Witam, sam nie wiem czemu sie tutaj zarejestrowałem i czemu piszę, chyba już sam straciłem nadzieję... Może kobiece spojrzenie na sytuację coś mi podpowie... jak do tej pory nie ma osoby z którą mógłbym pogadać na ten temat oprócz kumpli którzy niespecjalnie mogą spojrzec obiektywnie...
więc tak, mam 26 lat, byłem z dziewczyną 4,5 roku, ona ma teraz 21 lat, byłem jej pierwszym poważnym chłopakiem. Poznałem ją po roku odkąd rozstałem sie z dziewczyną po 3 latach, dziewczyną ktorą kochałem ale ktora odeszła do innego, pewnie dlatego ze nie dostała tego czego potrzebowała w zwiazku.
Moja obecna, hmm "ex" nie była klinem, była osobą ktorą poznałem po poważnym wypadku samochodowym.
Pokochałem ją bardzo mocno i od początku była dla mnie całym światem. Problem w tym ze nigdy jej tego nie pokazałem, zacząłem się angażować na samym początku zwiazku, potem ona miala kilka problemów i zaczeła zamykac sie w sobie, nie z mojej winy, sama to mowiła, po prostu nie wiedziaął co to znaczy byc z kimś. przez jakieś 3,5 roku próbowałem ją uczyć tego co to miłość, jakie niesie za sobą zachowania, co mozna od związku oczekiwać, sam myslałem ze jej to daje ale okazało sie ze nie...
przez ten czas nie układało sie miedzy nami, było źle, nigdy nie mogłem sie z nią dogadac ws sprawie jej kontaktów z rodziną, z jej decyzjami, nigdy nie moglismy na wakacje pojechac razem bo ona nie mogła itp, potem gdy juz była na studiach w innym miescie (60km dalej) zaczely sie kłamstwa, imprezy, flirt z kolegą. Ja powoli sie o tym dowiadywałem raz chciałem od niej odejść, raz musiałem po nią jechać i ratować bo przesadziła na imprezie... ogolnie bledy młodośći... wszystko to jej wybaczyłem, moze nie zapomniałem ale chciałem wybaczyc bo ją kocham i ja to wiem. w poprzednim roku (2012) zaczelismy oboje rozmawiać na temat naszego zwiazku, ze musimy cos zrobić, ze za bardzo sie nie układa, ja zawsze miałem duzo do powiedzenie nt. jej błedów ona nt. moich nie bardzo... sama nawet wypłakała sie kumplowi ze boi sie ze ją zostawię bo ona cały czas jest zła dla mnie...
czasem było lepiej, czasem gorzej ale bywały okresy kiedy naprawde czulismy ze to jest to, ze naprawde sie kochamy, nasze starania przynosiły maleńki ale zawsze efekt...
wtedy zadzwoniła do mnie w nocy moja była. Zaczeła od słów "przepraszam", rozmawiałem z nią poł nocy. Doszlismy do wniosku ze dalej jestesmy sobie bliscy, ale ze mamy swoje zycie i teraz mozemy jedynie sie szanować i wiedziec ze jest gdzies taka osoba, od tamtej pory czasem pisalismy sms, czasem jakies wiadomosci, nie dzwonilismy do siebie, nie utrzymywalismy przesadnego kontaktu.
Jednak ja rano po tej rozmowie zadzwoniłem do dziewczyny z ktorą wtedy byłem ze musimy pogadac, ze zapraszam na kolacje. Na kolacji powiedziałem jej o tej rozmowie, wyjasniłem wszystko, powiedzialem jak sie zaczela i jak skonczyła.
Popłakała się, widać było ze jest jej cholernie przykro ale była doceniła to ze jej powiedziałem otym, ze chce byc z nią fair, jednoczesnie powiedziała zebym nie utrzymywał juz z nia kontaktów, powiedziałem ze tak bedzie.
W to lato pojechaliśmy razem ze znajomymi na wakacje w góry, pierwsze wspolne wakacje, moje pierwsze w zyciu. Tam też było różnie... raz lepiej raz gorzej ale mielismy chwile kiedy byliśmy najszczesliwszymi ludzmi na swiecie, była też chwila kiedy byłem spakowany i chciałęm jechac do domu...
po wakacjach było w miarę, jednak podjeła decyzje zeby isc na drugi kierunek studiów co oznaczało ze bedzie jeszcze rzadziej przjezdzac, poza tym byłem przeciwny tym studiom poniewaz uwazałem ze nic jej nie dadzą... pokłociliśmy się o to, chcielismy się rozstać, nawet sie rozstalismy na kilka dni, potem przyjechałem do niej, wyciagnałem ją na spacer, posiedzielismy, pogadalismy luzno jak kumple i mimo tego ze wiedzielismy ze jestesmy sobie najbliźsi nie zeszlismy sie jednak, stało sie to kilka dni pozniej, juz w sumie nie pamietam jak, po prostu zechcielismy jednak byc razem.
Wtedy było świetnie, bylismy bardzo szczesliwi oboje.
Po miesiącu zaczeła sie odsuwać ode mnie, byc coraz bardziej zamknięta, probowałem rozmawiac z nia jak z kims ukochanym jak z najbliższą ale po kilku rozmowach powiedziala ze nie jest pewna czy chce tej stabilizacji. Ja powiedziałem wtedy ze chce być z nią, ze bardzo ją kocham i nie chce sie z nia rozstawac, bylismy razem ale juz jakby dalej od siebie.
Wtedy napisała do mnie moja ex i poprosiła zebym przesłał jej skan zdjęcia ktore mi przysłała jak sie z nia poznałem (8lat temu), zgodziłem sie, był to czas kiedy akurat z obecna dziewczyna byłem po kłotni i napisałem do byłej cos w tyłu "przesłałem Ci zdjecie Słoneczko" a ona "dziekuje Rybko" czego strasznie załowałem juz w momencie kiedy do niej to napisałem....
Nastepnego dnia pogodziłem sie z moja obacną wtedy dziewczyną, bolał ją ząb wiec poszedłem do samochodu po proszki przeciwbólowe i zostawiłem telefon... ona przeczytała smsy, podejrzewam ze pierwszy raz to zrobiła odkąd z nią byłem. Krzyczała, płakała jak mogłem jej to zrobić, pokazałem jej wszystkie smsy, załowałem tego i załuje do dzis, bo wiem z nigdy nie zrobiłem nic przez co mogłaby stracic choc odrobinę zaufania do mnie.
Wyjasniłem ze była to słabość po tych wszystkich kłotniach, chwila bezmyslnosci po tych jej kłamstwach i ze wiem ze flirtowała z kolegą (mi mówiła ze idzie spac i czekała na niego zeby z nim pisac przez pol nocy, było to w marcu a ja powiedziałem jej o tym dopiero wtedy przy tych smsach). Pogodzilismy sie, powiedziala ze rozumie ale ze zawsze bedzie miec zal do mnie o to, co zreszta jest zrozumiał, sam załowałem tego, było to w połowie października, wtedy zadzwoniłem domojej ex i powiedzialem jej ze nie mozemy juz utrzymywac kontaktow bo ona nie daje nam zyc i mi i sama sobie (jest zareczona z chlopakiem dla ktorego mnie zostawila).
2 miesiące temu pokłóciliśmy sie o jakąś głupotę, ona bardzo sie zle potem wobec mnie zachowała, nie odzywala sie cały dzien chociaz wiedziala ze to jej wina.
Pod wieczór napisałem do niej czy chciałaby zebysmy sie spotkali, wtedy na weekend nie wracała do domu. Opdowiedziała tak, bardzo bym chciała. Praktycznie bez kolejnych słow pojechałem do niej. Wyszła po mnie do windy, przytuliła, chaiała pocałować ale ja byłem wciąż nia nią zły ze tak sie zachwoała i nie pozwoliłem. Potem u niej w domu kiedy ja chciałem sie pogodzic - ona nie chciała a kiedy ona zaczynała ja odpychałem jej dłoń.
Po jakims czasie powiedziała mi ze mnie nie kocha i nigdy nie kochała, a to ze teraz chciala sie pogodzic to tylko po to zeby spedzic milo wieczor, zeby sie nie nudzic.
Wyszedłem w łzach, nienawidziłem jej, chociaz gdzies czułem ze tak jest.
Po 2 dniach, kiedy ciagle o tym myslałem zdałem sobie sprawe z tego ze ona kocha, ze zawsze kochała. Ze to ja niedoceniałem jej starań, ze to ona była zawsze tą dobrą mimo ze popełniala błedy to ja nigdy nie dałem rady sie zaangażować. Wiem ze oboje wiele rzeczy zle zrobilismy ale zaczalem widziec ze zamkniete koło w ktorym sie znajdowalismy było zapoczatkowane przeze mnie. Ów koło wyglądało ta: ja mam do niej pretensje ze robi zle, nie potrafie sie z tym pogodzic, ona robi zle bo jej nie rozumiem, nie szanuje i nie słucham. Tylko ze zdałem sobie sprawę ze to ja sie nie zaangazowałem i tak mocno oczekiwałem tego od niej ze nie zauwazyłem jak bardzo ona sie angazuje... jak bardzo duzo ja robie zlego a widzialem tylko jej błedy, chociazby to ze ona nigdy nie probuje tego naprawic, pokazac mi co robie zle, czego ona potrzebuje. A ona to robiła tylko na swoj kobiecy sposob ktorego nie widzialem, nie widzialem bo chyba nie chcialem widziec. Zadzwoniłem do niej po 2 dniach od rozstania, powiedzialem jej wszystko, ona skwitowała to ze łzami w oczach "szkoda ze tak pozno to zrozumiałes" i sie rozłaczyła.
Potem przez tydzien odpychała mnie od siebie ale tolerowała to ze pisze, dzwonie jednak była nie miłe, ptem zaczela mi mowic zebym dal jej spokoj, ze potrzebuje czasu.
Dwa tygodnie mi zajeło zeby sie z tym pogodzic, potem spotkałem sie z nią i zobaczyłem w niej całkiem obca osobę, juuz nie było w jej oczach miłości. Wtedy dałem spokój, nie odzywałem sie do swiąt, chodziłem na imprezy poznałem sporo ludzi, zacząłem jakos zyc bez niej.
Wtedy zadzwonił do mnie znajomy od niej z uczelni i powiedział ze spotkał sie z nią w klubie, wszystkim mowiła o mnie, ze teskni ze jej ciezko, ze zawsze do mnie wroci, zebym tylko sie choc troche zmienił.
Wtedy zacząłem znow o niej mysleć, znow sie zastanawiać.
Zaraz przed Swietami napisałem do niej ze chciałbym sie z nia spotkac zeby oddac jej reczy ktore miałem i pogadac. NIe odezwała sie jednak wtedy kiedy sie umowilismy, napisałem jej zyczenia swiateczne a ona nic.
Napisała do mnie po świetch zeby przyszedł (to praktycznie moja sąsiadka). Myslałem ze przyjmie mnie tak jak ostatnio w drzwiach a ona z usmiechem mnie zaprosiła do srodka, była miła, patrzyła mi ciagle w oczy, mowiła ze cieszy sie ze wreszcie mozemy znow przyjaznie ze soba rozmawiac, bo wczesniej ona nie potrafila.
Dogadalismy sie ze idziemy do tego samego miasta na Sylwestra, zaproponowala zebym ją podwióżł bo inaczej bedzie musiała jechac pociagiem. Ja po jakims czasie sie zgodzilem, sam nie wiedzialem czy pojde bo nie miałem ochoty ale pomyslałem ze moze to byc dobry pretekst do rozmowy. Przy wyjściu chciałęm jakoś sie z nia pozegnac ale nie wiedziałęm jak, bałem sie jej przytulic a ona spojrzała na mnie i przytuliła z wielką ulgą... tak ok 20 sekund...
nastepnego dnia pojechalismy razem, rozmawialismy jak najlepsi kumple, ja zaproponowałem ze zabiore ją na narty na pobliski stok, bo wiem ze zawsze chciala, powiedziala czemu nie...
jak dojechalismy na miejsce, wysiadła z auta, zawołałem ją i powiedziałem do niej "gdybym mógł to bym Cie przytulił i juz nie puscił" ona powiedziala ze musi juz isc i poszła.
JA juz nie miałęm ochoty isc nigdzie i pojechałem do dumu.
Ten sam kumpel ktory wtedy był na imprezie powiedział mi wtedy (bo sie znim po drodze widziałem) ze sprobuje z nia pogadac, wybadac temat, ja powiedzialem ze jesli bedzie ok to pojade i złoze jej zyczenia osobiscie o polnocy, a mam 80 km do tego miejsca.
Przyjechałem do domu, poczekałem i godzine prze polnoca wyjechałęm zeby zlozyc jej zyczenia, w drodze ten kumpel napisał mi zebym nie jechal bo ona ma wielki zal do mnie o byłą, o jakies erotyczne zdjecia byłej, i tez ze wie ze sie pocieszyłem zaraz po rozstaniu.
Zatrzymałem samochod, postałęm chwile zeby ochłonąć i wtedy samochod juz i nie odpalił.
23:30 31.12.2012...
probowałem zatrzymac jakis samochod zeby mnie scholował, nikt sie nie zatrzymał.
O pólnocy zadzwoniłem do niej i z łzami w oczach powiedziałem jej zyczenia, ona mi tez ale dodała na koncu ze zyczy mi zebym sobie zycie ułozył, odpowiedzialem ze chce tylko z nia sobie układac. Rozłączyła się.
Popatrzyłem na fajerwerku i zamknąłem oczy i wszedłem pod pierwszy samochod jaki jechał. Wyhamował, uderzył mnie lusterkiem. Wyskloczyła jakas kobieta i zaczeła krzyczec na mnie a ja tylko usiadłem na krawezniku i powiedzialem ze przepraszam. O 2 w nocy przyjechal po mnie kolega i mnie sciagnął z tamtąd.
Gadałem potem z kilkoma osobami i mowili ze ona bardzo sie ucieszyła ze dzwonie do niej z zyczeniami a mi pokazała troche inaczej i powiedziala kumplow ze mnie bardzo kocha i chce byc ze mna ale nie potrafi, i zeby mi pod zadnym pozorem tego nie mowil...
zadzwoniłem do niej w nowy rok, spytac jak sie bawiła, ona spytała jak ja, ja skłamałem powiedziałem ze byłem na sylwestrze ale ze wyszedłem przed polnoca i ze mi sie samochod pospul i ze miałem kiepski wieczór.
Poprosiłem ją o spotkanie bo czułęm ze cos jest nie tak, ze ma do mnie zal, oktorym mi nigdy nie powiedziała. Zgodziła sie ale nastepnego dnia była juz dla mnie bardzo niemiła, odwołała spotkanie, powiedziala ze nie chce ze mna rozmawiac.
Było to wczoraj.
Dzisiaj napisałem do jej wspólokatorki ktora jest jej przyjaciólką, wiedziałem ze albo obie beda siedziec przy jednym komputerze albo ze od razu ona jej pokaze o czym pisała ze mna.
Spytałem co jest takiego ze ona nie chce ze mna nawet rozmawiac.
Odpowiedziala mi ze jesli nie bede jej traktowal jak kolezanki to ona zerwie ze mna kontakt i zapomnie o mnie i ze tylko tyle moja ex pozwoliła jej mi powiedzieć.
Spytałem jeszcze o to czy uwaza ze bylem nie fair wobec niej, o moja byłą i o moje "pocieszania" zaraz po rozstaniu i odpowiedziala mi ze "tak cos wspominała". Ja wyjasniłem skad sie to wzieło, wam tez napiszę jesli ktos bedzie chciał, ale zapewniam ze nic takiego nie zrobiłem, nie mam sobie nic do zarzucenia ona była dla mnie jedna i jedyną odkad ją poznałem, jest to jedynie gra pewnych osób ktore nam zle zyczyły od dawna a teraz po propstu mają do tego okazje. Ich niecheć do nas napewno przyczyniła sie tez do niecheci mojej byłej co do nasszego zwiazku. Napisałem wiec przed chwilą do niej, zaczynając od "przepraszam", za to ze mogła faktycznie poczuc sie osaczona ostatnimi dniami, ze zaczałerm naciskac, pokazywac ze mi zalezy. Ona do mnie co sie stało ze tak mysle teraz, a ja powiedziałem ze gadałem z jej przyjaciólka przed chwilą i pomogła mi to zrozumiec, ze dla mnie jest to nowa sytuacja i trudne chwile, ze tesknie za nią i nie potrafie sie w tym odnalezc.
Ona powiedziała na to ze nie chce kontaktu ze mną.
Spytałem czemu, co sie stalo ze ma tak wielką niechec do mnie.
Odpowiedziala juz bardzo zdenerwowana ze cały czas jak była ze mna dawała mi całe swoje zycie, ze ja tego nigdy nie doceniłem, ze do swojego swiata jej nie wpusciłem i ze teraz na to nie zasługuje zeby byc w jej zyciu.
Faktycznie, ja niedoceniłem tego co miłaem, wtedy uwazałem ze to ona mnie do swojego swiata nie wpuszcza.
Ogolnie duzo rzeczy mi powiedziala ktorych nigdy mi nie powiedziala, niektore dawala do zrozumienia, o innych nigdy nie dala poznac. Ja nigdy sie nie domysliłem ze moze byc gdzies tam problem. Nie wspomniała w ogole o niektórych rzeczach o ktorych myslałem ze moze miec zal.
Ja nie probowałem nic wyjasniac bo wiedziałem wtedy ze ma racje, wczesniej tego nie widziałem. Na koniec napisałem jej ze przepraszam. Bardzo przepraszam bo nie miałem pojecia nawet o tym. Powiedziala ze juz za pozno i ze chce juz konczyc, napisała czesc i poszła.
Do mnie dotarło jak bardzo ją zaniedbałem, ze wszystkie jej złe zachowania wynikały z tego ze nie czuła ode mnie tej mniłości... ktorej ja jestem pewien
ze zrobiłebym dla niej wszystko, zawsze, zawsze starałem sie to naprawic, chciałem dobrze ale nigdy nie widziałem co tak naprawde jest do naprawienia... ja i moje podejscie do niej...
nie wiem co teraz mam zrobić, boje sie do niej odezwać...mysle ze juz ją straciłem na zawsze... Moze ktoras z Was powie mi co teraz mam myslec, na cos sie nastawiac... co zrobic a czego napewno nie... nie marze o niczym innym jak o tym zeby mi dala szanse naprawic to czego nigdy nie umiałem.
ps przepraszam ze takie długie, nie wiem czy komus bedzie chciało sie czytac, i przepraszam z literówki, klawiaturę mam popsutą troche ![]()