Przedstawię Wam pewną sprawę, ciekawa jestem Waszego zdania na ten temat.
Kilka lat temu poznałam chłopaka, polubiłam go i nic więcej. Spędzaliśmy ze sobą trochę wolnego czasu, bo umieliśmy się dogadać i dobrze bawić w swoim towarzystwie. Poza nim spotykałam się też z innymi znajomymi. Poznałam kogoś w kim się zakochałam i stworzyłam związek. Kolega nie był zadowolony, ale przystał na koleżeństwo bo nie chciał zrywać kontaktu a tylko te dwie opcje wchodziły w grę. Poznał mojego chłopaka, spotykaliśmy się czasem pogadać czy coś porobić osobno lub w grupie i wszystko było ok, nie robił żadnych kroków do mnie. Kiedy się rozstałam był przy mnie i mnie pocieszał, dalej się tylko kolegowaliśmy, poznałam innego weszłam w związek i dalej to samo koleżeństwo. Nie wyszło mi i z tym, kolega pocieszał choć już słabiej, bo go tym nie zamęczałam. Po moim drugim rozstaniu zaczął ostrzej do mnie podbijać (w sensie jakiś aluzji do nas), denerwował się słysząc, że spotykam się na randki z innymi, ale nic nie mógł zrobić - kilka razy w życiu dałam mu do zrozumienia, że nic więcej między nami nie będzie. On spotykał się z różnymi kobietami, pomagałam mu rozmową jak wypaść jak najlepiej, doradzałam by się spotykał, by wziął numer od jakiejś. Ale jakoś nigdy mu nic z tego poważnego nie wychodziło. Nawet przeszło mi przez myśl, by z nim spróbować, ale na samą myśl o tym, że mielibyśmy się całować albo kochać robiło mi się dziwnie i odpychało mnie coś od niego. We wszystkich innych sytuacjach było mi z nim cudownie. Nie potrafiłam dopuścić ani na chwilę by wyszła między nami sytuacja intymna choćby dłuższe patrzenie sobie w oczy w bliskiej odległości twarzy. Ostatnio związałam się po raz trzeci, kolega był wściekły, bo nie lubili się z tym chłopakiem. Zerwał nam się trochę kontakt, ja weszłam po raz trzeci w toksyczny związek. Nie było dnia bym nie myślała o koledze, że on był zaradniejszy, milszy, zaskakiwał, on by to lepiej zrobił, on by mnie pocieszył. Nawet doszło do tego, że gdy miałam zamieszkać ze swoim byłym przestraszyłam się mocno tego, bo wyobraziłam sobie, że wolę wracać całe życie do mieszkania, w którym jest mój kolega a nie mój facet. Nie wytrzymałam w tym związku - odeszłam. Z kolegą kontakt mam dobry, ale słabszy niż kiedyś. Brakuje mi go, myślę o nim dużo w ciągu dnia. Brakuje mi naszych wypadów w nieznane, spotkań, imprez, rozmów, jego optymizmu, uśmiechu. To był jedyny facet dla którego robiłam różne rzeczy bezinteresownie i czułam się z tym dobrze - u innych facetów, tych z którymi byłam, czułam jakby to dla nich nic nie znaczyło lub że się za bardzo poświęcam, czułam że oni tego i tak oczekują, nie doceniają. Oni ostatecznie mnie ranili a kolega nie, wolał cierpieć sam niż powiedzieć mi coś niemiłego. Widzę to tak, że wolałam być w związku z jakimś egoistą, z którym łączyła mnie chemia i to słynne COŚ niż z facetem, któremu na prawdę zależało i nieba by mi uchylił.
Czy ktoś z Was ma pomysł na to dlaczego pociągają mnie "źli" faceci, z którymi ostatecznie i tak mi nie wychodzi? Dlaczego skoro w koledze widzę tak cudownego człowieka i odpowiedniego dla mnie nie potrafię się zakochać?
PS. Taka historia kobiety starszej ode mnie, którą znam osobiście. Gdy była w moim wieku miała do wyboru - związać się z facetem, który ją pociąga którego kocha, z którym jednak burzliwe ma życie lub drugiego, do którego nie czuje wielkiej euforii, ale który o nią dba, stara się i jest przemiłym człowiekiem. Z ciężkim sercem wybrała drugiego (nie dopytałam czemu). Dziś jest szczęśliwą żoną i matką, nie znam drugiego takiego porządnego i cudownego faceta jak jej mąż, po wielu latach małżeństwa robi jej niespodzianki, zabiera na spontaniczne wycieczki, wraca z pracy z kwiatami, jak wylądowała w szpitalu a on był na delegacji to rzucił pracę w cholerę i przyjechał do niej przez całą Polskę mimo, że już było po operacji i wszystko w normie. Ostatnio spotkała swojego byłego - jest alkoholikiem, stoczył się, awanturował. Jest szczęśliwa z decyzji jaką podjęła.
Ciągle siedzi mi to w głowie. Tak wiele kobiet źle wybiera, bo kocha niewłaściwego mężczyznę. Z drugiej strony ... przecież nic na siłę.