Ponawiam tutaj w bardziej odpowiednim dziale.
Byś może któraś z Was mi poradzi.
Jesteśmy (a właściwie byliśmy) razem sobą prawie trzy lata, mamy po 25 lat - ogólnie układało się dobrze, spędzaliśmy ze sobą sporo czasu, przegadaliśmy ze sobą masę godzin, momentami była sielanka, choć wiadomo że zdarzały się gorsze dni. Mieliśmy wspólne zdanie na wiele rzeczy w dorosłym życiu (ślub, rodzina, wychowanie).
Naszym problemem (co czasami mi doskwierało) było to, że w gruncie rzeczy nie mieliśmy nigdy prawdziwie wspólnych pasji i zainteresowań - potrafiliśmy gadać o wszystkim, chodziliśmy do kina czy teatru, ze znajomymi ale nie było np. wspólnego uprawiania sportu, wyjazdów pod namiot czy jakichś uniwersalnych tematów do rozmów, które interesowały zarówno mnie jak i ją i do których często powracaliśmy. Ona miała też dość trudny charakter i wg mnie była źle wychowana - rozpieszczona, trochę 'księżniczka', nigdy nie pracowała, z jednej strony ambitna - z drugiej nic nie robiła, żeby coś osiągnąć. Ale ogólnie było nam razem spoko, aż od pewnego czasu (koło roku temu) zaczęło się miedzy nami psuć, pojawiały się kłótnie, sprzeczki i inne problemy i teraz do sedna.
Jak była kłótnia, to tylko ja łagodziłem sytuacje (niezależnie która strona to wywołała), ona nie kwapiła się ani do kompromisów ani do tłumaczeń z własnej woli ani do wyciągnięcia wniosków i skończenia sprzeczki, miała tez tendencje do bycia zaborcza - czasami mi czegoś zabraniała albo dawała jakieś ultimatum typu 'jak to zrobisz, to ja zrobię...'. czasami się uginałem przed tym, czasami nie - wtedy były nowe fochy. nie jestem typem pantofla, ale samiec alfa tez ze mnie żaden - lubię mieć własne zdanie i robić co chce, ale potrafię się dostosować jeśli ktoś mi to logicznie uzasadni.
Kolejnym problemem było to, ze nie potrafiła powiedzieć wprost, co jej przeszkadza, ze jest zła o coś (zamiast tego się z reguły obrażała) albo w przypadku problemu - jak go rozwiązać. wiem, szczera rozmowa itp. powinna pomóc - ale ona nie miała ochoty / sił / chęci na to, a jak zwracałem jej uwagę, ze powinna pracować nad tym, to mówiła, ze 'się uczy wyrażać swoje myśli i uczucia ale to trwa wolno'.
Nie mówię, że ja byłem idealny, bo nie byłem - mam szereg wad, z którymi mówiąc szczerze nie walczę zbyt mocno, bywało że ją zaniedbywałem, spóźniałem się, momentami byłem strasznie leniwy, bywało też że nie okazywałem tyle czułości ile chciała o czym czasem (choć z reguły po fakcie) mi wspomniała.
No i tak żyliśmy sobie razem przez kolejnych kilka miesięcy, w końcu pokłóciliśmy się znowu, ona tez zrobiła mi na złość, celowo mówiąc coś, co miało mnie zdenerwować, wiec w końcu nie wytrzymałem, zebrałem wszystkie w/w problemy, wytłumaczyłem jej o co chodzi no i zerwałem z nią.
I teraz puenta - przy rozstaniu tłumaczyła mi, ze mam dać jej jeszcze jedna szanse, ze się zmieni, że jestem najważniejszy, że chce spędzić ze mną życie i że ze mną jest strasznie szczęśliwa. Że teraz rozumie, ze złe robiła, będzie rozmawiać, tłumaczyć, nie czepiać się o moje wyjścia bez niej i samodzielnie łagodzić kłótnie. totalnie mnie rozbiła swoim podejściem, bo z jednej strony jestem przekonany, ze po tak długim czasie próśb i namawiania nikt nie jest w stanie poprawić tylu błędów w tydzień czy miesiąc - a nawet jeśli się uda, to nie wytrzyma w tym postanowieniu wieczność. dodatkowo - bez takiego porządnego wstrząsu (bo próba zerwania a zerwanie to dwie bajki) ona i tak nie będzie miała motywacji.
Z drugiej jednak strony byliśmy razem masę czasu, kocham ją, widzę jak strasznie to przeżywa i samego mnie też trochę ruszyło jej błaganie i obietnica poświęcenia i zmian, więc jakaś część mnie mówi mi, żebym do niej wrócił - jeśli nie od razu, to po jakimś czasie jak się ustabilizuje wszystko. żal mi mimo wszystko tych trzech lat spędzonych razem.
Co sądzicie o tym wszystkim? Warto wracać czy jednak sobie odpuścić? Czy taka zmiana jest możliwa, czy ja się tylko łudzę? Jak sobie poradzić z tymi uczuciami?