netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

No to pora na mnie...

34 odpowiedzi6 737 wyświetleńzałożony przez bubble13, 10.11.2013

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » No to pora na mnie...

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 35 ]

1

Temat: No to pora na mnie...

Witam Wszystkich serdecznie,
nastała pora na moją historię. 16 lat wspólnego życia, wspólnych planów, w tym plany związane z dziećmi, bardzo intensywne w tym roku, remont domu w mieście odległym o sporo km, plany na moja przeprowadzkę, wspólne urządzanie, kolory ścian, kolor w sypialni, meble itp., gdzieś po 7 latach krótki romans z jego strony powrót i dalsza sielanka do czasu.....mieszkamy ze względu na prace obecnie oddaleni o 200 km,  nigdy nie wierzyłam, że doświadczę tego bólu po raz drugi, a jednak... po 16 latach odkryłam sama, nie miał tyle odwagi, aby mnie o tym poinformować, że ma kogoś. A mianowicie po nitce do kłębka poznałam dlaczego od ok. roku mój M. nie miał czasu dla mnie w weekendy, albo dużo pracy, albo pilnowanie budowy domu, w miedzy czasie zakupy ze mna do domu mebli, wybór tapety do sypialni, ... i nagle zonk!!!! odkrywam, że w życiu mojego M. jest inna - rozwódka z dzieckiem. poszukuje dowodow, kwitów, sprawdzam konto bankowe, wstecz i ... cała prawda wychodzi na jaw, wspólne wakacje, które miały być wyjazdami sluzbowymi, brak wakacji w tym roku ze mną, co się nie zdażało.....do chwili gdy tylko ja o tym wiem czuły, gra świetnie swoja rolę, że dużo pracy, że problemy z budową itp. przychodzi moment, oznajmiam mu, ze o wszystkim wiem, wiem kim ona jest, że ma dziecko. Przyznaje się, pytam jak to jest poważne, odpowiada że przejściowe, że się zagubil, że zabrakło czegoś miedzy nami. Załamalam się...... w okresie naszych starań o dziecko, on już był z nią, ją dopieszczal, z nią spędzal czas wolny, a mnie wciskał kit, że zapracowany, zmęczony..... złośc, żal, emocje tak wielkie, że nie sposób rozmawiać. On tłumaczy, że to nic poważnego, że coś pękło, tłumaczy, ze zakończy temat. Po kilku dniach przyjeżdża bardzo póxno i twierdzi że sprawa zakonczona. Staramy się rozmawiać, praca i życie na odległośc temu nie sprzyjają. Mija czas ok. 2 tygodni od rzekomego zakończenia tamtej znajomości i ...... na weekend nie przyjeżdża, twierdzi, że ma wyjazd służbowy, po weekendzie sprawdzam konto i...... to nie był wyjazd służbowy. Dziewczyny jak można tak okłamywać, patrząc komuś prosto w oczy, calując i mówiąc, że wszystko będzie dobrze..... nie rozumiem, i chyba nie zrozumiem nigdy. Zadzwoniłam po weekendzie i zapytałam wprost, zaprzeczył, wiec znając telefon do panienki zadzwoniłam i zapytałam, co ja łączy z moim M. i nogi mi się ugięły.... bardzo poważny związek od kilku miesięcy... mój świat runął w sekundzie. Do dzisiaj żyję w matriksie, do dzisiaj nie ma odwagi ze mna szczerze porozmawiać, spotykam go sporadycznie, nasz dom, do którego miałam się przeprowadzać, już moim domem nie jest. Zerwał kontakty z rodziną, obrażony na cały świat. Nie wiem czy ma z nią kontakty, ostatnio powiedział, że nie, ale chyba nie jest szczery. Walczę z całych sił o nasz związek, dzwonię, pisze, staram się spotykać, ale mam wrażenie ze na darmo moje starania. Ostatnio mi powiedział, że potrzebuje czasu, musi odpocząć, nie rozumiem tego. Doradźcie dobre kobiety co mam robić, jak się zachowywać, jak zrozumieć zachowanie człowieka, który był dla mnie najwazniejsza osoba w życiu, z którym miałam wspólne plany, czy mam odpuścić... nie wiem co mam robić, dzisiaj cały dzień placzę siedząc sama w domu....

2 Ostatnio edytowany przez misslonelyheart (2013-11-11 00:33:23)

Odp: No to pora na mnie...

Witaj,

Moim zdaniem na początek musisz dac czas samej sobie żeby zastanowić się nad tym czy rzeczywiście jest o co walczyć. Twój partner zdradził Cie drugi raz, własciwie prowadził podwojne życie. Jak dla mnie to wygląda troche tak jakby nie był w stanie życ z jedna kobieta, z Ciebie też chyba nie jest w stanie zrezygnowac. Tłumaczenie ze czegos miedzy Wami zabrakło jest jak dla mnie strasznie naciagane bo wtedy probuje sie cos zmienic, walczyc a nie wyjezdzac na wakacje z inna. Najłatwiej zwalić winę na drugą stronę.

Jeżeli jesteś pewna ze chcesz z nim byc to po prostu żyj tak jakbys była sama niech zobaczy co stracił, nie czekaj na jego decyzje. Moze Cie doceni. Nie wiem czy dobrze wnioskuje z Twojego postu ale troche to wyglada tak jakby troche robił Ci łaskę że zerwał ze swoją kochanką... chyba na za wiele mu pozwoliłaś w Waszych relacjach i ustawiłaś się na pozycji tej ktora zawsze wybacza.

Własciwie nigdy nie bedziesz miala pewnosci czy nie zrobi tego ponownie wiec lepiej zadbaj o siebie i zacznij życie na nowo. Teraz wydaje Ci sie pewnie ze moglas sie bardziej starac ale to on zawalił sprawe a nie Ty i naprawde szkoda zycia dla kogos kto Cie nie docenia. Duzo siły życze. Pozdrawiam

3

Odp: No to pora na mnie...

Facet Cię zdradza na lewo i prawo - a to Ty się starasz?
Nie dziw się więc że On "potrzebuje czasu" i udaje ofiarę zbiegu okoliczności..

Kolejny pączek w maśle.

4

Odp: No to pora na mnie...

O kogo Ty chcesz walczyć? Przecież on robi z Ciebie idiotkę.

5

Odp: No to pora na mnie...
Cynicznahipo napisał/a:

O kogo Ty chcesz walczyć? Przecież on robi z Ciebie idiotkę.

Tak masz pewnie racje, ale to wszystko nie jest takie proste, gdybym była w związku 3-5 lat to pewnie bym odpuściła, ale 16 lat robi swoje, tym bardziej, że nic nie zapowiadało takiej sytuacji. To teraz, gdy prawda wyszła na jaw on stara się zwalić winę za wszystko na mnie, i inne osoby. Oczekuję rady co mam robić, jak sobie z tym poradzić, jak przetrwać najtrudniejszy okres, jak powstrzymać się od dzwonienia, myślenia o nim.

6

Odp: No to pora na mnie...

Ale tu nie ma co porównywać jeśli chodzi o staż.
Mąż robi Cię w bambuko i śmieje w twarz, a Ty zabiegasz. Coś nie halo.

7

Odp: No to pora na mnie...
Zielony_Domek napisał/a:

Ale tu nie ma co porównywać jeśli chodzi o staż.
Mąż robi Cię w bambuko i śmieje w twarz, a Ty zabiegasz. Coś nie halo.

Dokładnie.

Autorko, piszesz, że mąż zwala winę na Ciebie. Pośrednio dałaś mu prawo do tego. Pozwoliłaś mu na to. Odpuściłaś mu jedną zdradę. Nie docenił tego. Zdradził ponownie, a Ty się zastanawiasz, czy mu wybaczyć. On sobie drwi z Ciebie. I będzie tak robił dalej, jeśli mu pozwolisz.
Macie dzieci?

8

Odp: No to pora na mnie...

Hej w Twoim watku.
Przyznam, ze niezle Twoj maz narozrabial. Normalnie szczyt cynizmu i sk...Gzi sie z baba (  swoja droga zastanawiam sie czy te kobiety wchodzace w zwiazki z zonatymi majs jakies uczucia wyzsze, mysla co czuje inna kobieta, a moze sa dumne ze odbily meza, to potwierdza atrakcyjnosc w ich oczach, ze facet dla nich glupieje po np tyg znajomodvi i zostawia kogos po tylu latach) i zwala na Ciebie wine, Ty prosisz. Ale tych emocji nie da sie racjonalnie wytlumaczyc. Naprawde chcialabys cos naprawiac, potrafilabys isc z nim do lozka po tym wszystkim?

9

Odp: No to pora na mnie...

nie mamy dzieci.
Wszyscy mądrze piszecie, ale jak to  w sobie ogarnąć, jak nie płakać przy nim, jak nie dzwonić, jak zapomnieć, jak??? szukam odpowiedzi od dłuższego czasu, babrzę się w tym i nie wiem jak z tego wyjść. Inni piszą daj czasowi czas, ale mam wrażenie, że to coraz bardziej boli, narasta ze zdwojona siłą, cały czas myśli obracają się wokół niego. Czasami czuję nienawiść, czasami żal do samej siebie jak zapanować nad tymi emocjami?

10

Odp: No to pora na mnie...

Bubble, pytasz, jak. Normalnie.
Podoba Ci się, że mąż Cię zdradza na prawo i lewo? Podoba Ci się, że śmieje Ci się w twarz i nie traktuje Cię poważnie?

Jeśli Ci się nie podoba, to nie pytaj, jak. Po prostu zacznij robić coś, by to zmienić. Po prostu rusz tyłek i działaj. Zasługujesz na szacunek, ale najpierw sama zacznij się szanować.

11

Odp: No to pora na mnie...
bubble13 napisał/a:

nie mamy dzieci.
Wszyscy mądrze piszecie, ale jak to  w sobie ogarnąć, jak nie płakać przy nim, jak nie dzwonić, jak zapomnieć, jak??? szukam odpowiedzi od dłuższego czasu, babrzę się w tym i nie wiem jak z tego wyjść. Inni piszą daj czasowi czas, ale mam wrażenie, że to coraz bardziej boli, narasta ze zdwojona siłą, cały czas myśli obracają się wokół niego. Czasami czuję nienawiść, czasami żal do samej siebie jak zapanować nad tymi emocjami?

Bubble, mysle, ze tylko ktos kto ma to dawno za soba, przezyl i przetrawil potrafi cos madrego napisac i odpowiedziec. Nasze emocje sa swieze, nie ogarniamy ich, nie rozumiemy do konca, szukamy odpowiedzi, ktorych nie ma. Zreszta moj ex powiedzial mi zebym nie zastanawiala sie bo sam nie wie, po prostu zakochal sie i jest szczesliwy, wreszcie znalazl. Szpile w kazdym slowie, dlatego wole nie miec kontaktu bo wszystko rozdrapuje a i tak nic nie zmieni. Nawet nie wiem czego mogczy e spodziewac sie w d. domu. Bede w nim niestety skazana na widywanie go, psychistra kazala mi die natychmiast odciac ale jak kiedy nie mam gdzie isc. Z tym domem tez Cie zalatwil. W ogole tyle rozgrzebanych spraw.

12

Odp: No to pora na mnie...
ZnowuPannaAnna napisał/a:

... swoja droga zastanawiam sie czy te kobiety wchodzace w zwiazki z zonatymi majs jakies uczucia wyzsze,

Mają.

ZnowuPannaAnna napisał/a:

...  mysla co czuje inna kobieta, a moze sa dumne ze odbily meza, to potwierdza atrakcyjnosc w ich oczach,...

A Ty czujesz się lepiej dorabiając naciąganą ideologię.

13

Odp: No to pora na mnie...

Ech nie chciałabym być złym prorokiem ale..Walczysz z całych sił o związek,dzwonisz,piszesz,starasz się spotykać i co? No moze jakims cudem wróci, tylko co potem.. Do następnego razu? Bo on znowu gdzies sie "zagubi" ? Sama musisz sobie na to odpowiedzieć. Czy bedziesz w stanie normalnie żyć

14

Odp: No to pora na mnie...

Przeżyłam bardzo podobną historię.
Nie wiem, czy Ci w czymkolwiek doradzę, ale na pewno mogę powiedzieć coś o tym, jaki będzie dalszy ciąg zdarzeń.
Pierwsza wykryta przeze mnie zdrada - wtedy tylko wirtualna zakończyła się przeprosinami, łzami, błaganiem o wybaczenie. Wybaczyłam.
Potem było zdrad coraz więcej, a żal męża coraz mniejszy. W końcu znalazła się taka, która mężowi przesłoniła świat i stało się. Usłyszałam to wszystko, co słyszysz w tej chwili Ty - to nie on jest winien, to ja, to moja rodzina, to nasi przyjaciele itd.
Nie przeczę... oczywiście moja postawa w którymś momencie naszego życia przyczyniła się do kryzysu naszego związku - podobnie jak jego, ale nie była powodem rozpadu małżeństwa. Wszystko to można było rozwiązać rozmowami i jasnym stawianiem sytuacji. No nieważne. Istotne jest to o tyle, że nikt nie lubi myśleć źle o sobie, więc wyszukuje motywy, które potwierdzą, że ma rację. Mój mąż postanowił więc winę zrzucić na mnie, bo to ja sprowokowałam go do zdrady. On MUSIAŁ to zrobić.
W konsekwencji w bardzo szybkim tempie poczucie winy przerobił na poczucie krzywdy. Mechanizm bardzo powszechny i teraz właśnie obserwuję to w Twoim związku.
Dodam, że ja również żyłam w przeświadczeniu, że mam szczęśliwy dom i dobrego męża mimo braku dzieci.
Zresztą - jeśli chcesz, zajrzyj na mój wątek, nie ma sensu powielać historii.

W pierwszych dniach, kiedy się o tym dowiedziałam, byłam w absolutnej rozsypce. Do tego stopnia, że przez trzy tygodnie nie chodziłam do pracy, ponieważ nie byłam w stanie przebywać wśród ludzi. Bite trzy tygodnie płakałam, w domu miałam jak na cmentarzu...zero muzyki, zero telewizji, koleżanki tylko te, które łączyły się w bólu, a za słowa "to minie", mogłabym zabić. Potem zaczęłam walczyć o nasze małżeństwo. Nie mogłam uwierzyć, że ot tak mąż przestał mnie kochać. Myślałam, że to chwilowy amok, a on w końcu przejrzy na oczy. Dzwoniłam, rozmawiałam, płakałam, współpracowałam z psychologiem. Pracowałam nad sobą - ale nie dla siebie, tylko po to, żeby mąż te zmiany zauważył i zechciał w swej łaskawości wrócić. Nie wiem do końca, co miało na to wpływ, czy moje skamlanie, czy jego wyrzuty sumienia - bo na pewno nie miłość - ale wrócił. Był jeszcze ze mną 11 miesięcy. 11 długich, beznadziejnych miesięcy, w czasie których wykańczał mnie psychicznie niemal jawnie umawiając się z nią na randki itd. Żadnej współpracy, żadnej chęci budowania normalnej relacji. Nic. Ustawiczny jego zły nastrój, odwarkiwanie, kłótnie - nie byłoby ich, gdybym potulnie zgadzała się na jego intymne spotkania z przyjaciółką. Nieważne. Doszło do tego, że sama prosiłam go o wyprowadzkę, bo nie byłam w stanie żyć tak dłużej.
Masz zatem przykład, do czego prowadzi próba ratowania związku, kiedy ta druga strona niczego ratować nie chce. Ja walczyłam i to naprawdę walczyłam wszelkimi dostępnymi mi środkami. Nie udało się, bo i nie miało co się udać. Małżeństwa nie uratowałam, ale wygrałam nową siebie. Nie żałuję niczego z tego, co zrobiłam, i niczego sobie nie wyrzucam. Traktuję to jako kolejne trudne doświadczenie na mojej drodze.

Ja walczyłam, czasem honorowo, czasem nie. Różnie.
Kiedysbyłam postawiła na odpuszczenie. Zajrzyj na jej wątek, jeśli chcesz poznać drugi biegun walki o małżeństwo( bo odpuszczenie też jest formą walki). Nie udało się ani jej, ani mnie. Z prostej przyczyny - druga strona NIE CHCIAŁA. Piszę Ci o tym, żeby uświadomić Cię, że jeśli Twój mąż nie chce współpracować, to nie zmusisz go do tego żadną siłą. Tylko od Ciebie zależy, jaką drogę wybierzesz, żeby móc się z tym pogodzić.
Nie dam Ci złotego środka, jak sobie z tą sytuacja radzić, bo wiem, że sama przez długi czas nie mogłam się z tym wszystkim ogarnąć. Na przeciwdziałanie chęci ustawicznego pisania do niego pomogły mi rozmowy mailowe z moją ppsych - kilkanaście maili dziennie, wyciszanie się, słuchanie hoopoonopono. Ale to mnie pomagało, na Ciebie może zadziałać coś zupełnie innego. Świetnie wiem, że ktoś, kto znajduje się w takiej chwili jak Ty teraz nie uwierzy za nic w świecie, że może kiedyś być lepiej. Ja też nie wierzyłam, ja też nie słuchałam, a już myśli o innym mężczyźnie wręcz mnie brzydziły. Do wszystkiego trzeba dojrzeć, do każdej myśli trzeba dojrzeć. Ból naprawdę kiedyś minie, ale zanim to nastąpi, wylejesz jeszcze morze łez.
Polecam Ci przeczytanie naszych wątków, bo pomóc pewnie nie pomogą zbyt wiele, ale zyskasz przynajmniej świadomość tego, co Cię czeka.

Trzymaj się!

15

Odp: No to pora na mnie...

Bellatrix słuszne słowa.

16

Odp: No to pora na mnie...
Bellatrix napisał/a:

Przeżyłam bardzo podobną historię.
Nie wiem, czy Ci w czymkolwiek doradzę, ale na pewno mogę powiedzieć coś o tym, jaki będzie dalszy ciąg zdarzeń.
Pierwsza wykryta przeze mnie zdrada - wtedy tylko wirtualna zakończyła się przeprosinami, łzami, błaganiem o wybaczenie. Wybaczyłam.
Potem było zdrad coraz więcej, a żal męża coraz mniejszy. W końcu znalazła się taka, która mężowi przesłoniła świat i stało się. Usłyszałam to wszystko, co słyszysz w tej chwili Ty - to nie on jest winien, to ja, to moja rodzina, to nasi przyjaciele itd.
Nie przeczę... oczywiście moja postawa w którymś momencie naszego życia przyczyniła się do kryzysu naszego związku - podobnie jak jego, ale nie była powodem rozpadu małżeństwa. Wszystko to można było rozwiązać rozmowami i jasnym stawianiem sytuacji. No nieważne. Istotne jest to o tyle, że nikt nie lubi myśleć źle o sobie, więc wyszukuje motywy, które potwierdzą, że ma rację. Mój mąż postanowił więc winę zrzucić na mnie, bo to ja sprowokowałam go do zdrady. On MUSIAŁ to zrobić.
W konsekwencji w bardzo szybkim tempie poczucie winy przerobił na poczucie krzywdy. Mechanizm bardzo powszechny i teraz właśnie obserwuję to w Twoim związku.
Dodam, że ja również żyłam w przeświadczeniu, że mam szczęśliwy dom i dobrego męża mimo braku dzieci.
Zresztą - jeśli chcesz, zajrzyj na mój wątek, nie ma sensu powielać historii.

W pierwszych dniach, kiedy się o tym dowiedziałam, byłam w absolutnej rozsypce. Do tego stopnia, że przez trzy tygodnie nie chodziłam do pracy, ponieważ nie byłam w stanie przebywać wśród ludzi. Bite trzy tygodnie płakałam, w domu miałam jak na cmentarzu...zero muzyki, zero telewizji, koleżanki tylko te, które łączyły się w bólu, a za słowa "to minie", mogłabym zabić. Potem zaczęłam walczyć o nasze małżeństwo. Nie mogłam uwierzyć, że ot tak mąż przestał mnie kochać. Myślałam, że to chwilowy amok, a on w końcu przejrzy na oczy. Dzwoniłam, rozmawiałam, płakałam, współpracowałam z psychologiem. Pracowałam nad sobą - ale nie dla siebie, tylko po to, żeby mąż te zmiany zauważył i zechciał w swej łaskawości wrócić. Nie wiem do końca, co miało na to wpływ, czy moje skamlanie, czy jego wyrzuty sumienia - bo na pewno nie miłość - ale wrócił. Był jeszcze ze mną 11 miesięcy. 11 długich, beznadziejnych miesięcy, w czasie których wykańczał mnie psychicznie niemal jawnie umawiając się z nią na randki itd. Żadnej współpracy, żadnej chęci budowania normalnej relacji. Nic. Ustawiczny jego zły nastrój, odwarkiwanie, kłótnie - nie byłoby ich, gdybym potulnie zgadzała się na jego intymne spotkania z przyjaciółką. Nieważne. Doszło do tego, że sama prosiłam go o wyprowadzkę, bo nie byłam w stanie żyć tak dłużej.
Masz zatem przykład, do czego prowadzi próba ratowania związku, kiedy ta druga strona niczego ratować nie chce. Ja walczyłam i to naprawdę walczyłam wszelkimi dostępnymi mi środkami. Nie udało się, bo i nie miało co się udać. Małżeństwa nie uratowałam, ale wygrałam nową siebie. Nie żałuję niczego z tego, co zrobiłam, i niczego sobie nie wyrzucam. Traktuję to jako kolejne trudne doświadczenie na mojej drodze.

Ja walczyłam, czasem honorowo, czasem nie. Różnie.
Kiedysbyłam postawiła na odpuszczenie. Zajrzyj na jej wątek, jeśli chcesz poznać drugi biegun walki o małżeństwo( bo odpuszczenie też jest formą walki). Nie udało się ani jej, ani mnie. Z prostej przyczyny - druga strona NIE CHCIAŁA. Piszę Ci o tym, żeby uświadomić Cię, że jeśli Twój mąż nie chce współpracować, to nie zmusisz go do tego żadną siłą. Tylko od Ciebie zależy, jaką drogę wybierzesz, żeby móc się z tym pogodzić.
Nie dam Ci złotego środka, jak sobie z tą sytuacja radzić, bo wiem, że sama przez długi czas nie mogłam się z tym wszystkim ogarnąć. Na przeciwdziałanie chęci ustawicznego pisania do niego pomogły mi rozmowy mailowe z moją ppsych - kilkanaście maili dziennie, wyciszanie się, słuchanie hoopoonopono. Ale to mnie pomagało, na Ciebie może zadziałać coś zupełnie innego. Świetnie wiem, że ktoś, kto znajduje się w takiej chwili jak Ty teraz nie uwierzy za nic w świecie, że może kiedyś być lepiej. Ja też nie wierzyłam, ja też nie słuchałam, a już myśli o innym mężczyźnie wręcz mnie brzydziły. Do wszystkiego trzeba dojrzeć, do każdej myśli trzeba dojrzeć. Ból naprawdę kiedyś minie, ale zanim to nastąpi, wylejesz jeszcze morze łez.
Polecam Ci przeczytanie naszych wątków, bo pomóc pewnie nie pomogą zbyt wiele, ale zyskasz przynajmniej świadomość tego, co Cię czeka.

Trzymaj się!

czy możesz moje posty poczytać i się wypowiedzieć?piszę do Ciebie Bellatrix.

17

Odp: No to pora na mnie...

Bardzo łatwo mówić postronnym-nie walcz, nie zabiegaj, nie staraj się.
Bardzo dokładnie, wręcz drastycznie wytłumaczyłby Ci ten stan, nasz kolega Bags.
Pamiętając jego słowa, napiszę Ci,że jesteś teraz, na tzw. ?odwyku?.
Tak właśnie-to zupełnie tak, jakby odciąć Cię od środka uzależniającego-pomimo tego,iż wiesz,że Cię skrzywdził,że Cię poniżył, upokorzył, podświadomie chcesz by był, potrzebujesz z nim kontaktu.
Od tak, po prostu-żeby tylko był w zasięgu Twojego wzroku, w Twoim pobliżu.
Jesteś w stanie zaakceptować najgorsze tylko i wyłącznie dlatego, by go nie stracić-> prosty przykład-> po 7 latach dowiedziawszy się o jego romansie zdołałaś wybaczyć.
Przychodzi kolejna próba-> kolejny romans, wiesz jawnie o wszystkim-> co robisz? Powielasz schemat sprzed 7 lat, jesteś w stanie wybaczyć, pytasz forumowiczów, jak walczyć.
Sama nie dostrzegasz toksycznej relacji Was łączącej-> jesteś kimś na zasadzie dawcy-dawcy czegokolwiek-> tutaj do wyboru: miłości, drugiej, bądź kolejnej szansy, wybaczenia-> on jest zwykłym biorcą, z tym,że biorcą cholernie toksycznym, bierze całymi garściami Twoją cierpliwość, uczucie, jakim go darzysz, robiąc z niego niejako tarczę dla swoich krzywych posunięć.
Dopóki Ty nie odetniesz się od tego całkowicie, dopóty dalej będziesz katowała się niemiłosiernie, walczyła o coś, co walki jest po prostu niegodne.
Nie dopuszczasz do siebie myśli,że już drugi raz zostałaś  odarta z kobiecości, wierności, zaufania, prawdomówności i szczerości.
Drugi raz jesteś poddawana próbie sprzed 7 lat->nasuwa się pytanie JAK DŁUGO JESZCZE JESTEŚ W STANIE WYTRZYMAĆ DALSZE KŁAMSTWA, PONIŻANIE, ODRZUCENIE?
Co jeszcze musi się wydarzyć, byś w końcu zrozumiała,że Twoje poświęcenie i próba ratowania czegoś, co w konsekwencji,nie istnieje już od dawna, tak naprawdę nie ma racji bytu?
Widzisz, w innym wątku, dziewczyna zupełnie podobna do Ciebie, targnęła się na swoje zycie-na szczęście próba skończyła się niepowodzeniem. Schemat niemalże identyczny niż Twój.
Żyj swoim życiem-w którym nie powinno być już miejsca dla niego-im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej dla Ciebie, bo o prawdziwą miłość walczyć nie trzeba, o fałszywą nie warto.
?Życie to nie sen, ani baśń tęczowa, życie, to jest walka, do której bądź zawsze gotowa?!!!!!!

18

Odp: No to pora na mnie...

Bellatrix,
bardzo dziękuję, na pewno zajrzę do waszych wątków. O taką konstruktywna odpowiedź mi właśnie chodziło, ale to może napisać tylko ktoś, kto sam przechodził przez to piekło. Raz jeszcze dziękuję, muszę rzeczywiście powalczyć sama z sobą, nauczyć się słuchać siebie, być dla siebie kimś najważniejszym i przede wszystkim odsunąć się od tego toksycznego układu. Trzymajcie za mnie kciuki, pomoc będzie na pewno potrzebna, wasze wsparcie. Dziękuje raz jeszcze.

do Carpathia,
Tobie również dziękuję, za wszystkie słowa, wiem musze się ogarnąć w sobie, poukładać swoje wnętrze, zrobić w nim remanent ;-), będą chwile zwątpienia, zapewne pokusa aby nawiązać kontakt, ale będę się starać iść ku lepszemu swojemu życiu. Rzeczywiście tego nie zauważyłam, ale nasz układ był toksyczny, on jak pasożyt zabierał wszystko na co pozwoliłam, a ja przez to się wykańczałam i bardziej od niego uzależniałam. Jak to mówią życie uczy nas cały czas, może teraz nastał czas lekcji życia dla mnie, potężny kop, abym w końcu przejrzała na oczy w czym tkwiła i tkwię nadal. Dzisiaj mam zadanie nie dzwonić, nie odzywać się pierwsza, iść z głową podniesiona do góry. Pozdrawiam Was serdecznie, bądźcie ze mną, bo tak będzie mi raźniej. Odezwę się wieczorem czy zadanie odrobiłam.

19

Odp: No to pora na mnie...

Będziemy z Tobą, nie martw się, małymi kroczkami zdziałasz wiele smile
Potwierdzone autopsyjnie smile
Buziaki.

20 Ostatnio edytowany przez xYxAngelxYx (2013-11-11 15:25:50)

Odp: No to pora na mnie...

Co za dupek! Słuszne postanowienie,trzymam kciuki smile

21

Odp: No to pora na mnie...
bubble13 napisał/a:

Dzisiaj mam zadanie nie dzwonić, nie odzywać się pierwsza, iść z głową podniesiona do góry. Pozdrawiam Was serdecznie, bądźcie ze mną, bo tak będzie mi raźniej. Odezwę się wieczorem czy zadanie odrobiłam.

To jest dobra droga. Wyznaczaj sobie codziennie jeden malutki cel i konsekwentnie dąż do jego realizacji.
Nie wiem, jaki masz temperament, a od tego też sporo zależy. Ja jestem raczej wybuchowa i szybka w działaniu, więc robiłam coś, zanim pomyślałam. Ale udało mi się to przezwyciężyć właśnie przez wyznaczanie takich codziennych celów.

22

Odp: No to pora na mnie...
Bellatrix napisał/a:
bubble13 napisał/a:

Dzisiaj mam zadanie nie dzwonić, nie odzywać się pierwsza, iść z głową podniesiona do góry. Pozdrawiam Was serdecznie, bądźcie ze mną, bo tak będzie mi raźniej. Odezwę się wieczorem czy zadanie odrobiłam.

To jest dobra droga. Wyznaczaj sobie codziennie jeden malutki cel i konsekwentnie dąż do jego realizacji.
Nie wiem, jaki masz temperament, a od tego też sporo zależy. Ja jestem raczej wybuchowa i szybka w działaniu, więc robiłam coś, zanim pomyślałam. Ale udało mi się to przezwyciężyć właśnie przez wyznaczanie takich codziennych celów.

ja tez jestem wybuchowa, czasami emocje biorą górę, ale walczę z tym, cały czas, staram się być spokojna i opanowana, a przede wszystkim nie płakać i nie pokazywać słabości przy nim, i dzisiaj wytrzymałam, jak się cieszę, pierwsze zadanie odrobione, nie zadzwoniłam, nawet rzadko o tym myślałam, jak się cieszę. Wiem, że chwile zwątpienia będą, ale znajde sobie dodatkowe zajęcie, do tej pory nic mi się nie chciało, ale dzisiaj postanowiłam zawalczyć o siebie, zadbać o swój komfort psychiczny i zacząć ćwiczyć, obym wytrwała. zadanie na jutro - NIE DZWONIĆ DO BYŁEGO!!!!

23

Odp: No to pora na mnie...
Bellatrix napisał/a:

....Kiedysbyłam postawiła na odpuszczenie. Zajrzyj na jej wątek, jeśli chcesz poznać drugi biegun walki o małżeństwo( bo odpuszczenie też jest formą walki). Nie udało się ani jej, ani mnie...

Zdaje mi się, że to jednak spora nadinterpretacja. Kiedyśbyłam po prostu postąpiła racjonalnie - mimo wewnętrznego cierpienia . Nie była to forma walki o związek. Była (i wciąż trwa) to walka ze sobą.  Paradoksalnie właśnie ona powoli wygrywa. Wygrywa siebie.

Bellatrix napisał/a:

....Z prostej przyczyny - druga strona NIE CHCIAŁA. Piszę Ci o tym, żeby uświadomić Cię, że jeśli Twój mąż nie chce współpracować, to nie zmusisz go do tego żadną siłą. ...

Nie do wszystkich dociera tak prosty fakt. Niestety świat jest tak urządzony, że każdy związek można rozwiązać w dowolnym momencie. Nie da sie świata zmienić, trzeba nauczyć się żyć w nim.

24

Odp: No to pora na mnie...
N4VV napisał/a:
Bellatrix napisał/a:

....Kiedysbyłam postawiła na odpuszczenie. Zajrzyj na jej wątek, jeśli chcesz poznać drugi biegun walki o małżeństwo( bo odpuszczenie też jest formą walki). Nie udało się ani jej, ani mnie...

Zdaje mi się, że to jednak spora nadinterpretacja. Kiedyśbyłam po prostu postąpiła racjonalnie - mimo wewnętrznego cierpienia . Nie była to forma walki o związek. Była (i wciąż trwa) to walka ze sobą.  Paradoksalnie właśnie ona powoli wygrywa. Wygrywa siebie.

Owszem, to była forma walki o związek. Teraz już nie jest, ale kilka miesięcy temu tak właśnie się działo. Poza tym walka o związek nie wyklucza walki o siebie. Powiem więcej - obojętnie, jaką formę ta walka przybiera, i tak wychodzimy z niej zwycięsko.
Dziwi mnie Twoje sformułowanie - walka ze sobą... To my sami dla siebie jesteśmy wrogami? Nie chodzi przypadkiem o to, żeby nie dać się ściągnąć na dno? Żeby nie popłynąć w uczucie rozżalenia i goryczy, a przetrwać najcięższy czas i wyjść z bagna, w które ktoś nas wrzucił, jako człowiek bogatszy o kolejne doświadczenie i wyciągnięte wnioski?

N4VV napisał/a:
Bellatrix napisał/a:

....Z prostej przyczyny - druga strona NIE CHCIAŁA. Piszę Ci o tym, żeby uświadomić Cię, że jeśli Twój mąż nie chce współpracować, to nie zmusisz go do tego żadną siłą. ...

Nie do wszystkich dociera tak prosty fakt. Niestety świat jest tak urządzony, że każdy związek można rozwiązać w dowolnym momencie. Nie da sie świata zmienić, trzeba nauczyć się żyć w nim.

Trochę zamotałeś... nie bardzo wiem, o co Ci tutaj chodzi.

25

Odp: No to pora na mnie...
bubble13 napisał/a:

ja tez jestem wybuchowa, czasami emocje biorą górę, ale walczę z tym, cały czas, staram się być spokojna i opanowana, a przede wszystkim nie płakać i nie pokazywać słabości przy nim, i dzisiaj wytrzymałam, jak się cieszę, pierwsze zadanie odrobione, nie zadzwoniłam, nawet rzadko o tym myślałam, jak się cieszę. Wiem, że chwile zwątpienia będą, ale znajde sobie dodatkowe zajęcie, do tej pory nic mi się nie chciało, ale dzisiaj postanowiłam zawalczyć o siebie, zadbać o swój komfort psychiczny i zacząć ćwiczyć, obym wytrwała. zadanie na jutro - NIE DZWONIĆ DO BYŁEGO!!!!

Tak trzymaj, ciesz się chwilą, kiedy jesteś silna, bo kryzysy mieć będziesz jeszcze często. Tyle, że jeśli dobrze się do nich przygotujesz, łatwiej Ci będzie przez nie przejść.

26

Odp: No to pora na mnie...

Bubble - Bellatrix dobrze napisala. Oczywiscie zawsze jest jakas nadzieja, ze Twoj przypadek bedzie akurat inny, ale statystycznie niestety skonczy sie to jak zawsze. Wiekszosc z nas przechodzila/ przechodzi przez te wszystkie etapy, emocje, stany.

N4VV - Belatrix slusznie 'zinterpretowala' moja sytuacje. Ja nie walczylam ze soba. Walczylam o malzesntwo, o niego, bardzo mocno. zarowno fizycznie - rozmawiajac z nim, probojac dotrzec, zrozumiec, jak i emocjonalnie, sama ze soba wlasnie walczac o to, zeby jednak samej zrozumiec, sprawic zeby on chcial.... Walka ze soba? swgo rodzaju pewnie tez, ale to wynikalo po prostu z sytuacji. A bardziej w sumie walka o siebie, zeby jakos to przezyc.

Bubble - trzymam kciuki ale przede wszyskim zycze sily i spokoju.

27

Odp: No to pora na mnie...

No i jest kryzys, siedzę w pracy, łzy napływają mi do oczu, bo ktoś serdeczny powiedział mi, że mój M. pojechał wczoraj do swojej muzy. A tak intensywnie miał zastanowić się nad wszystkim. Już wszystko jest jasne, zwodzenie, zwodzenie, zwodzenie, k.... mać. Tylko po co on to robi, jest zajebistym tchórzem, nie ma odwagi po tylu latach powiedzieć prawdy.

28

Odp: No to pora na mnie...

Powiedzial Ci prawde, tylko troche poowijal w bawelne bo ma litosc nad Toba.
Ty nie chcesz tej prawdy przyjac, sama sobie te prawde upiekrzasz sad
Twoja podswiadomosc nadal nie godzi sie przyjac tak bolesna prawde,
Ty juz to wszystko wiesz i sama siebie oszukujesz.

29

Odp: No to pora na mnie...

Bubble - no nie ma i nie bedzie mial. Jeszcze nie slyszalam, no moze poza kilkoma przypadkami ze facet mowi wprost ze odchodzi do innej. Ale w 90% zawsze klamia do konca, klamia przede wszystkich chyba samych siebie, ze to, ze odchodza nie ma zwiazku z nikim innym. Po prostu zona byla na tyle nidobra, ze odcodza bo byli nieszczesliwi, a to ze akurat juz kogos innego maja to po prostu tak nawiasem mowiac. Tak zwykle bywa wlasnie. Bylo tak i u mnie i wiekszosci kobiet na forum. Wiem, ze to marne pocieszenie ale chodzi mi o to, ze nie jestes jedyna w takiej sytuacji, ze akurat ten Twoj jest taki, ze nie powie Ci prawdy, ze kims jest.

30

Odp: No to pora na mnie...
kiedysbylam napisał/a:

Bubble - no nie ma i nie bedzie mial. Jeszcze nie slyszalam, no moze poza kilkoma przypadkami ze facet mowi wprost ze odchodzi do innej. Ale w 90% zawsze klamia do konca, klamia przede wszystkich chyba samych siebie, ze to, ze odchodza nie ma zwiazku z nikim innym. Po prostu zona byla na tyle nidobra, ze odcodza bo byli nieszczesliwi, a to ze akurat juz kogos innego maja to po prostu tak nawiasem mowiac. Tak zwykle bywa wlasnie. Bylo tak i u mnie i wiekszosci kobiet na forum. Wiem, ze to marne pocieszenie ale chodzi mi o to, ze nie jestes jedyna w takiej sytuacji, ze akurat ten Twoj jest taki, ze nie powie Ci prawdy, ze kims jest.

ale o ile byłoby prościej, a tak moja agonia trwa, raz ostyga, raz wrze, bo powrót nadzieji, Boże ile to jeszcze potrwa, mam nadzieję, że za 2 tygodnie wszystko sie rozwiąże i chyba pójde do prawnika, agy byc gotowa na najgorsze

31

Odp: No to pora na mnie...

Bubble - bylo by prosciej ? Gdyby Ci powiedzial - odchodze do innej bo ja kocham?? Nie sadze. Nie bylo by. Byo by tylko troche inaczej. Ale TEZ nie moglabys tego przyjac, tez bys negowala, tez bys 'nie rozumiala'. I tez byloby tragicznie. A dlaczego? bo tutaj, w takic hsytuacjach nei ma dobrych rozwiazan, nie ma. Cierpienie jest i bedzie, jesli osoba ktora kochamy nas porzuca, z jakiegokolwiek juz powodu i nie mozemy z nia byc, po prostu bedzie bolalo i koniec.

Teraz tez masz wyjscie - zaakacpetowac to jak najszybciej albo myslec jaki on niedobry i co by byl ogdyby.

Za 2 tygodnie? No nie, jesli to, co teraz prezywasz jest naprawde, to neistety ale za 2tygodnie dobrze jeszcze nie bedzie, ani niestety nawet za 2 miesiace. Co nie zmienia faktu ze trzeba walczyc!

32

Odp: No to pora na mnie...
bubble13 napisał/a:

ale jak to  w sobie ogarnąć, jak nie płakać przy nim, jak nie dzwonić, jak zapomnieć, jak??? szukam odpowiedzi od dłuższego czasu, babrzę się w tym i nie wiem jak z tego wyjść. Inni piszą daj czasowi czas, ale mam wrażenie, że to coraz bardziej boli, narasta ze zdwojona siłą, cały czas myśli obracają się wokół niego. Czasami czuję nienawiść, czasami żal do samej siebie jak zapanować nad tymi emocjami?

Mam  bardzo  podobna sytuacje, mój maż sie wyprowadził  po 4 latach , nie wiem gdzie  i co robi, czy ma inna..pozostawił mnie bez odpowiedzi na wiele pytań... nie widziałam  go  już 2 tygodnie,  wcześniej reagowałam jak ty ,  paniką , strachem i kończyło się na telefonach ... błaganiach ...
Nic nie jest łatwe,  ani proste w takich sytuacjach, po tylu latach zaczynać od nowa.
Przede wszystkim  potrzeba czasu ,  dla ciebie, byś się oswoiła z myślą,  ze jesteś sama...Sama  dla siebie!  Sama  ale nie samotna!
Byś zaakceptowała jego decyzję, bo skoro nie zakończył związku  z tamtą, to nie masz o co się łudzić....boli...ale z czasem  złagodnieje
i nauczysz sie żyć  powoli, małymi kroczkami...
Nie dzwoń do niego, nie kompromituj się,  odpuść...
Czas pokaże sam, ale nie karm się nadzieja.. żyj  , pracuj, tym co jest teraz a nie myśl o przeszłości...
Pochowaj jego zdjęcia albumy ,  pamiątki... wiem ze  to trudne  , ja mieszkam w takim mieszkaniu  gdzie wszystko stworzyliśmy razem........
ale  postaraj sie oczyść atmosferę,  żyj z dnia na dzień ,  wyjdź do ludzi... ,  i zrób coś dla siebie,  nowa fryzura,  spa?
odetchnij i przyszykuj sie  na  "żałobę" przyjdzie dzień ze się wypłaczesz i będzie tragicznie bolec....ale to minie..
wtedy poczujesz ulgę i zmianę........ Poczujesz ze to co było , jest przeszłością i to on nie był Ciebie wart...

33

Odp: No to pora na mnie...
kiedysbylam napisał/a:

Bubble - bylo by prosciej ? Gdyby Ci powiedzial - odchodze do innej bo ja kocham?? Nie sadze. Nie bylo by. Byo by tylko troche inaczej. Ale TEZ nie moglabys tego przyjac, tez bys negowala, tez bys 'nie rozumiala'. I tez byloby tragicznie. A dlaczego? bo tutaj, w takic hsytuacjach nei ma dobrych rozwiazan, nie ma. Cierpienie jest i bedzie, jesli osoba ktora kochamy nas porzuca, z jakiegokolwiek juz powodu i nie mozemy z nia byc, po prostu bedzie bolalo i koniec.

Teraz tez masz wyjscie - zaakacpetowac to jak najszybciej albo myslec jaki on niedobry i co by byl ogdyby.

Za 2 tygodnie? No nie, jesli to, co teraz prezywasz jest naprawde, to neistety ale za 2tygodnie dobrze jeszcze nie bedzie, ani niestety nawet za 2 miesiace. Co nie zmienia faktu ze trzeba walczyc!

mam dzisiaj słabszy dzień, albo takie teraz będę miała, myślałam, że pójście do pracy mi pomoże zapomnieć, a ja już ze łzami w oczach zaczynałam pracę, jak tak dalej pójdzie to popełnię jakiś błąd i mnie wywalą... muszę się wziąść za siebie i przynajmniej w pracy o tym wszystkim nie myśleć, za 2 tygodnie mamy się spotkać, ale obawiam się, że do spotkania nie dojdzie, że znowu się wycofa, i tak będzie przekładał i przekładał, aż mi się odechce z nim spotkać, może o to w tym wszystkim chodzi, abym to ja odpuściła. Dlaczego my kobiety tak walczymy, o nich, pomimo, że nas tak krzywdzą i upokarzają, taka nasza natura?

34

Odp: No to pora na mnie...
Impuls85 napisał/a:
bubble13 napisał/a:

ale jak to  w sobie ogarnąć, jak nie płakać przy nim, jak nie dzwonić, jak zapomnieć, jak??? szukam odpowiedzi od dłuższego czasu, babrzę się w tym i nie wiem jak z tego wyjść. Inni piszą daj czasowi czas, ale mam wrażenie, że to coraz bardziej boli, narasta ze zdwojona siłą, cały czas myśli obracają się wokół niego. Czasami czuję nienawiść, czasami żal do samej siebie jak zapanować nad tymi emocjami?

Mam  bardzo  podobna sytuacje, mój maż sie wyprowadził  po 4 latach , nie wiem gdzie  i co robi, czy ma inna..pozostawił mnie bez odpowiedzi na wiele pytań... nie widziałam  go  już 2 tygodnie,  wcześniej reagowałam jak ty ,  paniką , strachem i kończyło się na telefonach ... błaganiach ...
Nic nie jest łatwe,  ani proste w takich sytuacjach, po tylu latach zaczynać od nowa.
Przede wszystkim  potrzeba czasu ,  dla ciebie, byś się oswoiła z myślą,  ze jesteś sama...Sama  dla siebie!  Sama  ale nie samotna!
Byś zaakceptowała jego decyzję, bo skoro nie zakończył związku  z tamtą, to nie masz o co się łudzić....boli...ale z czasem  złagodnieje
i nauczysz sie żyć  powoli, małymi kroczkami...
Nie dzwoń do niego, nie kompromituj się,  odpuść...
Czas pokaże sam, ale nie karm się nadzieja.. żyj  , pracuj, tym co jest teraz a nie myśl o przeszłości...
Pochowaj jego zdjęcia albumy ,  pamiątki... wiem ze  to trudne  , ja mieszkam w takim mieszkaniu  gdzie wszystko stworzyliśmy razem........
ale  postaraj sie oczyść atmosferę,  żyj z dnia na dzień ,  wyjdź do ludzi... ,  i zrób coś dla siebie,  nowa fryzura,  spa?
odetchnij i przyszykuj sie  na  "żałobę" przyjdzie dzień ze się wypłaczesz i będzie tragicznie bolec....ale to minie..
wtedy poczujesz ulgę i zmianę........ Poczujesz ze to co było , jest przeszłością i to on nie był Ciebie wart...

większość już pochowałam wspólnych rzeczy, na początku myślałam, że uporządkowanie zdjęć dobrze mi zrobi, ale myliłam się, zamknęłam wszystko w szafie i nawet tam nie zaglądam, nie mogę, jeszcze nie teraz. nie dzwonie do niego wytrzymałam wczoraj, wytrzymam, mam nadzieję, i dzisiaj. Ja mimo wszystko czuję się sama i samotna, czasami przychodzi lepszy czas, ale przeważają te gorsze chwile. Siedzę wpatrując się w tv i nie wiem co mam ze sobą zrobić, nic ale to nic mi się nie chce.

Posty [ 35 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » No to pora na mnie...

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026