Hej!
Założyłem tutaj konto z jednego powodu, jak się pewnie domyślacie, rozstałem się z dziewczyną. Jak to każda sytuacja jest indywidualna, nasza jest również inna.
Spieprzyłem, przyznaje. Nie zrobiłem niczego niewybaczalnego; nie było zdrady, nie było oszukiwania, niczego nie ukrywałem. Po prostu w nasz związek weszła monotonia i nuda. Praca, dom, praca. Trochę głupich kłótni. Moją winą jest to, że nie starałem się o nią. Mam dużo wad; mój charakter, brak herkulesowatego wyglądu (już to zmieniam!), wymądrzanie się (oj tak!), no i jestem za bardzo opiekuńczy. Ostatnio mam mniej znajomych (może brak czasu, a może to jaki jestem) i oddaliłem się bardzo od wszelkich pasji (miałem ich mnóstwo!).
Powiedziała mi, że już nie kocha. Jakiś czas temu mówiła, że kocha. Teraz podobno nic nie czuje. Jej decyzja: musimy się rozstać. Oczywiście wszelkie prośby nic nie dają. Nie było szansy, nie próbowała nawet. Zdecydowała się i już nie jesteśmy razem. Wiem co powinienem w takiej sytuacji zrobić, podwinąć ogon i zniknąć z jej życia...
Niestety, nie w naszym przypadku. Po 9 miesięcznym związku jakiś czas temu zdecydowaliśmy się na wynajem czterech kątów, mieszkamy razem, kontrakt mamy na minimum pół roku, minął dopiero miesiąc, 5 "cudownych" przed nami. Choć staram się nie bywać w domu, zostawać dłużej w pracy, łapać następny pociąg i po prostu nie wchodzić jej w drogę, to jestem zmuszony do codziennego widywania się. Śpimy osobno (ja na kanapie), jesteśmy "przyjaciółmi" (przecież zawsze byliśmy). Ale też czasem gadamy, dużo się śmiejemy i paradoksalnie to wszystko nas jakoś bardziej zbliżyło.
Niestety, jest nieugięta. A ona przecież pachnie, wygląda, przebiera się, wydaje odgłosy i nie ukrywam, cholernie mi się podoba. Ma pełno wad, ma więcej niż ja. Pali, z rzadka nie tylko papierosy, lubi spać, często do 13, najlepiej nic by nie robiła, spędza na kanapie więcej czasu niż poza nią, obżera się słodyczami (szczególnie ostatnio), nie jest typem pani domu, wręcz odwrotnie, to ja robię więcej w domu niż ona. No i standardowo; marudzi o figurze (mimo tego wciska kolejny słoik nutelli). Ale mimo tego wszystkiego to mówiąc spokojnie, kocham ją bardzo. Jest trochę pierdołowata i boi się pająków. To ja częściej sprzątam, gotuje, wynoszę śmieci, staram się, aby to wszystko jakoś wyglądało. Wiem, że zaraz ktoś powie, że jestem pipuś-glancuć, ale ciężko żyć w nieładzie. No i życie kiedyś nauczyło, mieszkałem jakiś czas sam. Wiem, że może brakuje we mnie "byka". "Chama i prostaka". Jestem zbyt grzeczny i bardziej romantyczny niż ona.
A ona potrzebuje po prostu pierdo***ięcia.
Ale jestem też cholernie zmotywowany! Chcę to zmienić, chcę coś zrobić. Nie potrafie się poddawać. Szczególnie w takim przypadku, kiedy wkrada się poczucie bezsilności.
Dziewczyny. Co robić? Jakim być? Jak się zachowywać?
No i jak nie zwariować...
Przeprosiłem (może to błąd?), podobno nikogo nie poznała (na kanapie ciężko kogoś poznać)...