Witam Panie
Pozwoliłem sobie zadać pytanie żeby poznać punkt widzenia kobiet... Historia jakich wiele, nie pierwsza i nie ostatnia z tego typu relacji uczuciowych.
Zaczęło się półtora roku temu, pierwsze spotkanie, później drugie i trzecie, fascynacja. Ona mężatka z dzieckiem mieszkająca z mężem, ja od pół roku nie mieszkałem już z żoną, również jestem ojcem. Ona rok po ślubie zaczęła spotykać się z innymi mężczyznami, zdradzała swojego męża, trzy miesiące przed momentem kiedy się poznaliśmy mąż dowiedział się o zdradzie...zaczęły się awantury, kłótnie, nienawiść itp. itd. i wtedy pojawiłem się ja...
Ze spotkania na spotkanie coraz bardziej się angażowałem, jej praca i sytuacja w domu sprawiały że spotykaliśmy się coraz częściej, spędzała ze mną więcej czasu niż z mężem z którym się mijała, uczucia były coraz bardziej gorace, wisiało w powietrzu że ona chce mi coś powiedzieć a ja jej.. w końcu te słowa padły "Kocham Cię" oprócz tego wiele innych słów z jej strony jak i z mojej. Usłyszałem że dla mnie była by gotowa go zostawić, że jestem inny jak dotychczasowi faceci, że wyjątkowy, ja nie byłem dłużny i też powiedziałem że chciałbym z nią być. Z uwagi na jej sytację zawodową jak i to że nie mamy po 16 lat do takiej decyzji należy dojrzeć, ale cały czas utrzymywała że chce być ze mną, pytałem czy jest pewna bo jeśli nie to bez sensu żebym się angażował... oczywiście potwierdzała. Miłość kwitła, spędzone ze sobą długie wieczory, czesem dwa razy w tygodniu, czasem codziennie przez cały tydzień. Jak się nie widzieliśmy to smsy, telefony, nie zważała na męża pisała do mnie przy nim, potrafiła nawet zadzwonić jak mieli imprezę żeby chociaż na chwilę mnie usłyszeć...miłość aż wrzała, wyznania, przytulanie, cudowny seks i rosnące zaangażowanie, oprócz tego cierpienie jak tylko mieliśmy mniejszy kontakt bo tak również bywało, na początku starała się mnie pocieszać, wyciągać z kiepskiego nastroju, po jakimś czasie zaczęła się złościć że narzekam na to że jak jest z mężem to czasem milczy - byłbym w stanie to zrozumieć tylko w momencie kiedy ja odwiedzałem syna a co za tym idzie była czasem przy tym obecna moja żona i zamilkłem na chwilę to miała wielkie pretensje do mnie....tak więc oczekiwała że ja będę akceptował jej obecność przy mężu i wiążące się z tym ograniczenia a jednocześnie nie akceptowała jakichkolwiek ograniczeń w kontaktach ze mna. Mimo tych niedogodności miłość kwitła a sprzyjające warunki sprawiały że zaangażowanie rosło.
Po 7-8 miesiącach naszego związku zaczęło się dziać źle, w jej pracy zaszły zmiany, teraz już nie mijała się z mężem za to nie mogła spotykać się zbyt często ze mną, a jeśli się spotkaliśmy to na bardzo krótko, zaczęła mniej pisać, zaczęliśmy mniej rozmawiać, z tygodnia na tydzień wybranka mego serca stygła, teraz już nie pisała przy mężu, nie dzwoniła jak wyszedł do sklepu żeby mnie na chwilę usłyszeć...ja widząc to zacząłem zadawać pytania co się dzieje? czy się wypaliło to co czuła? Utrzymywała że nie, że nadal mnie kocha, że nadal chce ze mną być itd. jednocześnie widziałem że zbliża się do męża, nie jest jej już wszystko jedno czy ją złapie, czy zauważy że do kogoś pisze, teraz starała się o zachowanie pozorów że jest dobrą żoną, jednocześnie spotykala się ze mną, był seks, rozmowy, ale nasza relacja była coraz płytsza, nie było tej głębi, wszystko wydawało mi się powierzchowne...moje pytania zaczęły ją irytować, zacząłem mieć pretensję, że czuję się ignorowany, olewany, ze widzę że mąż i małżeństwo stało się dla niej ważniejsze, zapewniała że tak nie jest a jednocześnie jej czyny mówiły co innego. Kilka razy usłyszałem od niej że powinniśmy to zakończyć skoro tak cierpię, że ona mnie kocha i nie chce patrzeć jak z jej powodu cierpię, oczywiście ja nie dopuszczałem do tego i wszystko trwało dalej, ona dalej utrzymywała że chce ze mną być...w międzyczasie jej mąż odziedziczył mieszkanie, początkowo utrzymywała że nie zamierza się tam wyprowadzać, nie ma takiej opcji a nasze stosunki dalej się ochładzały...potem okazało się że zaczeli remontować mieszkanie, dość poważny generalny remont na który musieli wziąść kredyt.... moje pytanie jak to jest że mówisz mi że chcesz ze mną być a podejmujesz jakies kroki wspólnie z mężem budując waszą przyszłość, remont mieszkania, kredyt, przeprowadzka....mówiąc o przyszłości nie uwzględniasz mnie... snuła jakieś plany, opowiadała mi o nich ale one dotyczyły życia z mężem...w odpowiedzi dowiedziałem się że już kiedyś mieli tam mieszkać ale jakoś inaczej wyszło i to nic nie zmienia w naszych relacjach a ona nadal chce być ze mną kiedyś w przyszłości ....zaczęła już nawet rzucać terminami żebym jej dał czas do Listopada....mówiła jedno a jej czyny zupełnie coś innego, wkońcu po moich ciągłych pytaniach, nerwowych weekendach kiedy już w ogóle nie mieliśmy kontaktu wymogłem na niej odpowiedź jak to jest naprawdę bo mówi jedno a robi coś innego...no i usłyszałem że jednak nie jest pewna czy chce ze mną być...i to jakbym dostał w pysk bo potwierdziła to co czułem...po jakimś czasie postanowiłem że to zakończymy bo ja się nie nadaje do dzielenia się nią z mężem , usłyszałem że ona sobie tego nie wyobraża, że nie potrafi żyć bezemnie itp. itd. wiele różnych rzeczy które sprawiły że nie zniknąłem z jej życia, po tym wydarzeniu około dwa tygodnie gorącego uczucia i znów ochłodzenie, po jakimś czasie ona na zwolnieniu lekarskim znów wsólny tydzień gorący i namiętny pełen wyznań i znów ochłodzenie. W Październiku wszystko na ostrzu noża, najpierw mówi mi że mnie kocha a za chwilę że nie widujemy się zbyt często (raz na 3 tyg.) bo ona jest tym wszystkim przemęczona,musi odpocząć kombinowaniem żeby mąż się nie dowiedział, moimi pretensjami, tym że robie jej wyrzuty po każdym weekendzie kiedy nie mamy kontaktu...znów poczułem się jakbym dostał w mordę. Drugi tekst jakoś w trakcie rozmowy o tym czy sypia z mężem - nie sypiam z nim bo źle mnie traktuje...tu też poczułem się urażony że to jedyny powód, ja nie mam znaczenia...po tych tekstach obraziłem się, zamilkłem, następnego dnia mnie pyta dlaczego milczałem. odpowiadam dlaczego i mówię żeby się odezwała jak jej przejdzie zmęczenie skoro tak mnie kocha że jest zbyt przemęczona żeby się ze mną spotkać, myślałem że ją to ruszy a ona walnęła focha za to że ja się obraziłem o te słowa...i co? Po dwóch dniach to ja pierwszy się odezwałem...czyżby jej nie zależało? pogadaliśmy ona znów dostała zwolnienie 3tyg wyjasnilismy sobie wiele rzeczy, wytłumaczyła mi że przez ostatnie 6 miesięcy nasze spotkania wyglądały tak jakby zalezało mi tylko na seksie...w sumię jak się tak głębiej nad tym zastanowiłem to rzeczywiście tak było... czułem się jak frajer przyjezdzając jak ona kiwnie palcem a nie mogąc się spotkać jak ja tego chce, wiec za każdym razem dążyłem do tego zebysmy wyladowali w łóżku, było tak zawsze , czasem w ciągu dwóch godzin dwa razy seks i niewiele rozmów...nie wiem po co to robiłem, być może by poczuć się lepiej? żeby nie czuć się jak zakochany osioł który mimo że kobieta buduje swoją przyszłość z mężem nie ma honoru i nadal za nią biega? Nie mam pojęcia. Grunt że widziałem też swoją winę w tym jaki miałem do niej stosunek i jej tłumaczenie że tak się zachowywała bo ja taki byłem do mnie trafiło, jednocześnie ja jej wytłumaczyłem dlaczego ja tak się zachowuje, ze mi na niej zależy i ja kocham a wyglądało to tak z mojej strony bo ja też miałem wrazenie że ona chce się tylko dobrze pobawić, pogadać a ja tym moim całym kochaniem robie z siebie frajera i pcham się tam gdzie mnie nie chcą....grunt że chyba do niej trafiło....kolejny rozkwit tej znajomości...zrobiło się niemal jak na początku jak się poznaliśmy, zachowywała się zupełnie inaczej, zakochana, stęskniona, smsy w każdej chwili już, jakoś dawała radę mimo że mąż w domu, spotkania dwa trzy razy w tygodniu, całe dnie bo była na zwolnieniu, pewnego dnia usłyszałem tekst że chciała by mieć dziecko ze mną... Kilka dni temu miała jakies poważne spięcie z mężem, zaczęła na niego bardzo narzekać...w mojej głowie od razu pytanie narzeka na niego, jest jej tak źle, dlaczego z nim jest skoro ja jestem taki cudowny? ale nie zapytałem o to, poprosiłem o radę, żeby mi podpowiedziała czego mi brakuje, żebym mógł skorzystać z tego w przyszłości, żebym mógł być lepszym człowiekiem bo skoro jest z mężem to pewnie nie dorastam mu do pięt....powiedziała że on nie dorasta mi do pięt, ale nie jest ze mną bo się boi, tego ze rodzina się od niej odwróci, że mogą zrobić tak ze zabiorą jej dziecko, to samo powiedziała mi wcześniej ale w innym kontekście...zakończyłem temat nie drążąc dalej ale chyba jednocześnie zacząłem się łudzić, że powinienem jej pomóc, dac poczucie bezpieczeństwa i może wtedy od niego odejdzie..
Spotkaliśmy się wczoraj, niestety już miałem ją odwozić kiedy zadzwonił jej mąż, oszukała że jest w sklepie i stwierdził że jest za cicho jak na sklep, nie uwierzył jej...bardzo się zestresowała, znów się głupio poczułem widząc jak jej zależy na mężu i na tym żeby było dobrze między nimi. Odwiozłem ją, na dowidzenia powiedziała że już się dziś nie odezwie bo musi położyć telefon na widoku żeby mąż nie miał podejrzeń bo będzie na pewno obserwowana.... dziś też życzy mi dobrej nocy o godz 17... ja pytam czy wracamy do punktu wyjścia i znów będzie tak jak było? Ona na to że przykro jej ale przez jakiś czas tak musi być, że jej przykro i przeprasza i cisza....
Ciekawe czy ktoś dotrwał do końca? Itak nie sposób opisac wszystkich szczegółów, wszystkich wydarzeń i tak po krótce to wygląda...co sadzicie o tym wszystkim? Czy ze mną coś nie tak? Czy ja oczekuje zbyt wiele czy ona się mną bawi? Czy może powinienem definitywnie zniknąć i nie wchodzić komuś w życie z butami? Jej mąż kiedyś był obojętny, mogła robic różne rzeczy, on albo nie widział, albo udawał że nie widzi, teraz bardziej ją kontroluje bardziej patrzy jej na ręce, po części ją rozumiem że może być zmęczona bo ryzyko jest spore skoro on obserwuje...stres, dużo do stracenia. Nie wiem, czasem ją usprawiedliwiam a czasem obwiniam.
co zrobić?