Witajcie.
Od ponad 10 miesięcy jestem we wspaniałym związku. Patrzymy na siebie tak samo, chcemy razem wziąć ślub, mieć dzieci, po prostu planujemy razem wspólną przyszłość. Potrafimy otwarcie rozmawiać na każde tematy, o tym co czujemy, myślimy czy pragniemy. No i dlatego mój eM wie o mnie wszystko, zna moje dobre i złe strony, zna moją przeszłość i na bieżąco budujemy teraźniejszość razem.
Jestem osobą niezwykle towarzyską, odnajduję się w każdym miejscu, uwielbiam być otaczana ludźmi, adorowana, zauważona. Ale wszystko w granicach rozsądku, nie zapominam o moim M, nie daje mu powodów do podejrzeń, do jakichkolwiek myśli, że mogłabym go zdradzić czy oszukać. Jednak w całym swoim życiu mam zaledwie dwójkę dobrych znajomych, którzy otaczali mnie od lat. Natomiast M ma mnóstwo kolegów z dawnych lat i zawsze gdy chce, może się z nimi spotkać. Problem polega przede wszystkim na tym, że jednym z moich znajomych jest mężczyzna, z którym kiedyś spałam. I chociaż to było zanim poznałam eM, dobre kilka lat temu, to moja znajomość z panem Ka strasznie eM nie odpowiada. I chociaż nie raz rozmawialiśmy na ten temat, i eM wie, że moja relacja z Ka się zmieniła, że jesteśmy tylko znajomymi i raz w miesiącu czasem się spotkamy, to i tak robi mi z tego powodu wyrzuty. Uważa, że on zrezygnował z relacji z "dawnymi" i "niedoszłymi" dziewczynami, ale to kategorycznie, nawet z nimi nie rozmawia ani nic. I oczekuje tego samego ode mnie, zerwania kontaktu z całą "przeszłością", z panem Ka. eM nie jest zaborczy, ale niemiła atmosfera jaka stwarza po spotkaniu z Ka, jest dla mnie nie do zniesienia. Mówi mi, że pozbawiam go pewności siebie i chociaż wie, że nic nie robię, to wcale nie jest siebie ani mnie pewny przez takie coś. Powtórzę, z Ka spotykam się czasami na kawę czy piwo, jak z dobrym znajomym i tyle, na godzinkę, czy dwie, raz w miesiącu! I to nie zawsze. Ja jestem typem człowieka, któremu zależy na kontakcie z ludźmi, z tymi z dawnych lat, ale przede wszystkim z takimi, z którymi łączy mnie jakaś dłuższa relacja. Em jest inny, eM, nie lubi patrzeć i mieć kontaktu damsko-męskiego z kobietami, do których "zarywał" lub, z którymi spał. Tylko, że takie jego relacji z kobietami były krótkotrwałe i wydaje mi się, że wcale nie głębokie i też nei potrafiłby tak normalnie z nimi rozmawiać. Pytał mnie, a co Ty byś zrobiła gdybym ja się z nimi spotykał, na jakieś piwo czy coś? Ja mówię, że nie wiem, zależy to od charakteru spotkania i celu takiego spotkania. Raz nie powiedziałam eM o spotkaniu z Ka i znów awantura. Boję się, że przez takie ograniczenia nie wytrzymam w tym związku. Em jest wspaniały, ale boję się, że pewne decyzje wymusza na mnie przez współczucie, litość, czy po prostu powoduje u mnie wyrzuty sumienia, że coś co wydaje mi się w porządku, jest krzywdzące dla niego.
Ja z Ka nie muszę się spotykać bo mi na tym bardzo nie zależy. Ale boję się tego, że zazdrość i nieufność eM doprowadzi do czegoś złego. Bo ja mogę teraz zrezygnować z takiego czegoś, ale jak znów coś będzie nie tak dla niego, a ja nie będę widziała problemów to co? Znów mam zrobić coś dla niego, by czuł się pewny jako facet? Ja uważam, że jeżeli mówię mu o wszystkim, troszczę się o niego, tłumacze mu jak ja pewne rzeczy widzę to zasługuję na zaufanie. Ale on raz mówi, że nie ma podstaw by mi nie ufać, a potem mówi, że to co robie (te spotkania) odbiera mu pewność siebie. Ja chciałbym ze spokojem móc spotykać się i z facetami i z kobietami, jeżeli nie robię nic złego i spotykam się bez podtekstów.
Czy miłość polega na tym, by cały czas być z tą drugą osobą i już nawet z innymi ludźmi się nie można widzieć? Z innymi mężczyznami? Czy widzicie coś złego w moim zachowaniu?