No cóż i chyba na mnie przyszła kolej. Przeczytałam wiele postów, usiłując znaleźć gdzies podobną historię, albo coś co ukoi mój ból, rozwieje wątpliwosci...ale tak sie chyba nie da, bo każda historia jest inna. Choć pewnie początek mojej jest podobny do setki ba tysięcy innych. Jakies 8,9 miesięcy temu rozstałam sie z kimś z kim spędziłam 10 lat...Heh "rozstałam" to chyba złe określenie,zostawił mnie . Tak ,zostawił mnie,to bedzie najwłasciwsze okreslenie choc starałam sie cały czas tak o tym nie mowic,nie uzywac tego okreslenia, bałam sie..Nie moge powiedzieć zeby te 10 lat było usłane różami, było dobrze i było zle.Przeżylismy wiele dobry chwil, złych ,nie ominęły nas tez dramaty,ale zawsze jakoś dawaliśmy sobie rade.Kiedy poznałam swojego partnera miałam z pierwszego związku syna,po roku bycia razem urodziła nam sie córka. No i cóż wiecej trzeba. Jedynie umiejetnosci wspolnego zycia, radzenia sobie z kłopotami.Ale okazało sie to bardzo trudne.. A wracajac do sedna sprawy..W zeszłym roku zaczeliśmy miec mnostwo problemów, w zasadzie ze wszystkim juz. Przestalismy działać jak to sie mówi w jednej druzynie, żylismy jakby obok siebie.Ja zajmowałam sie dziećmi,domem on pracą heh no i cóż tą osobą dla ktorej mnie zostawił. Bardzo trudno walczyc o cos kiedy jest sie samemu ,kiedy tylko jedna strona oczekuje wszystkiego,zebym to ja sie starała, dbała o wszystko ,a on ? on ma tylko pracowac przychodzic do domu,miec wszystko naszykowane i być zawsze zwarta i gotowa jeśli chodzi o sex. Nie no wszystko fajnie i w ogóle. Ale gdzie ja byłam w tym wszystkim, gdzie jakiekolwiek moje potrzeby? One były, nawet czasami usiłowałam sie przemóc i mu o tym powiedziec, ale to wyglądało jakbym prosiła. A tu nie chodziło o proszenie, tylko czasami zwrocenie na mnie uwagi. No ale.. Żyliśmy razem, wychowywaliśmy dwojke dzieci(choć to raczej ja je wychowywałam, a on raczył być ojciem raz na jakis czas) Dochodziło momentami do bardzo ostrych kłótni.Bo miałam juz dosc tego wszystkiego. W gre zaczął wchodzić równiez alkohol,którego zaczynało być co raz więcej i co raz częsciej.Zaczynał robić sie nieprzyjemny, wyrzucać wszystkie swoje zale.Poza tym co za frajda pójscie do łóżka z kimś kto jest po 2,3 piwach, od ktorego wiecznie czuć alkohol. Przestałam chciec sypiac z nim, mimo ze tego bardzo mi brakowało ,ale nie w takim wydaniu... Nie nie, mowiłam mu o tym, delikatnie ,spokojnie dajac do zrozumienia jak ja to odbieram ,jak ja się czuje.. Ale czy to było wazne? Nie, on musiał gdzieś" włożyć" Przepraszam za tak moze wulgarne określenie tego ,ale jak to inaczej nazwac? Przestało być miło, bo zaczął wymuszac ode mnie tego.Dochodziło w nocy naprawde do bardzo przykrych sytuacji, po ktorych ja potem żyłam w starchu, spiąc niekiedy z "tyłkiem "przycisnietym do kaloryfera byle tylko nic sie nie stało.. Ech to był chyba najlepszy moment na odejscie, na podjecie jednej konkretnej decyzji,bo co mogło mmnie czekac lepszego.. No ale były dzieci. Sama nie miałam normalnego domu i chciałam chyba za wszelką cene to wszystko utrzymac,żeby dzieci nie mówiły że są z rozbitego domu. No cóz ,może głupie i naiwne tłumaczenia ,ale tak uwazałam i szczerze mowiac do samego konca tego chciałam.A koniec nastąpił wtedy kiedy mój byly facet oświadczył że z kimś jest..On 35 lat, ona 22 lata...Poczułam sie jakbym dostała w twarz,życie przelecialo mi przed oczami, po 10 lata usłyszec cos takiego to... Nie, tego sie nie da opisać, bo żadne ze słów nie oddadzą tego co sie czuje w takim momencie.Człowiek wtedy mysli o wielu rzeczach, o tym ze starał sie utrzymac to,próbował naprawiac...i po co to..Ale to był dopiero poczatek. To piekło trwało jakies pol roku.. Pól roku zyłam dalej z kims kto uwazał ze on bedzie wracał z pracy do domciu, a raz na jakis czas wyskakiwał do małolaty na bzykanie.Ja dalej bede prała gotowała, szykowała wszystko, zajmowała sie dziecmi i oczywiscie bede miła i nie bede sie kłociła.Ale jak mozna trzymac nerwy na wodzy kiedy patrzy sie na kogos ,kogo sam widok sprawia ból..Nie da sie..To jest nieustanna walka z soba.Nerwy,brak snu, ciagłe myslenie zrobiły sobie.Wtedy powinna zrobić jedną rzecz, sięgnąc po torbe spakowac jego rzeczy i dac mi takiego kopa zeby zapamietał raz na zawsze..Ale nie, ja ślepo wierzyłam że w koncu sie opamięta ze są dzieci że dla nich warto moze jakos to wszystko poukladac. Ale to nie ta bajka..Pare miesiecy pozniej doszło do awantury po ktorej sie wyprowadził.W czasie jeszcze wspolnego mieszkania wynajął mieszkanie w ktorym niby ta jego dziewczyna miała tylko mieszkac. Ale prawda była taka ze planował to od jakiegos czasu juz, i wiedział ze wszystko tak sie skonczy.Tydzien po wyprowadzeniu sie napisał ze chce zobaczyc sie z dziecmi.To było ostatnia rzecz jaka chciałam, zobaczyc jego.Zostałam sama, bez pracy z dwojką dzieci i mnóstwem problemów. Ale musiałam sobie poradzic.Pojawił sie, wszedł przywitał sie z dziecmi zamienił pare słów a potem nastąpiło to jego "dogadamy sie" a w jego mniemaniu dogadanie sie oznaczało zrobienie wszystkiego tak jak on chce, umozliwienie mu wizyt wtedy kiedy on chce. Jak mozna oczekiwac czegos takiego? No jednak można..I co ja zrobiłam? heh to ze zranił mnie, skrzywdził wcale nie oznacza ze nie kocha dzieci,i tak własnie to sobie wyjasniłam. Że musze byc ponad to, że nieważne są moje uczucia, mój zal, moje pretensje,musze je odłozyc na bok bo dzieci nie moge na tym ucierpiec. Ale czas pokazał swoje.Jego wizyty polegały na przychodzeniu,mówieniu "czesć dziubuś" ( do córki tak mówi) i na tym konczyła sie rola ojca, siadał sobie w kuchni i nawijał, o swojej dziewczynie, o jej rodzinie,o tym czego ona nie umie,że jest młoda głupia. Myślicie ze tego nie słuchałam? A jakże, bolało mnie to bolało jak skur... ale udawałam ze jestem silna, twarda ze mam to gdzieś.Kiedy wychodził powietrze ze mnie uchodziło, az czasami sie trzęsłam bo tyle kosztowały mnie te spotkania. Podczas nich starałam sie mowic mu o tym ze chyba czas zeby w koncu zajął sie sie dziecmi itd.. Brałam udział w jakimś cyrku dosłownie.. Potrafił podczas takich rozmów mówic że mnie kocha, że wolałby byc ze mną że teskni. Nie no ja oczywiscie wiem ze 22 latka nie zastąpi mu tego co miał, rodziny, domu.Ale usilnie próbuje,zaczyna kombinowac. Pierwsze podejscie było kiedy zabrał dzieci do siebie po to żeby córka poznała ją.Wtedy podczas zabawy z nia kiedy były same wymysliła sobie że córka jej powiedziała ze syn obgaduje ja i tate. Co oczywiscie było kompletna bzdurą. O tym zdarzeniu dowiedziałam sie kilka dni pozniej od mojego było, jakis pół godziny tłumaczyłam mu ze to jest niemozliwe.A co on na to, ze zobaczymy ze poczekamy co bedzie dalej czy ona dalej cos wymysli.Byłam przeciwna takim wizytom u niego.Dlaczego? Bo one były po to zeby jego dziewczyna czuła sie bezpiecznie zeby tak sie nie bała.A czego? Tego ze on wróci do mnie, pobyt dzieci u niego miał jej dac gwarancje. Tylko że wystarczył jeden telefon a były juz sie zjawiał, dzwonił ,pisał itd.. Kolejnym jej wymysłem było napisanie do mnie smsa z jego telefonu (oczywiscie udawała ze to on) i starszeniu mnie ze odbierze mi córke. No tutaj to nie wiem jak bardzo trzeba byc głupia zeby myslec ze to sie uda. Po czesci sie udało bo ja sie wystraszyłam, choc miałam wątpliwosci co do tego. Sądziłam ze chyba pisząc to był tak pijany. Ale spotkanie z nim wyjasniło to..Przyznam ,że nie mam juz siły do tej całej komedii juz. Momentami nie wierze nawet ze biore w czyms takim udział. Ja 37-letnia kobieta majac 2 dzieci, dbajaca za wszelką cene zeby to wszystko jakos poukładac, zwiazac razem musze byc uczestnikiem takiej farsy. Przeciez ja tak naprawde nie daje juz rady.Jestem rozwalona emocjonalnie z kazdej strony, sam jego widok powoduje u mnie ból a do tego słuchanie tego wszystkiego. Ja wiem są dzieci, ale czy one maja parktycznie cokolwiek z niego?jak on sie nimi nie zajmuje? jak tylko przychodzi mowi czesc i to koniec. Wiec moze najwyzszy czas spojrzec sobie w oczy i to skonczyc raz na zawsze. Zaczac nowy rozdział. Pochowac to co było i nigdy wiecej do tego nie wracac. On oczekuje ode mnie rzeczy niemożliwych, abym spokojnie patrzyła na to wszystko.Ale przecież to boli. To boli kiedy patrzy sie jak 20 letnia dziewczyna rozwala ci dom, rodzine, jasne ze gdyby on jej na to nie pozwolił nie byłoby tego. Ale to nie ja odeszłam, to nie ja zabrałam dzieci idac do innego faceta,to on postanowił sobie życ jak "szczeniak".Nie mam juz siły,nie mam siły nawet zeby pozbierac sie po tym bo ciagle mi dowala...Nie wiem co zrobic, nie wiem co zrobic zeby w koncu było dobrze, zebym mogła normalnie życ..
Podobne tematy
Nastepny chujoplat jak to End aluzja mawia.
Kohana musi Ci byc naprawde ciezko, cierpisz, Twoje zaufanie zostalo zdeptane przez najblizsza Ci osobe tego nie da sie tak posprzatac raz dwa. Musisz pozwolic sobie na przezycie tych wszystkich okropnych emocji ktore Toba teraz targaja.
Jeszcze palant ma czelnosc przychodzic do Ciebie i zatruwac Cie opowiesciami o swojej nowej "milosci" nosz kurwa mac to Cie zniszczy. Jesli nie zajmuje sie dziecmi tak jak ojciec powinien to proponuje ustalic to prawnie( spotkania bez Ciebie pod opieka zaufanej Tobie osoby). Czesc "dziubus" to srednio rozgarnieta malpa potrafilaby powiedziec.Widac jak wlasnie zalezy mu na dzieciach.
Nie wiem tez Autorko czego Ty oczekujesz? Czy chcesz zeby on wrocil?Czy jestes w stanie wybaczyc mu ta zdrade?
Po pierwszym, drugim,trzecim miesiącu tak brałam pod uwage to.. Żeby walczyć,bo jednak szkoda tych 10 lat.. Ale walczyć o co ? Heh nie... Nie umiałabym mu tego wszystkiego wybaczyć, choć wiem że ludzie wybaczają sobie gorsze rzeczy...Ale nie zaufałabym już, żyłabym w ciągłym strachu i obawie ze to sie powtorzy. Znając siebie wiem że włożyłabym mnóstwo energii w naprawe tego wszystkiego....a potem bym pewnie dostała tym wszystkim w twarz