Moja historia wydarzyła się sporo czasu temu, ale nadal kiedy o tym pomyślę czuję się gorsza i boję się, że w życiu naprawdę liczą się tylko pieniądze i pozycja społeczna...
Był rok 2009 r., ze swoim narzeczonym miałam spędzić święta Bożego Narodzenia u jego rodziców. Mieszkają oni w malowniczej wiosce, w pięknym domku nad jeziorem. Jego matka była dyrektorką szkoły i kuratorem, ojciec -przedsiębiorca prowadzący własną działalność. Nie raz jego matka chwaliła się tym, jaki wspinały kontakt miała z uczniami, z trudną młodzieżą. Nie raz mówiła, że rozumie ich problemy itp.
Strasznie nie lubiłam jeździć do jego rodziców, mój narzeczony z resztą też nie. Mimo, że byli oni mili, kulturalni to czuło się jakiś dystans, wyższość.
W wieczór wigilijny złożyliśmy sobie ciepłe życzenia, wręczyliśmy sobie przepiękne prezenty. Pamiętam, że dostałam od jego matki prześliczną bransoletkę. Strasznie się cieszyłam, bo zawsze chciałam mieć taką. Nie wiem, skąd wiedziała, że marzyłam o niej. Raczej mój narzeczony nie powiedział jej, co bym chciała dostać. Czułam, że ten wieczór będzie magiczny, inny niż poprzednie wieczory wigilijne.
No i był inny...
Około 22 poczułam się źle, więc przeprosiłam wszystkich i poszłam spać. Przebudziłam się około 1 w nocy. Światło w salonie było zapalone. Słyszałam, jak rozmawiali. Nadal siedzieli przy stole. Ich głosy były przyciszone, ale nerwowe. Nie koncentrowałam się na ich rozmowie do momentu, kiedy usłyszałam: "Michał, ale przecież ona..."
Moje ciało naprężyło się, skoncentrowałam się, wyciszyłam, chciałam usłyszeć jak najwięcej. Adrenalina zaczęła rozchodzić się po całym moim ciele, serce zaczęło mocniej bić, gorące łzy spłynęły po policzkach.
"Michał, ale przecież ona nic nie ma. Jest nikim. Z nią zmarnujesz sobie tylko życie. Jaką z nią masz przyszłość...?"
Poczułam się, jakbym z całych sił, z niewyobrażalnym impetem dostała obuchem w łeb!
Zacisnęłam mocno zęby, wtuliłam się w poduszkę i modliłam się o to, żeby szybko zasnąć. Oczywiście nie mogłam. W mojej głowie tysiące słów, myśli kotłowało się. Pomyślałam o życzeniach, które jego matka mi złożyła, które okazały się teraz kłamstwem. Tak strasznie chciałam wybiec do nich i zapytać: kim są, żeby mówić takie rzeczy, kto dał im prawo oceniać mnie, stwierdzać, że jestem nikim!?
Jednak wiedziałam, jak to będzie wyglądać. Rozhisteryzowana, bełkocząca przez łzy dziewczyna, stojąca przed nimi, ze złości i bólu jąkająca się. Dałam sobie spokój.
Poczułam obrzydzenia do nich i niestety do siebie...
Kiedy przyszedł Michał udawałam, że śpię. Przez godzinę nasłuchiwałam, czy jego oddech uregulował się, Miałam nadzieję, że już śpi . Potem zaczęłam cicho płakać. Patrzyłam się w okno, na cienie rzeczy stojących w pokoju. W ciemności widziałam cienie torebek z prezentami. Dobrze też wiedziałam, gdzie położyłam moją "wymarzoną bransoletkę". Czas jaki upłyną do świtu wydawał się wiecznością. Mimo tego nic sensownego nie wymyśliłam...
Z rana od razu powiedziałam Michałowi prawdę, że słyszałam ich wczorajszą rozmowę, i że jeżeli mnie choć trochę szanuje, to żebyśmy wyjechali do domu natychmiast.
Spakowaliśmy się. Prezenty zostawiliśmy w pokoju, który był dla nas przygotowany. Jego matka nie zapytała, co się stało. Patrzyła tylko jak wychodzimy.Jej twarz nie ukazywała niczego: smutku, radości, zadowolenia, czy wstydu. Jej kamienna twarz po prostu była
Tak bardzo chciałam jej nawrzucać. Tak strasznie chciałam powiedzieć jej, że jest POTWOREM! Nie zrobiłam tego, nie potrafiłam...
Nie cały rok po mojej "magicznej Wigilii" nasze narzeczeństwo skończyło się.