Witam,znalazłam dziś to forum... Poczytałam trochę i uznałam, że może tu znajdę trochę wsparcia. W każdym razie bardzo proszę.
Temat nie będzie oryginalny, pewnie istnieje mnóstwo podobnych.
Od początku: byłam (?) przez rok z facetem. Było cudownie, czułam się przy nim świetnie i on przy mnie też. Dogadywaliśmy się. Ale... oboje jesteśmy dosyć uparci i kłóciliśmy się od czasu do czasu. Czasami o jakieś głupoty, czasem o coś poważniejszego. Ale zawsze było potem dobrze, umieliśmy się dogadać i starać się. Ja na przykład nauczyłam się kontrolować swoją (nazwijmy to po imieniu) niewyparzoną gębę. Ale niestety, nie zawsze... Dwa dni temu palnęłam coś takiego, co go bardzo zraniło (choć nie miałam takiego zamiaru! Odgryzłabym sobie język w tamtej chwili, gdybym mogła!) i powiedział, że to koniec. Że ma dosyć. Przepraszałam, tłumaczyłam się, że nie chciałam, nie o to mi chodziło... na nic to. Następnego dnia poszłam oddać rzeczy i rozmawialiśmy na spokojnie. Był płacz (z obu stron), przytulanie, ale zdania nie zmienił. Powiedział, że na chwilę obecną(!) nie ma siły. Dalej mnie kocha, ale ma do mnie żal. Podkreślił wielokrotnie, że nie wie, co przyniesie przyszłość, że nie skreśla mnie ze swojego życia, będę zawsze mile widziana podobno... i że póki co potrzebuje czasu. Dogadaliśmy się jeszcze, że jakby którekolwiek z nas doszło do jakichś wniosków, to powiemy sobie o tym. I być może zobaczymy się w weekend. Cóż, próbowałam wczoraj coś pisać, nawet odpisał, ale z propozycji pogadania na skype nie skorzystał... Dziś już nie zamierzam się odzywać.
Kurczę, jak mam mu pokazać, że jestem w stanie się zmienić? Że dla niego jestem gotowa starać się jeszcze bardziej? Bo osobiście uważam, że dałoby radę to odbudować... zacząć na nowo... Nie chcę go tracić. Miał ktoś taką sytuację? Jak to się skończyło?