Witam, to mój pierwszy osobisty temat w internecie. Wybrałem to forum, żeby sie wygadać.
Od jakiegoś czasu czuje że mój obecny związek to jakaś huśtawka nastrojów. Mam wrazenie że związek zamiast mnie uskrzydlać to dołuje. Mimo że ciągle cos czuje do mojej dziewczyny to zastanawiam, sie czy sama miłość wystarczy by byc szczęśliwym w związku.
Zacznę od tego że znamy się ze sobą ponad rok, zarówno dla mnie jak i dla niej jest to pierwszy poważny związek. Oboje jesteśmy dorosłymi ludźmi. Skończyliśmy po 25 lat, ja troche więcej.
Coraz bardziej dostrzegam w mojej dziewczynie wielkie pokłady zakompleksienia. Żadnego wyjścia nie potrafi zainicjować, oprócz wyjścia rodzinnego. Gdy wyciągam, gdzieś poza dom, wycieczka, restauracja, koncert, to słysze wielką niechęć. A to nie lubię tłumów, a to ktos obcy będzie sie patrzył na nas i smiał, a to nie lubie podrózy, a to i tamto.
Ostatnio moja mama zaproponowała mi że na moje urodziny zafunduje nam wycieczke, bo uważa że rzadko, gdzies wychodzimy, to puki młodzi to możecie gdzies pojechać razem. Uznałem to za świetny pomysł bo bardzo chciałem gdzieś wspólnie pojechać, więc sie zgodziłe jednocześnie wiedząć że ze strony dziewczyny może być problem, że ta propozycja wyszła od strony mojej mamy i za jej pieniądze.
Spytałem się czy jej pasuje i czy nie przeszkadza, ze wyszło to od niej, wiedząc jak bardzo jest przeczulona na tym punkcie. Wszystko w porządku chętnie pojade. Upewniłem, sie jeszcze i znów dostałem odpowiedź, że jest ok.
Wybrałem miejscowość x z tego względu że w miarę blisko jak na nasze miesjce zamieszkania (6,5h jazdy). Miejscowość ładna, znana i w dodatku moja siostra była tam dość nie dawno i zachwalało, że warto się wybrać. Dodam,ze siostra mieszka w innym województwie i widze ja z raz na dwa miesiace co też jest ważne.
Przy organizacji wyjazdu jednak sie zaczeło. Że daleko, że na trzy dni że jeden dzień to 3 maja a więc święto kościelne (jest niezwykle religijna). Generalnie nie chce jechać, robi tylko skwaszoną minę mówiąca tylko się nie obraź (szczególnie że byliśmy ledwo pogodzeni po innej kłótni). Zaproponowałem żeby wybrała inne miejsce. To machnęła ramionami zlewczo. Niby cos wybrała, ale generalnie to w ogóle jej sie odwidziało jechać.
Jednak najgorsze było gdy zacząłem dociekać. Wyszło na to że moja mama się wtrąca w nasz związek (z mama widzę się raz na tydzień). Narzuca coś nam. Według dziewczyny moja mama: Twierdzi że fundnie nam wycieczke żeby mi sprawić radość, co oznacza że ja z nią jestem nie szczęśliwy. Co jest bzdurą bo jak można dojść do takich wniosków. Zaczeła twierdzić, że jade tam tylko dlatego że siostra tam była, choć miejsce znane dla każdego i chyba lepiej na pierwszy wspólny wyjazd po rocznym stażu w związku pojechac w znane zarekomendowane miejsce.
Poszło jednak niebezpiecznie dalej. Do tego stopnia że ja się boje ze swoja rodzina rozmawiac o niej bo jej ciągle cos nie pasuje. Zarzuciła że ją obgaduje i mówie mojej mamie o niej rzeczy których nie powinienem, a ona później się dowiaduje. Poprosiłem o przykład to dała taki że powiedziałem dla mamy że dziewczyna dostała awans w pracy. Ja sie pytam co w tym złego?! Przecież nie da sie od takich tematów uciec. Nie mówie czegoś osobistego tylko normalne rzeczy. Pytam to jak ktoś z rodziny spyta co tam u niej słychac, co mam odpowiadać, to powiedziała, że nic albo żeby się z nią konsultować.
Czasami mam wrażenie że brzydko mówiąc cackam się z nią jak z porcelana by tylko nie podpaść, w środku cos sie kumuluje we mnie i wtedy lekko wybucham, choć też staram się jej nie urazić. Z jej strony mam wrażenie że nie rozmawia ze mna tylko komunikuje a jak ja juz wybuchne (broń boże nie jestem agresywny, prędzej sie w złości popłacze) to szantażuje mnie ucieczką, fochem i ciągle rzuca do mnie: "to co juz ze mna zryważ?"
Nie chciałbym żeby to sie skończyło, ale powinna wyluzować, przestać stawiac non stop jakies zakazy, nakazy, bariery co wolno co nie wolno. Już i tak się podporządkowałem temu związkowi bo poprzez dużą jej religijność zrezygnowałem z sexu (oczywiście do ślubu). Oczywiście po slubie to będzie łochocho i jeszcze lepiej. Tymczasem nie jest w stanie nawet sie wprowadzić do mnie. Szczególnie że istnieje szansa że będzie musiała szukać mieszkania. Woli wynajmowac z koleżanką czy z obcymi nawet osiedle dalej. Czasem mam wrażenie że najchetniej to ona by związek prowadziła telefonicznie by się nie kusić za mocno.