyczny kontakt, ale z drugiej strony każdy ma prawo w takich momentach do chwili samotności, refleksji itp. A wiem już, że to taki człowiek, który nie lubi się wywnętrzniać i trzeba z niego wyciągać siłą co go gryzie. Boję się, że ta sytuacja nas od siebie oddali, albo on na opak zrozumie moje intencje. Po niedzieli spotkamy się zapewne w pracy, może wtedy zaproponować jakieś spotkanie, no już sama nie wiem. Doradźcie coś, bo zgłupiałam już zupełnie i nie wiem co byłoby najlepsze...