Szczerze mówiąc nie jestem w stanie już za bardzo czytać kolejnych historii. Dlaczego? Bo tu wracam bo bylam tu 3 lata temu, gdy rozpadło mi się małżeństwo. Dwa gdy wyszłam z krótkiego, ale burzliwego i bardzo toksycznego związku. I teraz, gdy jestem na drugim końcu Europy z workiem marzeń o zrobieniu tylu rzeczy, których zrobic nie jestem w stanie, bo relacja w której ja jestem a on nie od ponad roku nie wykańcza. By z niej wyjść będę musiała najprawdopodobniej wrócić, bo nie daję rady. , nie mam wsparcia., a do tego siły by zrealizować którykolwiek z planów.
Nie mogę spać. Zasypiam z marzeniem, że rano obudzę się spokojniejsza a budzi mnie gigantyczny strach i jestem cała we łzach.
Trudno się czyta, bo żaden post nie oddaje bólu jego autora, który jest wielki i niepowtarzalny.
Wiem, że wszystko mija. Ale wbrew pozorom kolejny zawód wzmaga ból (a przecież kiedyś nim wyszłam za mąż tez przeżyłam ważne). Bo człowiek traci zupełnie nadzieje, za każdym razem jest jej mniej, wzmaga się strach przed kolejną porażką.
Tego mam wrażenie już nie wytrzymać, szczególnie że zamyka on mnóstwo innych koich nadzieji, które pozwalały mi żyć i się cieszyć ostanie 10 miesięcy. Byłam taka szczęśliwa - nie z miłości, kurs co chwilę dawała mi w kość, ale z tego co chciałam zrobić, , nauczyć się, zmieniajac kraj.
Nie chcę wracać. W Pl widzę czarną plamę - pracę, która pochłonęła moje życie osobiste, przyjaciół których dzieci płaczą, gdy ich potrzebujesz, długie weekendy, na które z braku planów bierzesz do domu pracę i wszystko szare.
Tu jeszcze jest nadzieja - jakieś kolory, że coś znajdę, że się cos ruszy, zmieni. Ale jest też paraliż i on. On którego zostawiam i ciągle wraca. Związek, z którego jest zbyt słaba by wyjść, nie mam oparcia w tu w nikim i też w niczym (pracuje zdalnie w pl). Bez wyjścia z niego nie rusze tu-walczę, ale nie umiem. Wyjść z niego tu też nie umiem. Błędne koło.
I ból.