Cześć. Chciałbym otrzymać wyjaśnienie pewnej sytuacji która mnie spotkała. Może ktoś będzie wiedział jak mi pomóc.
Otóż, nazywam się tomek wraz z moją narzeczoną byliśmy ze sobą od 2-óch lat razem. Kiedy po roku znajomości zaszła w ciąże, cieszyliśmy się oboje, nie widziałem żadnych zmian jej zachowania. Byliśmy szczęśliwi jak zawsze. Ona praktycznie od kiedy tylko mogła poszła na zwolnienie z pracy i siedziała w domu. Ja prowadziłem własny sklep. Pracowałem od 7:00 do 18:00 codziennie. Miałem wolne jedynie niedziele. Wszystko było ok, kochaliśmy się, planowaliśmy budowę domu 15km od jej rodzinnego miasta, bo mam już tam działkę budowlaną. Planowaliśmy, załatwialiśmy nawet już formalności takie jak mapki w urzędach do celów projektowych, itd... Ostatecznie budowa nie zdążyła ruszyć, ponieważ kiedy zbliżał się termin porodu zdecydowałem zamknąć swój sklep żeby nie pracować dziennie po 11 godzin tylko zatrudnić się na etacie (co mi się udało) i teraz pracuję od 7:00 do 15:00, weekendy mam wszystkie wolne. Pracuję w firmie medycznej więc z zarobkami też jest ok.
Ponieważ wynajmowałem dwa lokale pod mój sklep, musiałem się z nich wyprowadzić i lekko odremontować (pomalować ściany itd.). W sumie miałem może 2 dni roboty. Niestety czas wyprowadzki zbiegł się z porodem, tak więc kiedy moja luba leżała już z synkiem w szpitalu, ja wracałem około 16:00 do domu, zawoziłem jej wszystko co potrzebowała z domu i jechałem do szpitala, ponieważ z reguły tam z nią jej mama, posiedziałem godzinkę i leciałem remontować lokale które musiałem jak najszybciej zdać.
Już w szpitalu usłyszałem od niej, że mnie nie ma przy niej i gdyby nie jej mama to by sobie nie poradziła z małym. Ale mimo wszystko mówiła, że rozumie że się muszę wyprowadzić ze sklepem i wyremontować. Była zła, miała do mnie pretensje ale rozumiała całą sytuację. Po wyjściu ze szpitala było już coraz gorzej.
Jej mama przed porodem, przychodziła do nas 1-2 razy w tygodniu na chwilkę i szła do domu. Po porodzie jest codziennie i siedzi u nas cały czas kiedy nie jest w pracy. Jak jest w pracy to są telefony i Panie wiszą na telefonach.
W tej chwili Nasz syn ma 7 miesięcy. Jej matka przychodzi codziennie... Dla mnie to jest dziwne ale nigdy jej nie wygoniłem.
Ale wracając do momentu wyjścia ze szpitala. Pracowałem jak już pisałem od 7:00 do 15:00, ale zanim dojechałem do domu była 15:30-16:00 w zależności od ruchu na drodze i pogody. Pojawiły się pretensje, że mnie nie ma cały dzień w domu a ona musi wykorzystywać swoją mamę żeby jej pomagała. Pytałem wtedy czy sama się nie umie zająć dzieckiem, czy mam się zwolnić z pracy żeby mieć więcej czasu, czy ona się boi dziecka że nie chce się nim sama zajmować, itp.... Napięcie między nami narastało. Kiedy mały miał już kilka miesięcy i przyszło lato ktoś jej powiedział, albo gdzieś wyczytała że najlepiej jak dziecko jest cały dzień na dworze. Więc zaczeła wychodzić z nim. Rano wstawała 6:00-7:00, wypijała kawe, nakarmiła dziecko i wychodziła na spacer. Wracała z nim tylko na jedzenie, czyli jakieś 2-3 razy w ciągu dnia. Resztę czasu spędzali na dworze. Chodziła po mieście albo sama albo z mamą. Zaczęły się pretensję do mnie, że w domu nie jest posprzątane, nie ma obiadu, pranie nie zrobione itd... Kiedy wracałem z pracy o 16:00 brałem wózek i wychodziłem na spacer żeby ją odciążyć i żeby miała dwie godziny spokoju, żeby odpoczęła. Czyli teraz mnie praktycznie nie było w domu od 7:00 do 18:00. O 18:00 wracałem z dzieckiem do domu. Wtedy zazwyczaj jadł, a o 19:00 codziennie była kąpiel. Oczywiście zawsze na kąpiel i karmienie przychodziła teściowa. Moja narzeczona nigdy nie mogła dać sobie rady z dzieckiem i do kąpieli były potrzebne 3 osoby, do karmienia minimum 2. Ciężko jest jej przebrać samej dziecko bo jak twierdzi ma małe ręce i nie może złapać dziecka tak żeby mu pupę podnieść i wsunąć pieluchę pod spód.
Na szczpeienie z dzieckiem nigdy nie poszła sama, brałem urlop z pracy żeby iść z nią. Raz byliśmy w trójkę z jej matką. Wyprawa jak w góry. Na przełomie lipca i sierpnia powiedziała, że zabiera synka i jedziemy nad morze do jej rodziny. A ponieważ nie miałem już urlopu bo wszystko wykorzystałem na zachcianki mojej pani, niestety nie mogłem jechać i tak jej powiedziałem. Myślałem że przełoży wyjazd, a ona zabrała matkę, siostrę z jej synem i pojechali zostawiając mnie w domu. Nie było ich 4 dni. Z nudów posprzątałem całe mieszkanie. Oczywiście Pani do mnie nawet nie zadzwoniła, ja zawsze dzwoniłem do niej, a jeśli nie zadzwoniłem to miała pretensje. Tak jakby ona nie miała telefonu. No ale... Posprzątałem całe mieszkanie wszystko się świeciłem, Wyczyściłem wszystkie fugi między płytkami, no wszystko co było możliwe to posprzątałem. Kiedy wrócili, do mnieszkania weszła ona i jej matka z małym i od razu zaczęły się pretensje. "Ale burdel", "Wróciłam z wakacji a teraz bede zapierdalać i sprzątać". Do dzisiaj nie wiem o co jej chodziło. Przemilczałem to.
Narzeczona ma siostrę i brata, którzy cały czas mówią teściowej żeby nie przychodziła bo to przez nią się kłócimy, mamy sobie sami dawać radę z dzieckiem. Moja uzależniła się od pomocy i nie daje sobie sama rady z dzieckiem.
Ostatnio podczas jednej z kłótni zakomunikowała mi że bierze kredyt i wyprowadzamy się wszyscy do jej rodziców. Za kredyt dobuduje 2 pokoje i będziemy mieszkali sobie razem bo ona sobie nie wyobraża wyprowadzki tam gdzie planowaliśmy się budować bo jest za daleko od mamy a ona sama sobie nie da rady. Od razu jej powiedziałem, że nie będę mieszkał ani z jej ani ze swoimi rodzicami. Ja już odciąłem pępowinę. Ona mimo swojego wieku (35lat) jeszcze nie. Mieliśmy przez jakieś ostatnie 2 miesiące ciche dni, tzn rozmawialiśmy tylko na tematy związane z synem, opłatami itp.... Najpierw były kłótnie co 2 tygodnie, później co weekend, a ostatnio nawet parę razy w tygodniu. Wiele razy mówiła "jeśli mam być samotną matką to będę", "lepiej by mi było samej", "nic nie robisz",itd... Ogólnie mieszała mnie z błotem. 1,5 tygodnia temu była kolejna kłótnia. Powiedziała, może w złości, że mam się wyprowadzić z mieszkania, bo chyba nie wyrzucę jej z dzieckiem. Na drugi dzień po powrocie z pracy wziąłem walizkę i zostawiłem w pokoju. Wieczorem zapytała mnie czy zamierzam się wyprowadzić, więc powiedziałem że sama tego przecież chciała. Wtedy mi powiedziała, że nie o to jej chodziło. Nie bardzo chciało mi się wtedy zgadywać o co jej chodziło i się spakowałem i wyprowadziłem. Miałem trochę rzeczy, więc w tygodniu przyjechałem po resztę. Pani mnie już spakowała sama. Zapakowała wszystko co zostało mojego, poza pierścionkiem zaręczynowym (którego i tak nigdy nie nosiła). Zostawiła mnie w mieszkaniu i sobie poszła z dzieckiem na spacer. Zabrałem pierścionek zaręczynowy i wszystkie moje rzeczy. Dla mnie taka sytuacja jest równoznaczna z zerwaniem zaręczyn i rozstaniem. Dla niej chyba miałem się wyprowadzić tak żeby nikt nie dowiedział się że odszedłem.
Aha, Pani mówi wszystkim dookoła, że wszystko co mały ma w domu, wszystkie rachunki za mieszkanie, jedzenie, itd... pokrywa ona i jej matka, co jest kłamstwem bo rachunkami dzielimy się na pół. Pani nawet zbiera paragony i też się rozliczaliśmy na pół z paragonów.
A więc podsumowując. Po porodzie przestała być samodzielna i chyba zaczęła ją kontrolować matka, mimo że ona ma 35lat, nie umie sobie z niczym poradzić sama. Do jedzenia, kąpieli, nawet do usypiania dziecka potrzebuje pomocy. Sama nie może wyjść na spacer z małym bo ktoś ją musi sprowadzić bo ona nie może trzymając dziecko zamknąć drzwi na klucz.
Po porodzie zaczęły się pretensje o wszystko. Krzyczała nawet, kiedy korek od wanny położyłem na brzegu wanny, a ona wymyśliła że korek od wanny ma leżeć na zlewie. Kłótnie o to że nie posprzątane, nic nie robie itd.... Kiedy mówiłem że od 7:00 do 18:00 nie ma mnie w domu i nie mam jak sprzątać, gotować to mówiła zawsze "A widzisz, a ja kiedy mam to robić? też cały dzień pracuję, ja jestem w pracy 24h na dobę". Tak jakby dziecko było dla niej przeszkodą przez którą nic nie można zrobić.
Obiad przez ostatnie 7 miesięcy zrobiła może 6-7 razy. Z czego 3-4 razy były ziemniaki pokrojone w plasterki i przysmażone a reszta to były gotowce czyli np, krokiety z biedronki, gotowe pierogi...
Co tydzień w niedziele chodziliśmy do jej rodziców na obiadki. U moich nie byliśmy ani razu.
Jej matka była bez przerwy praktycznie u nas, mimo że ma inne wnuki przychodziła tylko do nas. Jej wnuk kiedyś przyszedł do niej w niedziele (syn siostry mojej narzeczonej) i kiedy ukochana babcia zapytała na odchodne kiedy do niej znowu przyjdzie usłyszała od niego "A ty do mnie przychodzisz?". Sama z dzieckiem dziennie jest w porywach może ze 2 godziny. Resztę czasu jest z nią ktoś kto jej "pomaga". Albo ja albo jej matka. Kiedyś jej matka była w pracy i dzwoniła do siostry żeby przyszła, to ta jej powiedziała że ma sobie sama dać radę, ma nie wykorzystywać innych i ma być samowystarczalna. Już więcej nie prosiła siostry o pomoc. Teraz jeśli jej matka nie może przyjść to przychodzi jej ojciec.
Ogólnie zachowuje się gorzej niż nastolatka i mimo wieku jest niedojrzała i uzależniła się od pomocy. Mnie w dzień nie było bo pracowałem. Jej matka pracuje na 3 zmiany więc w dzień ma więcej czasu i dlatego przesiaduje u niej cały czas.
Ja prosząc moją o rękę nie godziłem się na trójkącik z jej matką. Nie rozumiem jak można się aż tak zmienić po porodzie. W tej chwili mieszkamy osobno. Jedynym pytaniem jakie ona teraz zadaje jest "co z pieniędzmi, jak się będziemy rozliczać". Nie interesuje się niczym innym poza pieniędzmi. Kiedyś podsłyszłem jak mówiła do mamy "Nic w domu nie robi, ja wszystko robie, przynosi grosze do domu, nic mi nie daje. Gdyby zarabiał 10tys. zł to mógłby nic nie robić". Zachowuje się jakby jej chodziło tylko o pieniądze. Już mi się coś zaczyna wydawać, że to nie moment porodu był przełomowy tylko moment zamknięcia sklepu. Pani myślała, że mając sklep jestem milionerem a kiedy zamknąłem to zakręciłem źródełko z kasą bo już nie mam takich zarobków jak kiedyś, ale na spokojne życie wystarczy.
Może za dużo myślę o tym wszystkim. Kiedyś powiedziałem jej, że chyba ma depresję poporodową i zaproponowałem żebyśmy poszli do psychologa. Usłyszałem wtedy, że sam muszę iść do psychiatry się leczyć.
Zawsze mówiła, że jak się rozstaniemy to nie będzie mi utrudniała kontaktów z małym. Od tygodnia byliśmy umówieni na dzisiaj, że przyjeżdzam o 9:00 i biorę małego do siebie. Miałem do odwieźć ok. 18:00-19:00. Wczoraj zadzwoniłem żeby jej przypomnieć o tym, a ona oznajmiła mi że zabieram go o 12:00 i o 17:00 ma być z powrotem. Do tego stawia warunki. Muszę przyjechać 30min wcześniej z kimś do pomocy. Bo ona myśli że skoro ona sobie nie daje rady to ja też nie dam. Boję się, że ona dąży do tego żeby mały o mnie zapomniał, żeby płakał w przyszłości jak go będę zabierał gdzieś.
Oczywiście jadę dzisiaj po dziecko sam bo nikogo nie będę zmuszał do oglądania tej osoby, ja umiem sobie z własnym dzieckiem w przeciwieństwie do niej.
Nie wiem już co o tym wszystkim myśleć. Może ktoś miał podobny problem i może mi pomóc