Moje zdanie jest takie, że przyjaźń jeśli ma być, to będzie. Bez jakichś szczególnych rozpoczęć, postanowień. Jeśli są wspólne sprawy, zainteresowania, chęć dzielenia się doświadczeniami to przyjaźń się z czasem wyrodzi. Tylko to trwa. Musi opaść cały pył związany z relacją miłosną. Tymczasem w Twoim pytaniu wyczuwam ukryte oczekiwanie, że przyjaźń ma być namiastką miłości albo nową drogą do niej. Musisz sobie określić, czego oczekujesz. Nie jest to łatwe.
Chyba mogę śmiało powiedzieć, że przyjaźnię się z moją wielką miłością. Ale jest kilka ALE. My nigdy nie byliśmy w "związku". Rzadko się widujemy, często do siebie piszemy, czasem dzwonimy. Minęło osiem lat. Bardzo zmiennych lat: zbierania przeze mnie okruchów, braku kontaktu przez kilkumiesięczne okresy, ciekawości, co jednak u niego, robienia sobie nadziei, bliskich zwierzeń. Przez cały ten czas jednak czułam, że ten człowiek jest dla mnie bardzo ważny. On sam: jego przemyślenia, spostrzeżenia, doświadczenia. I nigdy niczego nie ustalając (nie: przepraszam, raz powiedziałam mu, że muszę zerwać z nim kontakt i nie utrzymywałam go blisko rok) jakoś zawsze któreś z nas dążyło do kontaktu. I chyba dopiero dziś - po rozstaniu z moim partnerem - mogę powiedzieć, że z Osobą, o której teraz piszę, łączy mnie przyjaźń. Długo jednak było to coś bardzo dziwnego. Zresztą wiem, że on przyjaźni się ze wszystkimi swoimi byłymi. Taki typ. Ale wiele osób się temu dziwi, uważa, że po tym, co mi zrobił (zrobił mi rzecz niefajną, szczególnie dla młodej, niedoświadczonej, nadwrażliwej dziewczyny) w ogóle nie powinnam mieć z nim kontaktu. Ale chcę. I już tylko na tym zyskuję. Ale bardzo długo tak nie było.