Witam. Nie wiem od czego zacząć... mam 21 lat. Właśnie na dobre rozpadł się mój 2,5 letni związek. Cóż... jestem załamana. Nie wiem co mam robić, bo ciągle go kocham. Na samym początku związku miałam wszystko czego mogłam chcieć. Miałam zaufanie, lojalność, miłość. Zaimponował mi swoją pewnością siebie i tym, że był aż za bardzo ułożony jak na 19 lat. Dał mi wszystko, ja niestety nie potrafiłam być taka jak ode mnie oczekiwał. Być może za bardzo go idealizuje teraz. Niestety nie tworzyliśmy harmonijnego związku. Ja jestem kłótliwa, czepialska. Zawiodłam już na samym początku jego zaufanie. Pojechałam z rodzicami na wakacje, gdzie poznałyśmy z siostrą jakiegoś chłopaka. Dałam się namówić na wycieczki w trójkę i spotkania. Wszystko to odwróciło się przeciwko mnie. Podczas tych dwutygodniowych wakacji mało się do niego odzywałam, praktycznie w ogóle. Gdy wróciłam zrozumiał ale nastąpiła katastrofa. Dałam temu chłopakowi swojego maila, nie wiem po co. Nie wiem też co on sobie wyobrażał bo napisał do mnie na jednym z portali, że mnie kocha i tęskni i takie tam.Nic mnie z tym chłopakiem nie łączyło, nic. Nie całowałam się z nim nawet, nie podobał mi sie, zero. Niestety, mój M. to zobaczył i ręce mi opadły. Starałam mu się to wytłumaczyć jak tylko mogłam, było dobrze między nami ale straciłam jego zaufanie. On starał się o wszystkim zapomnieć, ale to nie było łatwe.
Później był dla mnie dobry, czułam się kochana. Jednak nie dawała mi spokoju myśl, że jest ze mna na pocieszenie. Drażniło mnie to, że napisał do mnie tydzień później po rozstaniu ze swoją dziewczyną. Bałam się, że ze mną jest na pocieszenie i że ze mną bedzie to samo.
To był mój drugi poważny związek, z poprzedniego wyniosłam złe nawyki. Mianowicie zdarzyło się parę bezsensownych kłamstw. Totalnych bzdur o które później były pretensje. Przepraszanie itd. Ja swoje przecierpiałam bo musiałam wysłuchiwać później podejrzeń, że kogos mam na boku, że pisze z kimś innym. Czasami miałam tego dość, ale starałam się nie dawać mu powodów do zazdrości i nie dawałam.
Niestety, czasami sama siebie nie rozumiem. Wiele razy się obrażałam, chodziłam zła, przygnębiona, smutna. Wiele razy robiłam awanture o nic. Ciągle siedzieliśmy w domu, kłóciliśmy się o byle co.
W sylwestra zamiast cieszyć się, płakałam bo coś mi się ubzdurało o jego byłej... jestem nienormalna.
Po tym wszystko zaczęło się sypać. Ja zrozumiałam, w czym tkwi błąd, ale on już był zupełnie obojętny. Nigdy nie mogliśmy normalnie porozmawiać bo to człowiek, który ciężko okazuje swoje uczucia i emocje. NIe mówi niczego wprost, tylko okrężnymi ruchami dąży do celu. Boli go krytyka i przyznawanie komuś racji.
Ja natomiast nie wiem czego wtedy chciałam, niby miałam jego ale ciąlge było coś nie tak. Jednak gdy się opamiętałam było już za późno, bo zaczęły się rozstania i powroty. Wiele razy powiedzieliśmy sobie że to koniec. Problem w tym, że ja czekałam aż on wróci. On dumny nie odzywał się do mnie. Później przepraszałam, prosiłam żeby wrócił. Byle kłótnia kończyła się zrywaniem albo z mojej stony albo z jego. W końcu zaczął się starać. To było w czerwcu 2012 roku. Zaczął dzwonić, troszczyć się itd. Po paru dniach odebrałam wiadomość od dziewczyny, która twierdziła że spotykała się z nim. To było podczas naszych rozstań. Poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie z całej siły w twarz, tak mocno, że aż mi zadzwoniło w głowie. Taki szok. To był szok, bo myślałam, że on świata poza mną nie widzi. Uznał, że miał do tego prawo, bo się nim nie interesowałam. Ja owszem kłóciałam się z nim, oboje tacy byliśmy, ale nie przypuszczałam, że tak postąpi. Okłamał mnie.
Jednak kochałam go z całego serca i postanowiliśmy, że będziemy razem. Postanowiłam mu wybaczyć, ale nie mogłam sobie z tym poradzić bo on miał być tylko mój. Zawiódł mnie na całej lini. Kłótnie trwały nadal, wypominanie, moje płacze i histerie. Inaczej nie potrafiłam z nim rozmawiać. Wspólne wakacje nawet się nie udały. Wszystko zmierzało ku końcowi. Wiele razy padły złe słowa. Po wakacjach od września było już z górki. Każde moje przwinienie tj. pretensje, kłótnie kończyły się końcem związku z jego strony. Nawet przeprosiny nie pomagały. nie wiem czy ja mogę nazwać to kłótnią, bo jeśli cokolwiek robiłam nie po jego myśli, albo coś mi nie odpowiadało to on odbierał to jako pretensje. Nie potrafiłam się totalnie podporządkować. Po prostu bywał u mnie w domu, czasem sie starał, mówił ze kocha. Było dobrze, ale przez czas w którym nie miałam pretensji, żadnych. Czasami odposiłam wrażenie, że nie mogę się smucić i muszę robić zawsze dobrą minę. Dwa tygodnie proszenia by został, dawał mi szanse chyba ze cztery razy. To były ostateczne szanse, mówił, że chciał spokoju. Cieszyłam się, myślałam, że tym razem nam się ułoży, że dam radę nie kłócić się i nie robić fochów. Niestety, zaczął mówić, że nie jestem nic warta itd... ja nie mogłam tego zrozumieć. Niby chciał przeprosić, ale później powiedział że miał taki kaprys, ja się zdenerwowałam. To nie bez przyczyny wszystko, bo powiedziałam mu że nic nie jest tak samo.
Jak to piszę, to widzę tą paranoję.
Odpowiedział, że jeśli mi nie pasuje to mam odejść ale ja nie chciałam wcale odchodzić. Powiedziałam mu o tym, mieliśmy iść na sylwestra razem. Kazał mi zorganizować sylwestra, mieliśmy iść z moją kuzynką na bal sylwestrowy. Powiedziałam, że pójdziemy. Zgodził się. Następnie powiedział że nie ma o czym ze mną rozmawiać i że nie wie czy pójdzie. Ja oczywiście dumna, pewna siebie zaczęłam coś wymyślać. Później powiedział, że pójdzie, że nie pójdzie i tak w kółko. Szkoda gadać.
Pomyślałam, co się będziemy kłócić. Zadzwoniłam do niego i przeprosiłam, powiedziałam żebyśmy się nie kłócili a on że nie. Nie widzi możliwości porozumienia się. Nalegałam, niestety opuścił mnie na świetą. To były najgorsze święta Bożego Narodzenia w moim życiu. Błagałam go, prosiłam, płakałam, ale on że nie. Powiedział, że nie ma o czym ze mna rozmawiać. Że dał mi za dużo szans. Na sylwestra nie poszliśmy, oboje siedzieliśmy w domu. Ja do tej pory nie mogę się otrząsnąć. Rozmawiałam z nim parę razy przez telefon, był miły dla mnie, tak mój. No ale to sie skończyło. Bo jak to on mówi ,,dać Ci palec, to weźmiesz cała rękę". Wydzwaniałam do niego, prosiła, pisałam smsy, maile. Niestety on powiedział, że to koniec na zawsze.
Wiem, jak to wygląda z boku. Brakuje mi jego dotyku, rozmowy, spotkań. Nie mogę spać w nocy, nie mogę myśleć o studiach, o nauce, o niczym. Boję się, że straciłam go na zawsze. Modlę się, żeby wrócił. Bo mimo tego, że czasem byliśmy jak ogień i woda oddałam mu całe moje serce. NIgdy go nie zdradziłam, nie kłamałam, dopasowałam się do niego. Wydaje mi się, że już było za późno. Obwiniam sama siebie za to wszystko. Mój dzień zaczynał się od jego telefonu i kończył na nim. Był moim przyjacielem, moim kochanym chłopakiem. Kłóciliśmy się, ale myślałam, że on kocha mnie tak jak ja jego. On mówi, że nie mam problemów, że jestem słaba, że moja miłość go już nie interesuje. Nie wiem, zrobiłabym wszystko dla niego, ale jest już za późno.
Obecnie w ogole nie chce mnie chyba znać. Nie wiem co się z nim dzieje. On wie, że ja bardzo cierpie, ale mówi że sobie kogoś znajde. Tylko nie rozumie, że ja chce jego. Serce mi pęknie jak zobaczę go z inną, tego boje się najbardziej. W porównaniu do tego co było ze mną w święta trzymam się jakoś. Właśnie ,,jakoś" ![]()
Zaczęłam chodzić do kościoła. Wiele razy się modliłam o naszą miłość i zostałam wysłuchana. Jednak później odwróciłam się od Pana Boga i może to jest przyczyna. Skoro ja odwróciłam się od Pana Boga, to moja miłość ode mnie odeszła, znowu zaczęło się psuć. Tym razem już się nie uda. To może wydawać się śmieszne, ale w modlitwie moja jedyna nadzieja.
On uznał, że do siebie nie pasujemy, że już nie ma jego uczucia. Ja nadal kocham, całym sercem.
Musze odpuścić, ale mam nadzieję, że on wróci do mnie. To co piszę uważam za nienormalne. Chyba nie ma po co do mnie wracać skoro tyle razy go zawiodłam. Muszę zaznaczyć, że nie ułatwiał mi tego. Też ma silny charakterek, ale gdzieś jest granica. Tak jakby role się odwróciły. On o byle co się obrażał i odchodził, aż odszedł na zawsze. Mówi, że jestem żałosna i sądzę , że chyba nie chce mnie już znać. Gdy mówie o nas, mówi, że już ze sobą nie będziemy i że mam mu dać spokój bo już go nie interesuje.
Ja chciałabym do niego wrócić, nikt tego nie rozumie. Z nim mogłam porozmawiać o wszystkim, kochałam go takim jakim był. Dla mnie był idealny. Denerwował mnie czasem, ale tż były wspaniałe dla mnie chwile. Mogło być pięknie. Gdybym nie pojechała na te wakacje, gdybym nie stroila fochów i nie udawała księżniczki. Jednak obudziłam się za późno. Zaprzepaściłam wszystkie szanse i moja miłość odeszła. Wiem, że to nie jest tylko i wyłącznie moja wina. Już chyba próbowałam wszystkiego. W końcu udało mi się z nim porozmawiać, ale ja nie potrafię się nim nie interesować, nie potrafie być jego koleżanką. On się tylko złości... mija już miesiąc.
Z jednej strony wcale mu się nie dziwie, żałuję swego posunięcia. Żałuję, że uniosłam się wiele razy dumą. Każde wyjście z domu jest dla mnie katorgą, nic mi to nie pomaga. Boję się tego co będzie. Nie mogę spać w nocy. To jest obłęd. Nie mogę uwierzyć, że on mnie już tak po prostu nie kocha. Moja miłość do niego się nie zmieniła. Zmieniłabym się dla niego, zrobiłabym wszystko. Oddałabym życie. Nie mogę zrozumieć. Nie potrafię pojąć. Gdybam, co by było gdybym tego nie powiedziała, tego nie zrobiła. Zabiłam jego miłość, mimo że mówiłam jedno to robiłam drugie. Zabiłam naszą miłość...
Co mam robić? Proszę, pomóżcie ... nie potrafię zapomnieć. Tak bardzo chciałabym, żeby wrócił. Chciałabym być dla niego idealna, nigdy nie potrafiłam. Serce mi pęka...