Witajcie po przeogromnie długiej przerwie.
Od dłuższego już czasu nurtują mnie wciąż te same pytania.
Chodzi mi o zdradzających mężczyzn, ogólnie o zdradę. Chyba bardzo zmienił mi się ostatnio pogląd w tej sprawie. Po części dojrzałam do postrzegania inaczej różnych spraw (nie tylko o zdrady mi chodzi), po części jednak to, co ostatnio przeszłam ukierunkowało mnie w tym temacie.
Przejdę do sedna. Czy każdy mężczyzna, który zdradza to przysłowiowy "frajer", "drań", itp? Czy ludzie trwający w fałszywych związkach, czy to z przyzwyczajenia, czy też lęku przed samotnością, albo na siłę tworzący "wzorową rodzinkę" bo pojawiło się dziecko nie zakochują się? Nie ma możliwości, by poznali tą swoją "drugą połówkę" nieco później niż by się to wszystkim wydawało? Czy los nie popełnia takich błędów, że pewne osoby zbliża sobie czasami za późno, a inne zbyt wcześnie? Czy każdy zdradzający to zły partner, kierujący się głównie popędem seksualnym, ewentualnie podbudowaniem własnego ego? Czy każdy kochanek/kochanka to zawsze ta osoba najgorsza wtrącająca się w czyjeś życie z premedytacją, dla zwykłej pociechy fizycznej?
Czy miłość w takich "układach" w ogóle istnieje? Jak ją zdefiniować, komu przypisać?
Ręce mi już opadają od tych wszystkich przemyśleń...

