Dwa lata temu poznałam na czacie chłopaka. Pisaliśmy ze sobą bardzo długo, kilka miesięcy, tylko na stopie koleżeńskiej, bo on wiedział, że spotykałam się wtedy z kimś innym. Byłam dziewczyną bardzo zakompleksioną i w dodatku nie miałam nikogo, byłam sama na świecie (tylko matkę, która praktycznie nie pamiętała o mnie) Z tamtym chłopakiem byłam tylko dlatego, żeby udowodnić sobie, że ktoś może mnie chcieć, że komuś może na mnie zależeć (wiem, że to było idiotyczne i egoistyczne). Jednak M. był strasznie denerwujący, ciągle robił coś nie tak, był dziecinny, nie czułam się przy nim bezpieczna, a tak bardzo tego potrzebowałam, w końcu nie wytrzymałam i rozstałam się z nim.
W tym momencie nastąpił przełom. Jakoś samo tak wyszło, że S. z którym tak długo pisałam, zaczęło interesować coś więcej niż zwykła internetowa znajomość. On był przystojny i miał świetny charakter, miał 22 lata i nigdy nie miał dziewczyny, miał swoje zasady, jedna miłość na całe życie, wierność, szczerość...To niesamowite, ale na prawdę taki był. Zdążyłam poznać go wystarczająco, żeby wiedzieć, że to prawda, że spotkało mnie takie szczęście i poznałam tego wymarzonego i jedynego Księcia. Pisaliśmy ze sobą codziennie, planowaliśmy spotkanie.
W końcu spotkaliśmy się. Spotkanie było jak z bajki. Usłyszałam z jego ust, że mnie kocha. Odpowiedziałam tym samym, chociaż... nie kochałam go. Jednak liczyłam, że coś się zmieni. Potrzebowałam kogoś takiego jak on, kto by się mną zaopiekował. Nigdy nie zapomnę tamtego spotkania. Od tego czasu jeździł do mnie bardzo często (dzieliło Nas jakieś 80 km). Ciągle dawał mi dowody uczucia. Codziennie pisał dla mnie wiersze, mówił, jak bardzo kocha. Byłam szczęśliwa. Jednak nie potrafiłam kochać. Wydaje mi się, że się bałam. Nie wierzyłam, że ktoś taki jak On mógłby mnie kochać. W tamtym czasie miałam wiele problemów o których nie miałam z kim porozmawiać. Jemu w końcu mogłam się wygadać. A On wspierał mnie, mówił, że zawsze będzie przy mnie. Chyba przez to, że nie potrafiłam mu zaufać przez swoje kompleksy, zaczęłam to wszystko niszczyć. Potrafiłam umówić się z Nim, a niedługo przed spotkaniem, patrząc w lustro, stwierdzić, że jestem taka szpetna i obrzydliwa i że nie mogę mu się pokazać, i odwoływałam spotkanie. Robiłam to ciągle. Nie mówiłam mu, czemu, wymyślałam setki wymówek. Nie chciałam się z nim spotykać, czułam, że nie zasługuję na niego. Jednak on ciągle kochał, ciągle zapewniał mnie o tym i mówił, że dla niego jestem najpiękniejsza na świecie. Chciał, żebym przyjechała do niego do domu, poznać jego rodziców, jednak nigdy nie chciałam tego zrobić - bo nie chciałam, żeby zobaczyli, jaką ma szpetną dziewczynę. Próbowałam go sprawdzać. Mówiłam mu, że idę na imprezę i wyłączałam telefon. Albo odwoływałam spotkanie z nim a potem mówiłam mu, że spotkałam się z jakimś kolegą albo, co gorsza, z moim byłym. On mi to wszystko wybaczał! Teraz nawet nie rozumiem, po co to robiłam. Czy tylko dlatego, żeby móc uwierzyć w jego miłość?
Poszłam na studia, wynajęłam mieszkanie. Wtedy już byłam w nim zakochana. Spotykaliśmy się w każdy weekend - on przyjeżdżał do mnie na 2-3 dni. Jednak było coś nie tak. Nie potrafiłam okazywać mu, że go kocham. On zawsze chętny na wszystko, zawsze szczęśliwy, że do mnie jedzie, a ja byłam taką marudą, mówiłam mu, że się przy nim nudzę, że zamiast być z nim to powinnam teraz zajmować się czymś innym, bo rzeczywiście moje studia wymagały poświęcania sporej ilości czasu na robienie różnych prac i projektów. On to znosił, do czasu. Minął prawie rok odkąd spotkaliśmy się po raz pierwszy. Zaczął rzadziej pisać mi, że mnie kocha, często był zajęty. Miałam mu to za złe. Miałam wrażenie, że męczy go ten związek. Jednak teraz było inaczej - kochałam go. Chciałam sprawdzić, czy jeszcze mu na mnie zależy, chciałam żebyśmy zrobili sobie przerwę, jednak on nie chciał. Zrobiłam coś głupiego. Powiedziałam mu, że go zdradziłam, chociaż nie zrobiłam tego. Prawie miesiąc pisaliśmy tylko na gg. On mimo, że myślał, że zrobiłam coś takiego, cały czas ze mną rozmawiał, chociaż mówił, że chyba nie potrafiłby mi wybaczyć. Potrzebowałam tego czasu, żeby zrozumieć, że kocham go nad życie i nic nie jest ważniejsze od niego. On był taki wspaniały. Zaczęłam żałować, że cały czas tak go traktowałam. Usprawiedliwiałam siebie, że przecież byłam całkiem sama na świecie, że nikomu nigdy na mnie nie zależało. Pierwszy raz pojechałam do niego i wyznałam mu prawdę, przeprosiłam, a on - przyjął mnie z otwartymi ramionami! Wybaczył mi, chociaż nie rozumiem, jak mógł. Był taki wspaniały! Starałam się zmienić swoje zachowanie, jednak to nie było takie proste. Dalej uważałam, że jestem szpetna i chociaż ciągle za nim tęskniłam, to nie chciałam się spotykać, to siedziało tak głęboko w mojej głowie. Chociaż tak długo byliśmy razem, to dalej nie wierzyłam, że mogę mu się podobać.
I zaczęło się psuć. Teraz jemu przestało zależeć. Długo było tak, że przez tydzień było dobrze, a potem on o pierdołę robił awanturę i następne kilka dni kłótni. Robiłam, co mogłam, tak mi się przynajmniej wydawało, ale dalej popełniałam te same błędy. W tej chwili on nie chce się spotykać. Mówi, że nie kocha, że mu nie zależy, że to nie moja wina tylko on się zmienił, otwarcie mówi że ma zamiar poznać inną i żebym sobie znalazła innego, chociaż nie zerwał ze mną, ale mówi, że już nie będzie umiał mnie kochać, nie chce się spotkać.
A ja tylko siedzę i ryczę. Kocham go nad życie. Zdałam sobie sprawę, że był dla mnie wszystkim. Nikt tak o mnie nie dbał. Zastępował mi rodzinę i przyjaciół. Bez niego jestem niczym. Oddałabym wszystko, żeby cofnąć czas, wrócić do pierwszego spotkania i od początku kochać go tak, jak na to zasłużył. Wydaje mi się, że powinnam dać mu spokój, żeby trochę ode mnie odpoczął i ochłonął, jednak nie potrafię, ciągle piszę i dzwonię, ledwo powstrzymuję się, żeby nie pojechać do niego, ale boję się, jakby zareagował. Jestem największą idiotką na świecie i nie wiem co mam zrobić.