Witajcie:)
Jestem tu nowa.
Chciałabym się podzielić, napisać coś kobietom, które tkwią w toksycznych związkach i relacjach, z których nie potrafią się uwolnić;-)
Poznałam faceta, jak zawsze to na początku bywa, było cudnie. Szybko, bo po pół roku zamieszkaliśmy ze sobą.
Nie mówię, że było tylko źle- było też i dobrze. Ale złe rzeczy niestety wzięły górę. Zostawałam sama na całe noce w domu, bo mój luby balował z kolegami. Niby nic złego, bo każdy ma prawo do przestrzeni, ale my w ogóle nie spędzaliśmy razem czasu.
Niejednokrotnie swojego lubego podnosiłam z chodnika, bo bez alkoholu się nie obyło żadne wyjście, jeszcze żeby to było używane z głową- nie nie;)
Brakowało kasy, moja niestety skromna "zapomoga" (;D) pochłaniana zostawała przez rachunki, a jego "bogata" pensja pochłaniała zabawę, nie moją ;/
Zdarzało się, że stałam pół nocy pod drzwiami, bo po pijaku wyimaginował sobie problem i się obraził. Albo latem przed pół nocy siedziałam na ławce, bo zatrzasnął mi drzwi i nie chciał otworzyć.
Albo kiedy ja przechodziłam trudny okres- wykryto u mnie guza, masa badań biopsja operacja, on wolał imprezować z nowymi koleżankami zamiast pójść ze mną na ta cholerną izbę przyjęć. Przyszedł dopiero, jak zrobiłam awanturę twierdząc, że nie lubi szpitali. A ja na własne oczy z okna widziałam jaki był wesoły dzień przed, imprezując i zabawiając koleżanki;)
Takie sytuacje można by mnożyć i mnożyć. Cierpiałam straszne męki. Setki powrotów i od nowa to samo, chol.rny poligamista;)
W którymś momencie zaczęło wszystko we mnie gasnąć, absurdalne myśli chodziły mi po głowie- jeszcze ze 2 razy i przestanę go kochać. W pewnym momencie on zrozumiał (chyba) i zaczął być najlepszym facetem na świecie, normalnie jak z okładki. Niestety popadł ze skrajności w skrajność, zaczął mnie i moją rodzinę nachodzić.
Ale powiedziałam stop- nie chcę, żeby tak wyglądało moje życie.
Wiecie co? To była najlepsza decyzja, jaką mogłam w życiu podjąć! Wiele mnie to kosztowało, ale wsparcie rodzinki i przyjaciół to połowa sukcesu. Miałam komu się wygadać, więc wszystkie żale odeszły w zapomnienie. Trwało to pół roku, około. Wiem- ktoś w totalnym dołku myśli że pół roku to cała wieczność. Ale wiecie co? Zleciało jak z bicza strzelił!
Teraz cieszę się że nie mam takich problemów, wracam po pracy do domu i gęba mi się cieszy jak tylko spojrzę przez okno, jak dzieciaki tak słodko biegną do szkoły;D mogę wyjąć butlę piwa albo lampkę wina, i sączyć dla poprawy humoru- nie nie, nie alkoholizm, dla mnie to forma relaksu. Cieszę się z byle pierdół. Wróciłam do mojego hobby- wyjazdy na festiwale muzyczne. Zaczęłam na serio przykładać się do gotowania, to moja nowo odkryta pasja, jakoś sama przyszła;) na razie szlifuję umiejętności w domowym zaciszu;p
No i nareszcie mogę niewinnie poflirtować z facetami!;-) Nie powiem, bo niestety grono z tych, których poznałam warci poświęcenia nie byli, ale czy od niewinnego flirtu coś się komuś stało?;)
A na prawdziwy związek jeszcze zostaje mi poczekać. Czuję się gotowa, ale nie chcę robić niczego na siłę. Bo i taki dzień przyjdzie, że mnie piorun strzeli;P