Witajcie
Mam 30lat. Byłam żoną alkoholika, obecnie czekam na sprawę rozwodową i uczęszczam na terapię
dla współuzależnionych.
Walczę o siebie o nowe życie, staram się wyjść z tego bagna.
Z mężem nie mieszkam od 10 mieś, i miałam z nim sporadyczny kontakt.
Własciwie to... sama pomieszuje od paru lat, bo z mężem nie dało się wytrzymać.
Nocne powroty po alkoholu, wieczne pretensje.
W naszym związku nie było ciepła, czułości i seksu.
I tu zaczyna się mój problem.
Po latach ascezy i walki o małżeństwo kiedy już mieszkałam sama i byłam strasznie samotna i zdesperowana
ponieważ miałam 29 lat i świadomość że od ponad 3 lat nie spałam z mężem, że w moim życiu nie ma seksu,
że nikt mnie nie kocha, nie całuje... poznałam chłopaka.
Samotnego rozwodnika, który przekonywał mnie że bardzo mu zależy na mnie.
Nie opierałam się długo... i niestety nie znając go dobrze spędziłam z nim noc.
Po wszystkim szybko się wycofał, tłumaczył się nawałem pracy i zniknął.
Nie wiem dlaczego... jak Boga kocham nie wiem... tydzień po tym poszłam do łóżka z kolegą.
Nie wiem... może chciałam sobie odbić te wszystkie lata samotności... chyba tak wtedy myślałam.
Kumpel zachował się bardzo ładnie potem, chyba zależało mu na mnie na prawdę.
Po tym jak to sie stało... chyba po 3-4 mieś. nagle zjawił się mąż błagając o pomoc.
Nie miał gdzie mieszkać... zgodziłam sie go przygarnąć, na jakiś czas.
Mąż spał na materacu na podłodze, a potem zaczął kombinować... zaczął planowac jakies zakupy mebli,
przemeblowania... z przerażeniem widziałam że wkupia się znowu w moją rzeczywistość
Już pierwszej nocy dopadł mnie kac moralny że zdardziłam go przecież...
Kompletnie się pogubiłam... jeszcze go kochałam, nie chodzilam wtedy na terapię, nie wiedziałam
że jestem współuzalezniona... a jednoczesnie już byłam po probie zaczęcia wszystkiego od poczatku, z kims innym.
Myślałam...Boże...on tu jest a ja 3 miesiace wcześniej spałam z 2 facetami!...........
Z czego jeden po prostu mnie uwiódł, oszukał i potraktował przedmiotowo.
Zaczęłam go porównywac z mężem i doszłam do wniosku że mąż nie jest taki zły... bo przecież nie znika.
Ciagle dzownił, jakos tam był...
Dostałam straszna nerwicę, ataki paniki.
Długo męża nie mogłam wyprosić z domu... wyprowadził się po 2 miesiach kiedy byłam juz w takich lękach
że bałam się wyjśc na ulicę.
Czułam do siebie wielką odrazę, miałam myśli autoagresywne, myślałam że zwariowałam.
Bałam się wszystkiego, cienia, przedmiotów, dźwięków.
Poczułam się strasznie winna... strasznie. Winna brudna, zła, niegodziwa...
Nie mogłam patrzeć na siebie, na swoje ciało...
Wtedy przypomnieli mi się wszyscy mężczyźni z jakimi chodziłam co prawda tylko na kawę kiedy mieszkałam
sama ale jedak, byli... miałam dużo wielbicieli. I za to tez poczułam sie strasznie winna.
Dziś mieszkam jak pisałam od 10 miesiecy już sama, i czekam na rozwód.
Terapia mi pomaga ale jednak... mam nadal jakis uraz. Czuje winna za moją seksualność, za to że mężczyźni
zwaracają na mnie uwagę.
Z nikim się nie spotykam, nigdzie nie chodzę... a jednak przez ten mur dobija sie do mnie pewien facet.
Dobry facet, opiekunczy odpowiedzialny, spokojny... mówi że wszystko rozumie, że chce mi pomoc
ale ja nie mogę... czuje się jak po gwałcie. Czuje tylko lęk przed mężczyznami. Bardzo mi się ten facet podoba,
bardzo chciałabym się do niego przytulić, pozwolić mu się jakoś zbliżyć ale boję się.
Od razu zaczynam analizowac czy nie jestem złą rozpustną kobietą, czy znowu nie znienawidze siebie za to.
Teraz nie wiem jak sobie to wszystko w głowie poukładać.