witam,
poczytalam ostatnio bardzo wiele watkow na forum. juz chyba szerzej nie da sie otworzyc oczu niz moje sie otwarly jak widzialam kolejny wpis o rozpadzie zwiazku malzenstwa cierpieniu poradach jak podolac bolowi i cierpieniu z tym zwiazanymi...
Bardzo prosze jesli ktos sobie teraz pomysli o mnie "co za laska, durna, cos sie skonczylo to musze cierpiec" niech nie komentuje w ogole tego wpisu, nie zlosci sie na mnie ze osmielam sie napisac to co ponizej... A jesli ktos stwierdzi, Panie i Panowie, ze moze cos w tym jest, to niech sie odeziwe jesli bedzie mial ochote.
Bardzo mnie zalamuje patrzenie jak kolejna osoba pisze o swoim cierpieniu po rozpadzie zwiazku. Probuje sobie wyobrazic ze rozpad tego malzenskiego boli 2 razy bardziej niz tego jeszcze przed malzenstwem ale oba wciaz bola bardzo. Przezylam rozpad narzeczenstwa okolo miesiaca temu, boli bo wiadomo ze musi, to jest jakas zmiana negatywnie wplywajaca na zycie wiec musi bolec. Ale postanowilam ze nie bede sie zadreczac, mysle o tym co sie stalo ale nie chce pozwolic zeby to mnie dobilo zdolowalo, zaprzatala kazda chwile, kotlowalo mi sie w glowie... to do niczego nie doprowadzi. Mysle pamietam wspominam anlizuje bo inaczej po porstu sie nie da, taka klej rzeczy... ale chce po prostu zyc.
Chetnie nazwiaze znajomosc, moze i na zywo jesli sie okaze ze nie mieszkamy zbyt daleko od siebie - moj rejon to malopolska - tak wiec nawiaze znajomosc z osobami ktore przezywaja wlasnie rozpad swoich zwiazkow, maja blisko 30 lub jakos po moze 40 lat i chcialyby (obie plcie mam tutaj na mysli) po porstu isc do przodu, nie czekac na nic tylko isc do przodu:)