Przez początkowy okres życia byłem bardzo nieśmiały. Do 19 roku życia nigdy nie miałem bliższych kontaktów z kobietami. Wszystko zmieniło się na studiach. Wczoraj minęły 4 lata odkąd poznałem pewną dziewczynę. Stało to się na weselu. Mała wyłącznie rodzinna impreza, ok 30osób. Nie myślałem, że kogoś ciekawego tam poznam, a jednak - stało się. Pamiętam to jak dziś. Siedzieliśmy wcale niedaleko od siebie, mimo to niezbyt zwróciła moją uwagę, pewnie dlatego, że siedziałem między mega towarzyskimi bliźniaczkami moimi siostrami ciotecznymi, z którymi zawsze miałem świetny kontakt. Nadszedł moment pierwszego tańca. Goście tworzący okrąg, młodzi w środku. Taniec był dla mnie mordęgą, nigdy nie umiałem i nie lubiłem tego robić, tylko czekałem aż w końcu piosenka się skończy, a ja będę mógł gdzieś czmychnąć. Parcie na mocz zmusiło mnie do wybrania kierunku WC. I wtedy się poznaliśmy. Czekałem na swoją kolej siedząc na ławeczce i traf chciał, że potrzeba ją także przyciągnęła w te okolice. Pokonałem wtedy nieśmiałość i pierwszy zagadałem, pytając jak się bawi na imprezie. Odpowiedziała 2 słowa i otworzyły się drzwi toalety. Przepuściłem ją, weszła pierwsza. Gdy wychodziła wymieniliśmy się spojrzeniami. Potem przy stole kilka razy nasz wzrok się spotykał, wymieniliśmy kilka uśmiechów, i byłoby na tyle, gdyby nie panna młoda, która przekazała moim siostrom siedzącym obok, że ta dziewczyna interesowała się mną i wypowiadała bardzo pochlebnie w rozmowie z młodą. Bardzo się ucieszyłem o tych wieściach jednak mimo tego nie miałem odwagi, żeby podejść i zagadać zwłaszcza, że obok siedzieli jej rodzice i wujostwo. Po kilku głębszych za zdrowie nowożeńców jednej z siostrzyczek zachciało się tańczyć. Wyciągany zza stołu dałem się namówić, przetańczyliśmy 2 czy 3 piosenki, oddałem siostrę w ręce innego tancerz i wróciłem za stół, by po chwili spojrzeń na piękną nieznajomą wstać i poprosić do tańca. Zgodziła się z uśmiechem. Taniec ten był nietypowy, bo w zasadzie jedynym krokiem było powolne obracanie się w około. Wlepieni w siebie, patrzący w oczy z odległości kilku centymetrów, rozmawialiśmy, za nic mając zmieniające się utwory i śmiechy innych gości, widzących nas kręcących się w swoim własnym rytmie. Robiąc tylko jeden odpoczynek - na barszczyk, przetańczyliśmy(przegadaliśmy) razem pół imprezy. Rozchodząc się zasugerowała chęć spotkania. Tego roku, w przeciągu 2 tygodni(taki czas po weselu była jeszcze w moim mieście) spotkaliśmy się 5 razy, najpierw korespondując ze sobą poprzez social media i telefonie komórkową. Od pierwszej minuty weselnego tańca wiedziałem, że się zakochałem, mimo to nie potrafiłem jej tego wyznać, myślę, że głównym powodem braku odwagi była wieść o tym, że ma chłopaka. W czasie gdy bawiliśmy się na weselu była z nim od roku. Są razem do dnia dzisiejszego. Nie potrafiłem wchodzić i bruździć w życiu 2 osób, zwłaszcza, że było widać, że się kochają. Ja tak nie potrafię, nie potrafię robić takich rzeczy, bo wiem, że ja będą z związku z kobietą nie chciałbym, żeby ktoś ładował się do mojego związku z buciorami i coś niszczył.
Minęły 4 lata. Zaprzyjaźniliśmy się ja z nią i on ze mną. Wspólne wakacje, wypady na weekend czy imprezy mimo 300km jakie nas dzielą. Często do siebie dzwonimy(we trójkę), rozmawiamy, żartujemy, pocieszamy, wyciągami z kłopotów. Mogę śmiało powiedzieć, że mogę na nich liczyć, a oni na mnie. Mimo tego nie czuję się szczęśliwy, bo ciągle czuję do niej to co na początku i to coraz bardziej mnie przytłacza. Nie pomagają sukcesy na uczelni(ukończyłem niedawno 8 semestr studiów, ze świetnymi wynikami), w pracy(udało mi się rozkręcić na dobre własną działalność, robię w wyuczonej branży, w której odkąd pamiętam chciałem pracować, zarabiając przy tym niemałe pieniądze), z płcią przeciwną, celowo nie nazywam tego pola miłosnym(przez 4 ostatnie lata byłem związany z 6 dziewczynami, z którymi było mi wspaniale przez miesiąc, dwa, trzy, a potem znów to samo - ciągle ona w głowie). Coraz częściej widząc ich wspólne zdjęcia chce mi się ryczeć i nierzadko to robię. Ona ciągle jest w moim umyśle, jedynie w pracy czy na uczelnie potrafię na chwilę zapomnieć, ale gdy wracam do domu ciągle to samo. Nie pomaga wychodzenie z kumplami na piwo, mecz, bilard. Nie pomaga wyżycie się na siłowni, basenie czy hali, nie pomaga jazda rowerem, nie pomaga chodzenie po górach, nie pomagają rozmowy z psychologiem, bo to ciągle wraca. W kręgu znajomych jestem postrzegany jako osoba szczęśliwa, bo mam pieniądze, własne mieszkanie, zainteresowanie kobiet, wypoczynek zagranicą, auto. Tymczasem jest zupełnie inaczej, jestem na maksa nieszczęśliwą osobą, bo nie mam tego, za co oddał bym te wszystkie dobra którego posiadam, nie mam miłości.
Mam nadzieję, że ktoś zechcę choć w skrócie to przeczytać i będzie miał lekarstwo na moją chorobę.