Cześć kobietki;)
Od pewnego czasu dręczy mnie pewna sytuacja, nie bardzo mam z kim pogadać.. albo może zbyt dobrze wiem co powiedza mi Ci, z którymi bym mogła a mi się to nie podoba
dlatego chciałam Was zapytać jak Wy to widzicie, mianowicie pytanie brzmi, czy faktycznie możliwa jest taka wychodzona miłość?
Co mam na myśli dokładnie, wychodzona miłość, znaczy jak dla mnie: facet Was nie interesował, lub miałyście do niego obojętny stosunek, nie specjalnie pociągał fizycznie a jednak poprzez swój upór, wytrwałość? dobroć? Rozkochał w sobie?
Dlaczego pytam.. Od miesiąca spotykam się z pewnym Panem, ale wciąż jestem niezdecydowana.. Poznaliśmy się jakiś rok temu i tylko widywaliśmy, takie tam cześć i tyle. Kilka tygodni temu zaproponował spotkanie, ja w myśl wpajanej mi zasady "trzeba próbować" zgodziłam się, w końcu kilka spotkań nic mnie nie kosztuje.. Niestety czy stety facet jest mną zafascynowany, w chwili kiedy ja na 3 czy 4 spotkaniu patrząc na niego myślałam "nie, to się nie uda" on gadał że powinniśmy widywać się codziennie.. Żeby nie było on wie jak jest. Facet jest dobry, kulturalny, sprawia wrażenie, że zrobiłby dla mnie wszystko.. noo te cechy każą wciąż mi się nad tym zastanawiać, ale nie ma tego czegoś, zauroczenia, fascynacji, motylków.. czy jak to inaczej nazwać, co sprawia, że wolałabym znajomość zakończyć, ale jak to mi już nagminnie powtarzają, mam swoje lata i podobno nie wolno być mi wybredną;) bo zostane sama hehe i jak nie z miłości to z rozsądku mam nie przekreślać:). Tak więc czy ta fascynacja drugim człowiekiem może przyjść z czasem? Jeśli Wam się tak zdarzyło to ile czasu potrzebowałyście?