Nie wiem nawet od czego zacząć. Potrzebuję porady i to konkretnej, bo już nie wiem co zrobić.
Jestem z moim facetem już 5 lat, związek na odległośc, poznaliśmy się w internecie. Najpierw był tylko kolegą, jednym z wielu, ale potem spotkaliśmy się (tak po koleżeńsku), no i stwierdziliśmy, że nie możemy bez siebie żyć. Problem zaczął sie jakieś pół roku temu. Nie wiem, czy już go nie kocham, czy po prostu zmęczył mnie ten związek na odległość. Widzimy się może raz na miesiąc albo rzadziej (wszystko zalezy od tego jak pracujemy i czy dni wolne nam się pokrywają). On mieszka z rodzicami i ja też. Mamy po 30 lat. Szczerze mam już tego dosyć. Myślałam, że może max po roku związku zamieszkamy razem, jak normalna para, ale minęło już 5 lat i nic. Jakkolwiek bym nie próbowała zainicjować poważnej rozmowy na temat naszej przyszłości, to on mówi ze jest zmęczony po pracy albo, że musi iść grać, bo się umówił z kumplami. Jak już mi się uda z niego coś wydusić, to mówi tylko zdawkowo, ze kocha mnie, ze chce ze mną być, ale nie chce nic planować, bo tego nie lubi i czas i tak zmieni nasze plany, więc nie ma sensu. Jak go przycisnę jeszcze bardziej, to zaczyna się awantura i w tym momencie po prostu odpuszczam, bo nie chcę się z nim kłócić. Boli mnie, gdy on się wścieka i zaczyna robić mi wyrzuty, więc po prostu kończę rozmowę i zmieniam temat, ale po tym jest mi tak masakrycznie smutno i przykro, że mam ochotę po prostu wyć do księżyca. Nic mu o tym nie mówię, bo nie chcę, żeby się czuł winny. Jak jest mi smutno, to nie mówię, ze to przez niego i ta sytuację, tylko że ktoś mnie wkurzył w pracy albo w domu. Po prostu nie chcę, żeby myślał, że jest winny, ale nie wiem, czy dobrze robię. Wszystkie moje koleżanki są już po ślubie, mieszkają ze swoimi facetami, a ja cały czas z rodzicami, bez przyszłości, bez perspektyw, bo sama nie byłabym w stanie się utrzymać. Czuję się bardzo samotna i niepotrzebna. Jedna z koleżanek poznała faceta dwa lata temu, dzieliła ich cała Polska, ona nie miała pracy, on miał beznadziejną pracę na zlecenie za najniższą krajową, po pół roku zamieszkali razem i się zaręczyli. Więc jak dla mnie odległość nie jest żadnym problemem, nas dzieli tylko 100km. Moi rodzice też mieli tak samo, dzieliło ich 80km, a jednak po roku się pobrali i są razem już ponad 30 lat. Problem tkwi gdzie indziej. Nawet jakbyśmy mieszkali w tym samym mieście, wątpię, że on podjąłby jakieś kroki, byśmy zamieszkali razem. Ciągle ma milion wymówek. A to, że się boi że nie znajdzie u mnie pracy, a to że mu się nie chce, że ja mam mu znaleźc pracę, wynająć mieszkanie i on przyjdzie jak będzie już gotowe. Albo jak proponuję, że może ja u niego pracy poszukam, to zaczyna mnie zniechęcać, mówiąc że tam pracy nie ma, że nie znajde mieszkania, że się nie utrzymam. Wszystko to brzmi tak jakbyśmy w ogóle nie byli razem, jakby po prostu zostawiał mnie z tym samą sobie. Jak mu czasem wspomnę, że nie chcę już dłużej mieszkać z rodzicami, że chcę się usamodzielnić to on odpowiada "to kombinuj coś". Wtedy pytam, czy mam sama kombinować, a on odpowiada, że tak, sama, bo to moje życie. Pytam więc, czy mi w tym pomoże, bo przecież jesteśmy razem, a on odpowiada "niby jak mam ci pomóc?". Tak jakby w ogole go to nie obchodziło. Czasami jak jest u mnie, to moi rodzice pytają kiedy się pobierzemy, a on odpowiada tak na odczepnego "nieeee wiem".
Zastanawiam się w tym momencie, czy w ogóle jeszcze mi na nim zależy i coraz częściej się przekonuję, ze już chyba nie. Zależało mi jeszcze pół roku temu, ale teraz już nawet nie chce mi się z nim rozmawiać. Przestałam w ogóle się do niego odzywać, bo nie czuję potrzeby, żeby z nim się kontaktować. Rozmawiamy może raz na kilka dni i zwykle niewiele. Kiedyś potrafiliśmy przegadać całe dnie, dzwoniliśmy do siebie, rozmawialiśmy na skypie, a teraz nie wiem co się stało. Trochę szkoda mi go zostawić, bo cały czas sobie myślę, że może to przejściowe, że może mi przejdzie i potem będę żałować. Ale z drugiej strony mam już dosyć tego, ze nasz związek praktycznie stoi w miejscu. Nie rozmawiamy o przyszłości, nie umiem nic z niego wyciągnąć, nie rozmawiamy o poważnych rzeczach. Albo wysyła mi obrazki z kreskówek albo pisze o jakichś głupotach. Kiedy się spotykamy to najczęściej kończy się na leżeniu i oglądaniu filmów/bajek. Jak mówię, żebyśmy chociaż wyszli na spacer, to on twierdzi, ze go bolą nogi i mu się nie chce. Mam już tego po prostu dosyć. Jego rodzice tez już go naciskają, żeby pchnął sprawy do przodu, a on się wtedy denerwuje. Nie chciałabym go zmuszac do tego, chciałabym, zeby tak sam z siebie coś zaproponował. Ale widzę, że on tego nie zrobi. Z drugiej strony jak go zostawię, to możliwe, że już nikogo nie znajdę. Jestem nieśmiała w stosunku do facetów, nie umiałabym już nikogo znaleźć, a nie wierze w to, że nagle przyjedzie książę na białym koniu. Ale będąc teraz z nim i tak czuję się jakbym była sama. Jak rozmawiamy to nie ma "my" jest za to "ja", "ty". Szkoda mi tych pięciu lat, szkoda mi czasu który mu poświęciłam i który on poświęcił mi. Po prostu głupio mi go ot tak zostawić, kupował mi różne rzeczy, jakieś czekoladki, kwiaty. No nie powiem, że się nie starał, bo starał się, ale nie w tą stronę co trzeba. Nie w tą stronę, w którą bym chciała. Nie wymagam od niego tego, żeby mi coś kupował, nie musi być bogaty, nie musi mi robić prezentów, ja sama sobie kupię, co potrzebuje. Chcę tylko, żebyśmy w końcu ruszyli z miejsca, żebyśmy razem zamieszkali, a nie osobno. Nie chcę nawet dzieci, nie zależy mi na tym. Po prostu nie chcę iść do ślubu w wieku 40 lat... ;/ Nie wiem jak mam z nim rozmawiać, nie wiem co robić. Nie wiem już nawet, czy go kocham, czy to jest po prostu zwykłe przywiązanie, przyzwyczajenie i strach przed całkowitą samotnością. Z drugiej strony nie chcę być z nim tylko dlatego, żebym nie była sama, bo to też bez sensu. Nie wiem, czy on się boi obowiązku, czy boi się, że coś się nie uda, czy po prostu jest aż tak leniwy i jest mu dobrze z rodzicami. Bo nie wydaje mi się, żeby to odległość była problemem. Jakby chciał, to by mógł. Proponowałam mu pracę u siebie, bo szukali do marketu, w którym pracuję, to powiedział, że on nie wie, on nie jest pewny, czy go przyjmą i jemu się w ogóle nie chce tego wszystkiego załatwiać, jechać itp. Wiem, że go nie zmienię, nie łudzę się już nawet na to, wiem że będzie już taki do końca życia. Niepewny siebie, leniwy. Ale byłabym w stanie to akceptować, gdyby choć na chwilę przełamał to swoje lenistwo i zrobił coś w końcu z tą sytuacją. Nie chcę go zmuszać na siłę, ani szantażować, bo to by było nie w porządku. Ale jakbym mu powiedziała, dlaczego nie chce mi się z nim już rozmawiać, to pewnie i tak by wyszło że to jego wina i by się poczuł szantażowany... ;/ Więc wolę nawet nie zaczynać. Nie chcę mu robić przykrości. Z tego względu nie wiem jak z nim rozmawiać, jak mu to powiedzieć, żeby nie zrobić mu przykrości. Jak mu powiedzieć, czego chcę albo ewentualnie jak zakończyć ten związek bez przyszłości, jeśli on nie wykaże inicjatywy, zeby coś zmienić. Lata przecież lecą i coraz młodsza nie będę.
Pomóżcie.