Witam Was kochane kobietki!
Nie wiem, czy ja jestem filozofem czy na siłę szukam problemów... Ale wydaje mi się, że jestem za dobra dla mojego faceta. A właściwie dzisiaj sobie to uświadomiłam, bo moje poświęcenie chyba dochodzi do granic absurdu. Czuję się doceniana, dostaję cały czas kwiaty prezenty i zapewnienia o miłości, ręce mi całuje nawet przy kolegach, dzwoni ciągle jak jest w pracy. Rzucilam medycynę dla naszego związku. Mieszkamy razem tylko w weekendy, ale codziennie mu sprzątam, robię masaż pleców i przepraszam, jeśli nie mam ochoty na seks oralny. Ostatnio nawet pomyślałam, że nie jestem jego ideałem z wyglądu i może lepiej jak go zostawię.I do cholery bardzo mnie to co robię cieszy. Żałosne, prawda?
On mieszka z rodzicami, mama codziennie robi mu pranie i podaje śniadanie, wszyscy uważają to za normalność. Ma może 23 lata, ale pracuje już w korporacji na poważnym stanowisku i chyba powinien trochę zachowywać się samodzielnie. Rozmawialiśmy o tym, że skoro planujemy zaręczyny i mamy poważne plany to ja chce wiedzieć, że on potrafi żyć bez rodziców. A on przyznał,że nie jest gotowy na zaręczyny, musi o tym pogadać z mamą...poza tym pojawił się znowu w jego głowie nasz najpoważniejszy problem- patrzenie i podziwianie innych pięknych kobiet,przy mnie tego nie robi, ale uważa, że ma z tym problem.Kiedyś podchodził do kobiet przedmiotowo, kobieta była dla niego tylko pięknym dodatkiem. Zawsze mówi, że to ja jestem prawdziwą kobietą i pokazalam mu co to miłość. Mnie to oczywiście skłania do kompleksów, czuję się wtedy kobietą gorszej kategorii, bo do modelki mi daleko. Nie jestem słabą kobietą, chociaż moje czyny może są z tym sprzeczne, ale oboje wiemy, że to ja trzymam główny ster naszego związku.
Cały czas słyszę, że jestem bardzo dobrą kobietą, najlepszą. Tylko zastanawiam się czy to już nie przeradza się w "dobrowolne niewolnictwo" i wychowuję sobie pasożyta, lenia i egoistę.
Czy uważacie, że powinnam się zmienić?