Nawiazujac do End_Aluzji milosc w przypadku zdady wymaga stanowczosci, zelaznej stanowczosci. Tu nie ma miejsca na ustepstwa w stylu "chcialabym, bo jesli..."
A tutaj powolujac sie na cytat amerykanskiego pastora Marka Gungora*, ze "kobieta jest wielozadaniowcem i ma pod bujna czuprynka magistrale polaczen a My faceci jestesmy jednozadaniowcy ze sterta pudelek... tez pod czuprynka" i choc milosc mozna okazywac na wiele sposobow, to jednak slowa sa najczesciej odzwierciedleniem stanu duszy**.
Wiec gdy rozjezdzaja sie wizje spojnosci zwiazku poprzez braki tego znaczacego czynnika trwalosci zwiazku jakim jest nie tylko seks, to moze trzeba partnera wziąć za "wszarz" usadzić i zacząć rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Nie pozwolić sobie wyjść, można się złościć, krzyczeć, płakać, ale rozmawiać bez owijania w bawelne - nie mylic z posciela. Niech to nie będzie - na poczatek - godzinna rozmowa przy butelce wina lub bardziej wyskokowych trunkach... po co od razu skakac na boki i utrudniac wyjscie partnerowi z domowych pieleszy, poprzez rozrastajace sie poroze.
Niech trwa ona calymi dniami, miesiacami a nawet latami, bo jakos to trzeba na wzor zakonczenia jak w seksmisji zbudować od podstaw. Potrzeba nawet ta wyzszego rzedu zaspokojenia potrzeb jest w koncu matka wynalazku. Po cos bylo w koncu rozdawane przez tego siwego Pana u gory stosowne "oprogramowanie" do tego czterordzeniowego procesora, ktory kazdy z Nas nosi pod czuprynka, zwane nie inaczej jak wlasnie rozmowa.
Słabe jest to, że człowiek dopiero po fakcie zdaje sobie czasem sprawę, jak bardzo źle zrobił. Jak bardzo kocha. Jak bardzo potrzebuje. Jak bardzo żałuje. Jak bardzo chce naprawić. Jak bardzo, jak bardzo, jak bardzo...Jak bardzo - jakkolwiek to głupio nie zabrzmi - zakochuje się na nowo...
Nie bez kozery mowi sie przeciez, ze zdradzajacy wymienia mercedesa na malucha (taka metafora), bo dopiero po "tym" fakcie otwieraja mu sie szeroko oczy, ze jest dokladnie odwrotnie. Jest ta fascynacja, motylki i cala reszta "wisienki na torcie" bedaca niczym innym jak fikcja gdy przyjdzie szara codziennosc i rozowe okulary spadna z loskotem na ziemie. I odnoszac sie tu do zdradzonych kobiet, uwazam - zreszta nie tylko ja - ze w piekle nie ma wiekszej nienawisci niz w sercu zdradzonej kobiety.
Obym sie chlopie mylil ale raczej ten ktos trzeci jest bardziej "imprezowy i rozrywkowy" niz Ty.
Zona jak widac lepiej wie niz medrca szkielko i oko, co dla niej jest lepsze i wlasciwsze.
"nie pasujemy do siebie", "musze to sobe przemyslec" i etc... standard niemalze ksiazkowy. Daj Jej teraz przestrzeń, odsuń się w cień i zajmij się sobą.
W żadnym razie nie proś o powrót, nie zmuszaj Jej do rozmów, nie wyznaczaj czasu na zmiany. Odsuń się, stań się trochę nieosiągalny, tajemniczy, niezależny. OBSERWUJ Z DYSTANSEM a nade wszystko nie daj się prowokować, bo mimo tego, że być może też i Ona była nie w porządku, to teraz bardzo potrzebuje argumentów, że dobrze robi, "bo Ty taki piiiiii i bezrobotny byłeś".
Z wyczuciem prowadź rozmowy. I nie pozwól sie wpędzać w poczucie winy, bo gdy tylko zaczniesz przepraszać, starać sie byc lepszym to tak, jakbyś potwierdzał, ze było miedzy Wami źle.Na takie zachowania będzie czas dopiero po Jej powrocie do związku.
Zdrada to podstępne zabójstwo partnera bez sądu, wyroku i prawa do obrony.
Lub inaczej- jest jak podanie polonu Litwinience w herbatce- zabija powoli i wszyscy wiedzą. że nie ma ratunku - śmierć i tak nastąpi. To tylko kwestia czasu
Zdaję sobie doskonale sprawę, że nie jest Tobie się łatwo pogodzić z tym co się stało, że ciężko jest "start your life all over again"- ale trzeba się z tym pogodzić.
Będzie cholernie trudno, ale uwierz mi, to jest możliwe.
"Nie rób priorytetu z kogoś, dla kogo jesteś tylko opcją, czasem jedną z wielu."
Bo musisz przewartościować całe dotychczasowe swoje życie, cały swój świat wartości.
Musisz przebudować tak, aby zniknęło słowo "MY" jako partner - partnerka... rodzina.
Słowo "MY" zniknęło w momencie zdrady i to bezpowrotnie.
Już nie żyjesz dla niej, a ona dla Ciebie, przestaliście być jednością, rodziną, mającą wspólne plany i wspólny świat wartości. Ona wyznaje teraz INNY!!!
Od tego momentu zostało słowo "JA" i tylko ono już się liczy-
Ja- to znaczy mam poczucie swojej wartości,
Ja- to znaczy szacunek do siebie,
Ja- to znaczy jestem dumnym facetem, zasługującym na szacunek innych,
Ja- to znaczy, że liczą się tylko moje potrzeby,
Ja- to znaczy że najważniejszymi dla Ciebie osobami jesteś Ty sam.
Ja oznacza również, że partner/ka jest zupełnie dla mnie osobą, która w moim życiu okazała się może i przykrym, lecz tylko maleńkim epizodem.
Postawiliście nowy dom pt zwiazek - ale na piasku, nie skale. Na bardzo kruchym fundamencie. Widocznie postawił go kiepski budowniczy i nie o Tobie tutaj mowa.
Czy warto ryzykować mieszkanie w nia, wiedząc że w każdej chwili może runąć?
Jak się człowiek dowiaduje co zrobiła najbliższa "niby" osoba to chce się zniknąć.
Walnąć gdzieś w koncie i wyć. Nie je się, nie śpi, czepia się wszystkiego co tylko daje jakąś namiastkę normalności związku. Nie zdając sobie sprawy, że to uczucie właśnie i emocje kierują nami w tej chwili. Często poniża się do granic możliwości. I nie ma innej wersji jak to przeczekać.
Zdanie, które mocno trzeba sobie zapisać w pamięci brzmi: o miłość się nie błaga... !
No niestety, bardzo znikoma ilość ludzi wierzy i stosuje się do rad napisanych na portalu.
Większość mając świadomość, do czego to może doprowadzić i tak podąża swoją ścieżką.
Po prostu do pewnych decyzji musimy dojrzeć a nasza wiara jest przeogromna.
Popełniamy mnóstwo dziwacznych błędów.
Rozum krzyczy jednak NIE ale serce i tak ściska.
Dopiero po pewnym czasie, kiedy stajemy się cieniem samego siebie, wypruci z emocji, dociera do nas prawdziwy obraz tego, co się stało. Dobrze kiedy będzie to parę miesięcy i jest jeszcze odrobina siły i silnej woli aby odejść, gorzej kiedy przyzwyczajamy się do sytuacji, pogrążamy się coraz bardziej i trwa to latami. Wtedy zmiany w naszej psychice zachodzą na tyle ogromne, że jest później mało realna szansa na normalne życie.
Bo 90 procent ludzi i tak chce pożywić się jeszcze tą odrobiną nadziei. Nigdy nie wiem co jest gorsze, czy przebywanie z taką osobą, czy życie w niewiedzy i kołaczących się myśli, co teraz moja "ukochana/y" robi. Ale jedno jest pewne- trzeba wszelkimi sposobami się starać oddzielić serce od rozumu. Porównywać, co mówi a co robi Twój partner/ka.
Pewnie zdarzyło się Wam nieraz, że tłumaczyliście ją/jego wybielałeś, myślałeś, że jest inna/y,
bo obojętnie co się stało, to wiąże was przecież jeszcze miłość. A tak naprawdę podświadomie wiedziałaś/eś, że to jest czysty absurd, bo to co robi nie pokrywa się w faktach.
Jednak serce, ta odrobina nadziei wmawiają nam że jest inaczej. Po prostu chcemy w to wierzyć że jest inaczej, więc oszukujemy samych siebie. To, że Twój związek to fikcja i nic z tego nie będzie to fakt oczywisty. ci co twierdzą inaczej, są niepoprawnymi optymistami albo masochistami.
Więc albo pogodzisz się z tym, co się stało, będziesz żył w układzie na zasadzie każdy sobie rzepkę skrobie i układasz sobie życie równolegle z kimś innym,
bo łączą was rybki, dom, wspólna firma itp.
albo odchodzisz i układasz sobie życie z dala od niej.
Innej alternatywy nie ma... niestety.
3maj się. I przemyśl wszystko to co Tobie napisałem, na chłodno, bez emocji.
Bo gdy włączają się emocje - wyłącza się myślenie.