Kryzys po półrocznym małżeństwie
Brzmi to banalnie ale mamy z mężem kryzys. Nie chodzi tu o większą kłótnię czy niedogadanie. Ale od początku.
Znamy się z mężem od siedmiu lat. Nasz związek zawsze był bardzo burzliwy: albo szalona miłość bez końca albo walka na śmierć i życie. On, wieczny imprezowicz, dusza towarzystwa, chwalił życie tu i teraz, co podobało się niejednej dziewczynie. Ja zaś, nieśmiała domatorka, ceniąca sobie spokój, ciszę. Zachukana we własnym małym świecie, mimo to udawałam zawsze bardzo odważną i śmiałą. Od zawsze nerwowa, złośnica, zażarcie broniąca swoich racji, niestety też zazdrośnica. Ta mieszanka doprowadzała nas nieraz do rozstań i powrotów. Moja teściowa powtarzała wtedy, że to zasługa naszych znaków zodiaku - oboje jesteśmy lwami. Często męczyły nas obu te huśtawki nastrojów. Nieraz dochodziliśmy do wniosku, że takie życie nie ma sensu, że tracimy czas. Nasze priorytety zawsze się różniły. Jednak nigdy długo bez siebie nie wytrzymywaliśmy. W końcu, po 5 latach razem, on zostawił mnie dla innej. A raczej dla innego życia, ponieważ tamta znajomość trwała śmieszne 2 tygodnie. On chciał spróbować świata, brak mu było tego, od czego ja go podobno trzymałam z daleka. A ja po prostu potrzebowałam trwałego związku. I znów, jak zwykle, wróciliśmy do siebie. Co prawda, nie chciałam powrotu. Uznałam, że ten związek mnie wykańczał. Ale jednak, wszystko wróciło z podwójną siłą. On uznał, że miałam rację, że potrzebujemy oboje trwałego związku bo wtedy będziemy czuć, że pracujemy na własne szczęście. Mówił, że czuje, że życie przecieka mu przez palce a on chce je zatrzymać, że tylko przy mnie jest to możliwe. Chciał się ustatkować, zbudować od nowa coś trwałego. Uległam, bo wiadomo, ślepa miłość.. Choć wielu odradzało mi tego związku. Postawiłam sobie za cel, że pokażę im wszystkim, że wszystko jest możliwe jak się tylko chce.. Przyjęłam oświadczyny. Odsunęłam się od znajomych: od kolegów, bo on też był bardzo zazdrosny, ale też od koleżanek które jawnie okazywały wrogość mojemu facetowi. Teraz wiem, że one widziały więcej niż ja. Mój narzeczony wywiązywał się znakomicie z obietnic, zaczął planować przyszłość, remontować mieszkanie dla nas. Jednak stare nawyki co jakiś czas dawały o sobie znak. Rozumiałam to, bo przecież jak człowiek może się zmienić ot, tak. Ja też pracowałam nad sobą. Wiadomo, wciąż były kłótnie, złości ale szybko się godziliśmy przez wzgląd na nadchodzący ślub. Mimo to, 2-3 mies. przed ślubem nadeszły trudne dni, wiadomo, zaczynały się nerwy, przynajmniej tak to tłumaczyliśmy sobie. Przeszliśmy to razem licząc na to, że po ślubie będzie lepiej. A jest coraz gorzej.. Widzę, jak on się przy mnie nudzi, jak czeka niecierpliwie na weekend, żeby tylko spotkać się z tysiącem kolegów. Wychodzimy razem ale ja też potrzebuję weekendu tylko dla nas, bez reszty ludzi wokół. On tego nie rozumie. Przestał mnie słuchać, liczyć się z moim zdaniem, przestał mnie adorować czy okazywać miłość na co dzień. Czuję się przy nim jak wyzuta z energii. Nadskakuję mu licząc na to, że on odpłaci mi się odrobiną uwagi. Rozmawiamy tylko o bieżących sprawach. Na wyjście razem mogę liczyć raz na długi czas a i tak takie wyjścia kończą się tym, że co chwilę ktoś dzwoni i pyta się co on ( nie co my) robi, czy by nie wyskoczył gdzieś. To są takie problemy z którymi już nieraz dawaliśmy sobie radę. Ale doszło do tego, że cokolwiek mu powiem on odbiera to jak atak. Albo nie patrzy na mnie, nie odzywa się albo krzyczy na mnie, że jestem nienormalna, że chcę go wykończyć, że powinnam dać mu w końcu święty spokój. A ja po prostu chcę czasem porozmawiać..Nie mam nikogo z kim mogłabym o tym pogadać, czuję się jak w uwięzi. On nie liczy się już z moim zdaniem, robi co chce. Wymaga ode mnie nie dając wiele w zamian. Jest mi tak bardzo przykro, że on nie chce nawet postarać się mnie wysłuchać do końca, co dopiero zrozumieć. On wie, że ja nie potrafię zostawić problemów, muszę mieć wszystko zakończone, wytłumaczone. On zwykle zamiata problemy pod dywan. Już się tego napiętrzyło. Przestajemy się do siebie odzywać. O rozmowie już dawno nie było mowy. I to pół roku po ślubie.. Jestem zmęczona psychicznie, już odechciewa mi się starać..Może rzeczywiście to ze mną jest coś nie tak?
Brzmi to banalnie ale mamy z mężem kryzys. Nie chodzi tu o większą kłótnię czy niedogadanie. Ale od początku.
Znamy się z mężem od siedmiu lat. Nasz związek zawsze był bardzo burzliwy: albo szalona miłość bez końca albo walka na śmierć i życie. On, wieczny imprezowicz, dusza towarzystwa, chwalił życie tu i teraz, co podobało się niejednej dziewczynie. Ja zaś, nieśmiała domatorka, ceniąca sobie spokój, ciszę. Zachukana we własnym małym świecie, mimo to udawałam zawsze bardzo odważną i śmiałą. Od zawsze nerwowa, złośnica, zażarcie broniąca swoich racji, niestety też zazdrośnica. Ta mieszanka doprowadzała nas nieraz do rozstań i powrotów. Moja teściowa powtarzała wtedy, że to zasługa naszych znaków zodiaku - oboje jesteśmy lwami. Często męczyły nas obu te huśtawki nastrojów. Nieraz dochodziliśmy do wniosku, że takie życie nie ma sensu, że tracimy czas. Nasze priorytety zawsze się różniły. Jednak nigdy długo bez siebie nie wytrzymywaliśmy. W końcu, po 5 latach razem, on zostawił mnie dla innej. A raczej dla innego życia, ponieważ tamta znajomość trwała śmieszne 2 tygodnie. On chciał spróbować świata, brak mu było tego, od czego ja go podobno trzymałam z daleka. A ja po prostu potrzebowałam trwałego związku. I znów, jak zwykle, wróciliśmy do siebie. Co prawda, nie chciałam powrotu. Uznałam, że ten związek mnie wykańczał. Ale jednak, wszystko wróciło z podwójną siłą. On uznał, że miałam rację, że potrzebujemy oboje trwałego związku bo wtedy będziemy czuć, że pracujemy na własne szczęście. Mówił, że czuje, że życie przecieka mu przez palce a on chce je zatrzymać, że tylko przy mnie jest to możliwe. Chciał się ustatkować, zbudować od nowa coś trwałego. Uległam, bo wiadomo, ślepa miłość.. Choć wielu odradzało mi tego związku. Postawiłam sobie za cel, że pokażę im wszystkim, że wszystko jest możliwe jak się tylko chce.. Przyjęłam oświadczyny. Odsunęłam się od znajomych: od kolegów, bo on też był bardzo zazdrosny, ale też od koleżanek które jawnie okazywały wrogość mojemu facetowi. Teraz wiem, że one widziały więcej niż ja. Mój narzeczony wywiązywał się znakomicie z obietnic, zaczął planować przyszłość, remontować mieszkanie dla nas. Jednak stare nawyki co jakiś czas dawały o sobie znak. Rozumiałam to, bo przecież jak człowiek może się zmienić ot, tak. Ja też pracowałam nad sobą. Wiadomo, wciąż były kłótnie, złości ale szybko się godziliśmy przez wzgląd na nadchodzący ślub. Mimo to, 2-3 mies. przed ślubem nadeszły trudne dni, wiadomo, zaczynały się nerwy, przynajmniej tak to tłumaczyliśmy sobie. Przeszliśmy to razem licząc na to, że po ślubie będzie lepiej. A jest coraz gorzej.. Widzę, jak on się przy mnie nudzi, jak czeka niecierpliwie na weekend, żeby tylko spotkać się z tysiącem kolegów. Wychodzimy razem ale ja też potrzebuję weekendu tylko dla nas, bez reszty ludzi wokół. On tego nie rozumie. Przestał mnie słuchać, liczyć się z moim zdaniem, przestał mnie adorować czy okazywać miłość na co dzień. Czuję się przy nim jak wyzuta z energii. Nadskakuję mu licząc na to, że on odpłaci mi się odrobiną uwagi. Rozmawiamy tylko o bieżących sprawach. Na wyjście razem mogę liczyć raz na długi czas a i tak takie wyjścia kończą się tym, że co chwilę ktoś dzwoni i pyta się co on ( nie co my) robi, czy by nie wyskoczył gdzieś. To są takie problemy z którymi już nieraz dawaliśmy sobie radę. Ale doszło do tego, że cokolwiek mu powiem on odbiera to jak atak. Albo nie patrzy na mnie, nie odzywa się albo krzyczy na mnie, że jestem nienormalna, że chcę go wykończyć, że powinnam dać mu w końcu święty spokój. A ja po prostu chcę czasem porozmawiać..Nie mam nikogo z kim mogłabym o tym pogadać, czuję się jak w uwięzi. On nie liczy się już z moim zdaniem, robi co chce. Wymaga ode mnie nie dając wiele w zamian. Jest mi tak bardzo przykro, że on nie chce nawet postarać się mnie wysłuchać do końca, co dopiero zrozumieć. On wie, że ja nie potrafię zostawić problemów, muszę mieć wszystko zakończone, wytłumaczone. On zwykle zamiata problemy pod dywan. Już się tego napiętrzyło. Przestajemy się do siebie odzywać. O rozmowie już dawno nie było mowy. I to pół roku po ślubie.. Jestem zmęczona psychicznie, już odechciewa mi się starać..Może rzeczywiście to ze mną jest coś nie tak?
Podobne tematy
Jesteście masakrycznie niedopasowani. Czego oczekiwałaś wychodząc za niego za mąż? Że się zmieni? Czemu miałby to zrobić? Bo Ty tak chciałaś? A dlaczego Ty się nie zmieniłaś w szaloną imprezowiczkę, tylko oczekiwałaś, że on się ustatkuje?
Doskonale zdajesz i zdawałaś sobie sprawę, ze w ogóle do siebie nie pasujecie, a jednak brnęłaś w to tak daleko, że aż wylądowałaś przed ołtarzem. Przykro mi to mówić, ale "Widziały gały, co brały".
Jak wyobrażałaś sobie wasze wspólne życie przed ślubem? Woda gasi ogień, ogień sprawia że woda wyparowuje, nie da się ich połączyć. Z Twojego postu nie wyciągnąłem ani jednej wzmianki o tym, byście coś lubili razem robić. On chce w weekendy imprezować ( Nie dziwi mnie to, przemelanżowałem sporą część życia i nie żałuję. ) , Ty z kolei chciałabyś spędzać czas z nim sam na sam. Tobie nie podoba się to co on chce robić, mu się nie podoba to co Ty chcesz robić. Gdyby to był szybki ślub po kilku miesiącach to bym jeszcze zrozumiał, ale znałaś go 7 (!) lat. Myślałaś że ślub tak magicznie go zmieni w inną osobę? A Ty po ślubie zmieniłaś się *Pstryk* ot tak w kogoś innego?
Twoim problemem nie jest to jaki jest Twój mąż, albo jaka jesteś Ty. Twoim problemem jest to że za niego wyszłaś.
Rób to samo. Wychodź z koleżankami i układaj sobie dzień pod siebie. Nie pod Was czy pod niego.
On doskonale wie, że nieważne gdzie i z kim wyjdzie Ty zawsze będziesz w domu czekała. Jesteś przystanią, do której wraca. Skończ z tym.
Nie bądź kobietą, która wiecznie czeka. Niech teraz on poczuje jak to jest wrócić do pustego mieszkania i nie mieć do kogo buzi otworzyć.
Pokaż mu, że jesteś niezależna i jeśli on nie potrzebuje bliskości- Ty nie będziesz o nią prosić.
Jeśli to nie pomoże to już chyba nic. Bo skoro on nie zrozumie, to nic się nie zmieni...
Rób to samo. Wychodź z koleżankami i układaj sobie dzień pod siebie. Nie pod Was czy pod niego.
On doskonale wie, że nieważne gdzie i z kim wyjdzie Ty zawsze będziesz w domu czekała. Jesteś przystanią, do której wraca. Skończ z tym.
Nie bądź kobietą, która wiecznie czeka. Niech teraz on poczuje jak to jest wrócić do pustego mieszkania i nie mieć do kogo buzi otworzyć.
Pokaż mu, że jesteś niezależna i jeśli on nie potrzebuje bliskości- Ty nie będziesz o nią prosić.Jeśli to nie pomoże to już chyba nic. Bo skoro on nie zrozumie, to nic się nie zmieni...
Serio myślisz że takiemu typowi faceta to będzie przeszkadzało? Hahahahahahahahahahahahahahahahahaah, aż print screena zrobię, jak będzie mi smutno, to będę się mógł pośmiać XDXDXDXD
Sith'ari, czyli wg Ciebie to nie miało szans od początku a ja jestem naiwna, że się w to wciągnęłam, tak? Może nie jest wiele tych wspólnych rzeczy ale mimo wszystko staram się. Nie mówię, że najchętniej zamknęłabym się w domu, też lubię się pobawić. Często wychodzimy gdzieś z mężem. Tyle, że jak wyjdziemy to nie idziemy razem, jako małżeństwo. On szuka znajomych, kolegów, mnie zostawia na końcu. Nieraz siedzę sama w stoliku bo każda para zajmuje się sobą a mój mąż szuka znajomości. Chcieliśmy też razem zacząć chodzić na siłownię, na początku był zadowolony ale kiedy już chciałam kupić karnety, on zrezygnował. On nie stara się szukać ze mną wspólnego języka. To ja już nie wiem, czy po prostu za bardzo się staram, czy za mało, czy po prostu to i tak nie ma sensu..
Sith'ari, czyli wg Ciebie to nie miało szans od początku a ja jestem naiwna, że się w to wciągnęłam, tak?
Tak.
On nie stara się szukać ze mną wspólnego języka. To ja już nie wiem, czy po prostu za bardzo się staram, czy za mało, czy po prostu to i tak nie ma sensu..
To nie ma sensu i sama dobrze o tym wiesz i wiedziałaś, ale z jakiś dziwnych powodów postanowiłaś wyprzeć ten niewygodny problem ze świadomości.
On, mówiąz kolokwialnie, ma Cię w nosie i mieć będzie, to się nie zmieni.
A czego od niego oczekiwałam? Oczekiwałam, że w końcu znajdzie równowagę. Nasz związek to nie jedynie pasmo niepowodzeń, nieraz było między nami naprawdę dobrze. Wtedy dbaliśmy o taką właśnie równowagę. On nieraz mówił, że chce w końcu usiąść na tyłku. Nie rezygnować od razu i na zawsze ze starego trybu życia tylko po prostu przystopować, żebyśmy mogli ułożyć sobie razem życie. Nie liczyłam na to, że on zmieni się w jeden dzień, nawet nie chciałam żeby całkiem się zmieniał. Przecież pokochałam go takim jakim był. Chciałam tylko, żeby zobaczył, że jeśli mnie bierze do swojego życia to niech znajdzie się w tym życiu też miejsce na mnie. A tu? Buuu, miejsca brak. Więc tkwię sama jak palec.
Popełniasz podstawowy błąd- oceniasz przyszłość kogoś na podstawie tego co mówi. Słowa w większości wypadków są wypowiadane pod wpływem chwili, to że ma minutę w której myśli o przystopowaniu, nie znaczy że za godzinę będzie tego samego zdania.
Rozwiązania dwa, albo zaakceptujesz go jakim jest, albo się rozstaniecie. Nie da sie zmienić człowieka, dlatego ludzie się dobierają na zasadzie kto komu pasuje...
Po prostu ufałam,głupia..Dla mnie normalne jest to, że jeśli coś mówię, to tak myślę, a łatwo zdania nie zmieniam. Uparcie wierzę w wyimaginowane idee. Nie przemyślałam tego, że on może zmieniać zdanie, pod wpływem chwili..
Po prostu ufałam,głupia..Dla mnie normalne jest to, że jeśli coś mówię, to tak myślę, a łatwo zdania nie zmieniam. Uparcie wierzę w wyimaginowane idee. Nie przemyślałam tego, że on może zmieniać zdanie, pod wpływem chwili..
Czasami mi się zdarza że spiję się za mocno, i strasznie się struję. Następnego dnia, z kacem gigantem, powtarzam, że nigdy więcej nie napiję się wódki. Nie mówię tak dlatego że to przemyślana decyzja, i postanowiłem że nigdy więcej nie wezmę wódki do ust. To bardziej wyrażenie obecnych uczuć, niż deklaracja.
Czesc Marcjanna,
Tak wiekszosc odpowiedzi tutaj jest warta wziecia pod uwage.
Dobraliscie sie a raczej niedobraliscie sie na zasadzie kontrastow charkterow. Co mnie poruszylo w twojej sytuacji, ze oboje chcieliscie sie uzupelniac przed slubem. Ty wiedzialas ze on ma nature dynamiczna towarzyska i ze korzysta z zycia. Pewnie to cie w nim pociagalo, ta sila towarzyska jak pradziwy lew, ktory potrzebuje prowadzic "stado" i blyszczec w towarzystwie. Ty natomiast z charakterem spokojnym, domatorka, to pewnie ta strone docenial w tobie. Strone, ktorej sam w nim nie ma. Problem polega na tym, ze kazdy charakter musi miec troche tego i troche tamtego, to znaczy by byc z kims na dluzsza mete zadna skrajnosc spokojna/imprezowicz nie zaistnieje na dluzej, bo w samej naszej codziennosci nie mozemy byc tylko imrezowiczami i tylko spokojnymi. Samo zycie nam na to non stop nie pozwala. Wiec, ty zrobilas duzo wysilku by sie dostosowac do jego charakteru i widac to w twojej wypowiedzi. Natomiast twoj maz ma problemy z tym wlasnie dostosowaniem sie do waszego wspolnego zycia. Mysle, ze to nie ty go tak naprawde nudzisz, ale sytuacja w ktorej sie znalazl. To wyglada tak, jakby zycie spokojne z zona bylo dla niego klatka i prawdziwa wolnosc odnajduje dopiero w towarzystwie.
Nie wyglada dobrze wasz zwiazek, bo on ucieka, a ty czekasz i zaczynasz wpadac w depresje zwiazana z uczuciem odrzucenia. To pewnie juz taki okaz twoj maz, ktory uwielbia by w zyciu non stop cos sie dzialo i nie lubi wymowek z twojej strony. Najgorsze jest to, ze jego postepowaniem wywoluje w tobie uczucie flustracji i winy. Pewnie myslisz sobie, ze nie jestes dla niego juz taka atrakcyjna jak przed wspolnym zamieszkaniem, ze pewnie jestes nudna i nie mozesz go niczym rozbawic? Blad! Jestem pewna, ze gdybys zmienila twoje myslenie i przestala od niego oczekiwac by spedzal z toba czas w weekendy i sama gdzies wychodzila, nawet do kina lub na zakupy, to napewno czerwone swiatlo by mu sie zapalilo w glowie.
Nie jestem pewna, ale dlaczego chcesz byc tym nabytym kobiecym prezentem dla niego?
Wiem, ze sa etapy w poczatku malzenstwa, gdy para sie sciera i przezywa kryzys. Wiec skoro juz znalazlas dliagnoze, teraz mozesz juz tylko poszukac lekow! Wydaje mi sie, ze ty jestes w nim zakochana i boli cie ta sytuacja zaostrzonej samotnosci, bo nawet z nim nie mozesz sobie porazmawiac! Wiec? Zmiana twojej postawy jest absolutnie konieczna. Godzilas sie wczesniej na taki uklad, w ktorym zawsze na niego czekalas. Oj mysle, ze powinnas przeanalizowac twoja sile psychiczna i zastanowic sie czy w tym zwiazku bylas i jestes rzeczywiscie toba? Czy odpowiada ci rola zony, ktora jest zapominana na imprezach i ktora sama siedzi przy stoliku i czy odpowiada ci fakt jego swiata kumpli, ktorzy pomijaja fakt, ze jest zonaty? Nie mowie, ze ma miec kajdanki na rekach jak juz jest twoim mezem, ale z twojego opisu wynika, ze cierpisz, ze on cie odsuwa na poczet jego wlasnej zabawy!
Dlaczego odsunelas od ciebie twoich przyjaciol? Mysle, ze dobrze by bylo wziac sie w garsc i przeprosic telefon. Odzyskaj twoich znajomych i twoje kolezanki! Idz wiec na silownie sama!
A w sprawie braku komunikacji miedzy wami, poczekaj nie czekajac, az sam sie zglosi. Czasem potrzeba czasu by rozwiazac problemy...
Nie chodzi o to bys mu nadskakiwala, bo to nienormalne! On prawdopodobnie wyczuwa twoja slabosc i tym bardziej jest taki jak piszesz : denerwuje sie, milczy lub krzyczy. Ty tez nie jestes ksiezniczka, wiec adoracja mija, ale moze byc zawsze ten fajny blysk w oczach ktory powoduje zacisnienie wiezow jak sie jest z partenrem, ktory czuje sie super przy partnerce.
Rozumiem twoja rozterke, ale teraz musisz sie zmienic, bo warto.
Pozdrawiam
Ale nie
Ok, dużo daliście mi do zrozumienia. Taka głupotka do której nigdy w życiu sama bym nie doszła. Wiadomo, patrzę subiektywnie. Każda wypowiedź dała mi dużo do myślenia za co szczerze dziękuję. Może w końcu się ogarniemy. Nie wiem już teraz, na poczekaniu powiedzieć co zrobię ale na pewno skorzystam z Waszych rad. Dzięki jeszcze raz!
Sith, chyba mało wiesz o życiu. Wnioskuję to po Twojej 'niezwykle dojrzałej' reakcji.
Chyba nie zdajesz sobie sprawy, że osoba, która gra o swoją przyszłość jest w stanie zrobić wiele. Cóż szkodzi więc spróbować?
Myślisz, że rozwód to hop siup? Śmiej się, na zdrowie. Nie będę komentować wypowiedzi kogoś, kto połowę miejsca na coś sensownego marnuje na 'XD'.
Autorko, życzę powodzenia. Przyda Ci się, bo na pewno będzie Ci trudno.
Witam Cię Marcjanna!
Masz dziewczyno problem bo mimo że chodziliście ze sobą tyle lat , jednak nie potrafiliście siebie poznać.
Wychodząc za mąż za imprezowicza , miałaś nadzieję ze zmienisz jego upodobania ale tak się nie da, jak nie da się ażebyś polubiła imprezować, robiła za duszę towarzystwa.
Sama weszłaś w klatkę którą dla siebie przygotowałaś i liczyłaś na to że mąż dobrowolnie w nią wejdzie i będzie potulnie siedział , też się nie da, jedno jest pewne że do życia potrzebne są koleżanki, kontakty z ludżmi, człowiek to stworzenie stadne sam żyć nie może. Spokojnie odnów swoje przyjażnie, zorganizuj spotkania z dziewczynami, wyskocz do kina lub teatru , posiedżcie w kawiarni plotkując ile się da. Do domu wrócisz pełna energii, uśmiechnięta i będziesz miała o czym z mężem porozmawiać a on z czasem może też będzie Ci towarzyszył bo będziecie mieli o czym rozmawiać i cieszyć się swoją obecnością. Jesteście młodym małżeństwem, więc dajcie sobie czas o powalczenie o Wasz związek, ten nie wygrywa , kto nie walczy. W małżeństwie jeden drugiemu musi trochę ustąpić ale trzeba zachować szacunek do siebie wzajemnie.
Bez względu na wiek, małżonkowie mają zawsze problemy, tylko warto już od początku nauczyć się je rozwiązywać, mężczyżni mają inny tok myślenia, jeśli czegoś od męża oczekujesz to dawaj mu jasne sygnały, nie licz na to że on się domyśli, wychodząc za mąż miałaś nadzieję że będziecie się kochali, odizolowani od świata a mąż da Ci wsparcie w każdej chwili i sytuacji. Postaw w życiu na siebie, bądź niezależna , inwestuj w naukę i swoje zainteresowania , to w życiu nie będziesz się nudzić i za wiele rozmyślać dlaczego nie ma tak idealnie jak tego oczekujesz. Pozdrawiam i trzymam kciuki żeby Wam się udało.
Idąc za radami, postanowiłam najpierw spróbować kolejny raz dogadać się z mężem. Nie powiem, było trudno do niego dotrzeć, tym bardziej, że rzeczywiście on ma całkowicie inny tok myślowy niż ja (każdy facet tak ma??). Nie zniechęcałam się, spokojnie i powoli doszliśmy do porozumienia. Jednak wiem, że to nie takie łatwe przeskoczyć to, co tkwi między nami od paru miesięcy. Uznaliśmy, że tak, wiele nas różni ale też wiele łączy. I że jesteśmy w stanie zawsze się dogadać, gdyby nie te nerwy.. Wiem, że to nie działa tak, że ja sobie coś życzę i tak się stanie. Chyba rzeczywiście jestem za bardzo zaborcza, chcę go na wyłączność, choć on stwierdził, że nie jest tak źle. Czuję, że mówił tak, by mnie całkiem nie zdołować.
Mam być niezależna? Głupie to, ale strach mnie bierze na samą myśl. Dla mnie osoba niezależna to taka, która nie chce nikogo wokół siebie, to osoba przebojowa ale też trochę egoistyczna. Byłam taka, kiedyś. Jednak postawiłam na potulność. Nawet nie wiem czemu. Może temu, że wierzyłam, że taka grzeczna, zahukana przestanę być tą złośnicą ze swoim zdaniem. No właśnie, kiedyś byłam uroczą zołzą która wodziła za nos i układała wszystko pod siebie. Czemu już taka nie jestem? Wpadłam ze skrajności w skrajność. Może też dlatego wydawało mi się, że skoro ja potrafię się tak drastycznie zmienić to mój mąż też tak powinien umieć. Bawię się w psychologa, szkoda, że na własnym przykładzie.
Póki co, wiem, że mam dużo pracy przed sobą. Nie muszę kolejny raz wpadać w następną skrajność, przydałaby mi się równowaga. Bo skoro chcę zmian to muszę je zacząć od siebie, nie? Chyba znalazłam swoje motto na parę kolejnych lat.
Przeciwensta nie zawsze sie przyciagaja, jesli az tak sie od siebie roznicie, to lepiej sie rozstac odrazu kiedy sa juz dzieci i gorzej zaczyc wsyzstko od nowa
19 2014-02-24 20:20:36 Ostatnio edytowany przez Klaudyna59 (2014-02-24 20:30:34)
Marcjanno, niezależna to taka która np. zainwestowała w siebie, studia, praca, własne dochody, własne zainteresowania a nie tak jak piszesz osoba która nie chce nikogo koło siebie, przebojowa i egoistyczna, absolutnie nie to miałam na myśli. Nie piszesz czy pracujesz, czy uczysz się a może jesteś tylko żoną przy mężu? Każde z Was wnosi sobą jakaś wartość w stadło małżeńskie , to co piszę taka niezależność nie obniża samooceny i łatwiej się dogadać.
Napisz jak wyobrażałaś sobie małżeństwo?
I spokojnie, rozmawiajcie i dogadujcie się , pierwsze 3 lata to tarcia i dopasowywanie się charakterami
a po 30-tu jest tak samo hi, hi ![]()
U Was nie jest tak żle aby o rozwodzie myśleć, oboje potraficie rozmawiać i staracie się dojść jakoś do ładu a to dobrze wróży na przyszłość. Powodzenia.
Marcjanno-deklarujesz pracę nad Sobą.
Czy małżonek równiesz to zrobił?
Stare powiedzonko mówi:" W tym najwiekszy jest ambaras..."
Nawiasem mówiąc docieranie w małżeństwie trwa latami.
Oby to nie były stracone lata.
Powodzenia!
Nie zgadzam się z radą, że i tak już teraz jest wszystko stracone, że najlepsze rozwiązanie to rozwód. Nie zdecyduję się na to, na pewno nie teraz.
Jeśli chodzi o mnie, studiuję, robię magisterkę. Po szkole udzielam korepetycji. I rzeczywiście lubię to, spełniam się w tym, mam czas zajęty. Nie jest też tak, że wracając do domu zamykam się w tych czterech ścianach. Mam swoje zainteresowania, staram się spotykać z innymi ludźmi. Choć wiem, że popełniam podstawowy błąd. Stojąc przy wyborze między wolnym czasem z mężem a np. z koleżankami, zawsze, ale to zawsze wybieram męża. Wiem, że robię źle, mam wyrzuty sumienia bo nieraz chcę wyjść do ludzi. Jednak zostawiając zaś męża czułabym, że wolałabym być z nim. Więc nie prowadzę zbyt bogatego życia.
Małżeństwo zaś wyobrażałam sobie jako niekończącą się sielankę, parę, która zawsze mimo przeszkód trzyma się razem, kocha się, rozumie się bez słów. Dziecinne, nawet teraz, pisząc, śmieję się pod nosem ze swojej naiwności. Tylko że jestem osobą zadaniową, ustalam plan i dążę za wszelką cenę do jego spełnienia. Więc skoro podświadomie dążyłam do tego, by moje małżeństwo było idealne, to nie dziwię się, że panikuję skoro coś wymyka mi się spod kontroli. I to po pół roku. Bo wg mnie, problemów należy unikać, a jeśli już są, to należy się ich szybko pozbyć, by nie naruszyły mojego idealnego obrazu w głowie. Zaczynam sobie uświadamiać, jak dziwnie układam sobie wszystko w głowie. Wszystko na tip-top, a przecież tak się nie da..
I mąż. Mąż przestał cokolwiek deklarować na głos bo nauczył się, że ja wyliczam go z tego, zarzucając nieraz, że jest słaby. Wredniara jestem, przecież nikt nie jest doskonały. Ostatnio uznaliśmy, że mąż rzeczywiście się stara, zmienia się korzystnie ale tak powoli, że ja momentami uważam, że nie dzieje się nic. Dopiero teraz, z perspektywy czasu to dostrzegłam. Jednak wciąż boję się, że złe nawyki wrócą. Dlatego jestem tak czuła na każdy negatywny ruch. Zaczynam się denerwować, a potem już samo idzie, pokazuję, że coś jest nie tak, złoszczę się, denerwuję, dopowiadam, kłótnia, krzyki a potem cisza. Gdy ochłonę, staram się naprawić szkody, ale mój mąż jest wtedy w trybie: Nie gadam z tobą bo i tak cię nie rozumiem. I tak minęło nam ostatnich parę miesięcy. Niedopowiedzenia, kłótnie, ciche dni. Nieraz nie udało mi się dogadać z mężem, on zaś wolał nie wracać do złego. Nie rozmawiał ze mną bo każda rozmowa prowadziła do tego, że ja potrzebowałam obgadać wcześniejszy problem. Tak jak pisałam wcześniej, ostatnio porozmawialiśmy szczerze, jest teraz ok. Bo w końcu ja zamknęłam dany problem. Ale co jeśli zaś coś pójdzie nie po mojej myśli? Gdy znów przestaniemy się odzywać? To wtedy nie będzie kolejny problem, tylko powrót wcześniejszego. Jak zwykle, a wtedy wszystko wraca z podwójną siłą, jak u mnie, tak i u męża. Zaczynam sobie uświadamiać, że to ja stanowię problem..