Jesteśmy razem 3 lata. Myślę, że ogólnie tworzymy dosyć zgraną parę, nasi znajomi twierdzą, że idealnie do siebie pasujemy. Ale mam wrażenie, że zacięliśmy się w pewnym momencie i ten związek przestał się rozwijać, przestaliśmy się poznawać nawzajem, nawzajem próbować zaskoczyć, oczarować.
W trakcie roku, gdy byłam na studiach to się z przyjemnością czekało na spotkanie w weekend, a teraz, gdy mam wakacje, to niby widujemy się częściej, ale tak jakoś.. bez emocji. Przynajmniej z mojej strony. Nie wiem, może trzeba mi większych fajerwerków, może chciałabym, żeby coś się zaczęło dziać. Najczęściej siedzimy u mnie w domu, ew. wyjdziemy na spacer. Taka stagnacja. Nie wymagam, żeby zabierał mnie nie wiadomo gdzie nie wiadomo za jaką cenę, bo wiem, że ma na razie pewne finansowe zobowiązania. Ja chciałabym podróżować, kiedyś planowaliśmy, że będziemy to robić razem, w ilu miejscach to mieliśmy nie być! Ok, ma pracę, z której nie może zrezygnować. Ale gdy ja chciałam wyjechać na 1,5 miesiąca do pracy za granicę, to był bunt i obraza majestatu, że nie widujemy się często z powodu moich studiów a teraz chcę mu zabrać jeszcze połowę moich wakacji, gdzie jestem dla niego na wyciągnięcie ręki. Z pracy i tak nic nie wyszło, ale trochę niesmak pozostał. A efekt jest taki, że albo przychodzi późno w nocy po pracy zmęczony (no dobra, nie mogę go za to winić..) albo ma milion innych rzeczy do zrobienia i w efekcie zamiast się spotkać o godzinie np. 16 spotykamy się o 20.
Czasem mam głupie myśli, żeby go zostawić i wyjechać gdzieś w cholerę, do innego kraju, na inny kontynent, spróbować innego życia. Wstydzę się tego, bo jest naprawdę dobry i kochany, ale coraz częściej mnie drażni jego zachowanie, też to, że ten związek mnie nie rozwija. Normalnie, jakbym była 20 lat po ślubie. Nienawidzę tego, że każdy pomysł dotyczący własnego rozwoju zaczynam: "A co on na to powie?". I czuję, że trochę się przez to ograniczam.
A on coraz częściej napomyka o ślubie! Mówi, że nie wyobraża sobie swojej przyszłości beze mnie. Możliwe, że do końca tego roku się oświadczy, nie dalej jak za 3 lata ślub, potem pewnie będziemy mieszkać przez jakiś czas u jego rodziców, bo mają duży dom, a nas nie będzie jeszcze stać na nic swojego itp itp, a mnie się włącza czerwona lampka! Halo, halo, a gdzie wspólne podróżowanie po świecie, o którym tyle mówił? Co prawda z jednej strony miła jest myśl, że moglibyśmy być do końca życia razem, ale czuję się przypierana do muru, a to sprawia, że jakiś głos w głowie krzyczy mi: "Uciekaj!".
Nie wiem, jak z nim o tym porozmawiać.. nie chcę urazić jego uczuć, a na pewno tak będzie, gdy powiem mu co czuję. Poradźcie coś.