Czuję się jakby przejechał po mnie czołg. Przytloczona tym co się dzieje, a jednocześnie wyprana z uczuć z wykorzystaniem opcji kosmicznego wirowania.
Mam do niego tak ogromny żal, że nie wylewa się aż uszami. Żal o to, że mimo moich ogromnych starań i poświęceń, gdy potrzebował mojej pomocy, po czasie usłyszałam że pomógł mu kolega a ja nie zrobiłam nigdy dla niego nic. To było jak polieczek.
Żal o to, że oszukiwał mnie, według niego w błachostach, ale stracił przez to całe moje zaufanie. Mam żal o to, że daje mi powody do zazdrości. Że ciągle jest tak jak chce on, bo tylko wtedy jest dobrze. Żal o to, że jest po prostu glupi, że nawet gdy powiem mu o tym co mnie boli i co chciałabym zmienić, to twierdzi, ze nie rozumie i nie widzi żadnego problemu.
Czuje się jak przedmiot, który bierze gdy mu się nudzi.
Nie jestem idealna. Bywam zaborcza i zazdrosna, ale dzieje się tak dlatego, że zbyt wiele razy zawiódł moje zaufanie i dawał ku temu powody. Jestem kłótliwa, żeby nie powiedzieć, ze agresywna, ale skoro próby rozmowy spokojnej nie dają nic to w końcu nerwy puszczają.
Ale nie byłabym taka, gdyby wszystko było w porządku.
Pragnę jedynie poczucia, że jestem kochana, poczucia bezpieczeństwa przy mężczyźnie, stabilności i totalnej szczerości.
Targają mną wielkie emocje... z jednej strony chcę się uwolnić, żyć tak jak ja pragnę, czasem chce zeby po prostu zniknął... a zdrugiej strony tęsknię gdy go nie ma, kocham go, choć nie tak jak kiedyś...
Co mnie powstrzymuje ? Przywiązanie ? Przyzwyczajenie ? Wspólne jakieś tam sprawy ? Gigantyczny lęk przed samotnością ?
Wszystko na raz.
Od dziś zaczynam powolną walkę, żeby uwierzyć w siebie i nabrać siły aby z podniesionym czołem powiedzieć "bye".